Bambus i szczupak - historia z dzieciństwa

/ 3 komentarzy

Kilka lat temu sprzątałem w dziadka piwnicy i natknąłem się na kawałek mojej historii wędkarstwa i pewnej przygody. Niestety co do wyglądu sprzętu muszę liczyć na wyobraźnie czytelników bowiem dziadek pozbył się zabytków zanim pomyślałem co z tym zrobić.
Czy ktoś z szanownych kolegów pamięta kije z bambusa?
Takowe 3 kompletne sztuki, wysłużone z odpryskującym lakierem stały sobie przez lata chronione nie mniej wiekową kłódka. Moja lekka bambusówka z której byłem dumny kiedy to jako młokos panoszyłem się na Gliniankach i dwie ciężkie gruntówki ze szczytówkami grubości mojego małego palca. Były to czasy kiedy cegielnia pracowała pełna parą a kąpielisko na Jeziorku było od strony mostku...

Mały tajemniczy dołek.

Była to niewielka odnoga jeziorka (teraz już prywatne) sąsiadującego z Kwaszarnią zaraz przy rzeczce która w lato nie grzeszyła truskawkowym zapachem. Tam zawsze zabierał mnie dziadek. Jako młody Padawan podpatrywałem jak mój Master, niczym Joda, siedział nieruchomo ze swoim wędziskiem – kijem od szczotki zakończonym miedzianą tuleją i szczytówką którą pełnił rolę około 2 m bambus. Taki nowatorski blacik ;) Dwa ziarnka na haczyk, kawałek ołowiu odciętego z cienkiego paska i spławik z kory. Mój mentor nęcił garścią pszenicy gotowanej w pończosze babci i okraszonej drobnymi robakami wykopanymi i krojonymi zaraz przed wrzuceniem. Raz zarzucony zestaw wyciągał po braniu albo jak kończył wędkować. Zawsze spokojny, opanowany, cicho mnie ganił kiedy niecierpliwie ”chlapałem” swoim bambusikiem.

Dwadzieścia lat później z tego samego miejsca łowiłem, kryjąc się przed zaciekawionym wzrokiem sąsiadów zza rzeczki, piękne liny do czasu, aż pojawiło się ogrodzenie. Moje Eldorado się “sprywatyzowało”.

Oprócz mojej wędki, stały ciężkie bambusowe gruntówki z ręcznie zbrojonymi przelotkami owijanymi grubą bawełniana nicią malowaną kilka razy lakierem. Zawsze towarzyszyłem tacie kiedy je wymieniał.
Patrząc na nie przypomniała mi się moja pierwsza poważna ryba.

Okonie z krzaków.

Wujek, za wjazdem na cegielnię w wymacał male jeziorko zarośniętych krzakami i okonie. Znałem już ta ”niebezpieczną” rybę która nie raz przypomniała mi, ze nie tylko ją haczyk boleśnie potrafi ukłuć. Z tata w jakimś dołku odkryli sporo “prówek” ( tak nazywali narybek karasia) i wybrali się na połów. Bardzo lubiłem moment kiedy wyciągali podrywkę pełną iskrzących się w słońcu złotem rybek i delikatne ich zbieranie do metalowego sadzyka. Dumnie go potem niosłem, choć woda chlapała mi na buty a blacha obijała nogę. Tata zabrał ciężkie gruntówki z bambusa wujek swoją wędkę a ja, jako nieodłączny towarzysz wypraw moich nauczycieli, podreptałem z nimi.
Dotarliśmy na miejsce. Brzegi zarośnięte z niewielkimi “oczkami” miedzy krzakami. W jednym z nich tata uzbroił wędkę. Gruba żyłka, spławik ok. 5 gr haczyk i mały karasek na żywczyka i prawdziwy skarb... kręcioł made in DDR! Sam spinningowy REX we własnej osobie! Drugi od 'przyjaciół ze wschodu” miał w torbie. Zarzucił, kazał mi pilnować a sam poszedł postawić drugą wędkę. Pierwszy raz widziałem jak się łowi na ”żywca” wiec wyobraźcie sobie, ile wszcząłem fałszywych alarmów widząc jak spławik się ciągle porusza! Po kilku takich wrzaskach przestali reagować na moje wezwania.
Kilka okoni na koncie wujka i magiczna cisza u taty. Nieśmiało mówię, że spławik zatonął i się nie rusza.
Widziałem jego antenkę kilka cm pod lustrem wody. Tata stwierdził że “zaczep” o jakiś patyk i kazał wyjąć.
Ledwo co utrzymywałem w rękach kij ale z lubością zwijałem żyłkę na super hiper zarąbistego REXA! Nagle, zamiast haczyka i małego karaska, wyłania się coś czego jeszcze nie widziałem... olbrzymia paszcza, oczy i wieeelki tułów. Jak na 6 letniego młokosa rozpoczynającego przygodę z wędką i rekordami w postaci 15 cm płotek i uklei, to monstrum przerażało mnie z każdym centymetrem wyłaniającej się łuski. Wydusiłem z siebie że coś mam. Wujek na drugim brzegu nie wiedział w która stronę biec, krzycząc do taty żeby pomógł, a on ze stoickim spokojem spojżał przez geste krzaki i widząc jak wyciągam “krokodyla” z wody wiszącego coraz wyżej bez ruchu, zamarł. Nie mniej zaskoczony szczupak widząc przerażenie w moich oczach, nie straszył mnie gwałtownymi ruchami tylko dał się położyć na trawie czekał na odczepienie ;) Moi opiekunowie w szoku, a ja, kiedy potwór wylądował w siatce, poczułem KTO tu rządzi!
Gdzież się mogły równać te okonki patelniaczki które łapali.
Kto jest mistrzem?? Ja!!! Ja!!! Ja!!! I ta duma jak wchodziłem na podwórko babci z siatką w dłoniach i nieskończone opowiadania każdemu “jak to było”...

Tata stwierdził, że skoro ryby mnie lubią to powinienem mieć swoją kartę. Kiedy miałem wymaganą ilość wiosen, z dumą słuchał jak syn odpowiada na egzaminie: ”płotka ma wymiar ochronny 15 cm a szczupaków na żywca juniorom łapać nie wolno!”

 


5
Oceń
(23 głosów)

 

Bambus i szczupak - historia z dzieciństwa - opinie i komentarze

MateuszR86MateuszR86
0
He he he. Bambusy nadal można dostać w niektórych sklepach wędkarskich, ale to już nie to samo. 5 za ciekawy i trzymający w napięciu do niemal samego końca wpis :) (2012-11-09 12:17)
marek-debickimarek-debicki
0
Najważniejsze jest to, w tym naszym pięknym sporcie, że emocje występują praktycznie za każdym wyjazdem. Oczywiście najdłużej pomięta się te z lat dzieciństwa. Super materiał, pozdrawiam i *****pozostawiam. (2012-11-09 18:12)
kabankaban
0
Kto wie może kiedyś sam napiszę jakieś wspominki z moich lat poznawania "smaku" wędkarstwa. Pozdrawiam.
(2012-11-10 11:14)

skomentuj ten artykuł