Bilans musi wyjść na zero

/ 6 komentarzy

Pogada w długi weekend nas nie rozpieszczała, ale przecież na zębatego była prawie idealna.
Po pierwszomajowym wypadzie miałem niedosyt, więc bez namysłu zdzwoniłem się z koleżką by umówić się na ranne wędkowanie 3 maja. Około 6.00 byliśmy przy starorzeczu. Obowiązkowo zakładamy spodniobuty, bo trzeba będzie przejść przez koryto starorzecza, w mało dostępne miejsca, gdzie teraz 'siedzą' szczupaki. Mają tam 'darmowe jedzenie', bo płotkom w czasie tarła tylko jedno w głowie.

Zrobiło się jakby cieplej, mimo że było pochmurno i deszcz wisiał w powietrzu. Kilka rzutów i u Grzegorza melduje się, co prawda nie wielki, ale zawsze szczupak. Startowałem z obrotówką. Teraz zrozumiałem, że na nią dzisiaj będzie ciężko cokolwiek wytargać. Teraz próbuję sił na rippera jasno-zielonego z pięciogramową główką. Rzucam pod drugi brzeg, bo one na pewno tam są.

Pierwszy rzut, niecelny, za daleko od brzegu. Poprawiam się. Tym razem idealnie. Kilka skrętów żyłki i...siedzi. Musi być dość ładny, bo wysnuwa żyłeczkę, że aż miło. Podciągam go do góry żeby sprawdzić jak jest zapięty, ale ryba nie bardzo chce wyjść pod wierzch. Po chwili jednak to się udaje i jestem pewny, że hak dobrze siedzi mu w pysku. Pewny hol daje rezultat w postaci ładnego, kilogramowego zębacza.

Przechodzimy dalej żeby obrzucać resztę miejscówek, ale nie na długo, bo ulewa wygoniła nas znad wody. Niestety, nie zabraliśmy deszczówek. Trudno, mamy chociaż po jednej sztuce.
Wracając do domu, myślę o następnym wypadzie, ale tego popołudnia już nigdzie nie pojechałem.

4 maja rankiem poszedłem nad strugę, która skusiła mnie po wczorajszym spacerze.
Brak jakichkolwiek brań i zimny przeszywający wiatr wygonił mnie jednak znad wody.
Znów pozostał niedosyt.

W domu nie mogłem sobie zagrzać miejsca, myślałem tylko o jednym.
Po południu jakby się wypogodziło. Krótki telefon i już jedziemy szczęśliwi, tym razem na łowisko komercyjne w Mąkolnie. Dojeżdżając widzimy kilka namiotów i kilka samochodów na obcych tablicach. Pewnie woda przeorana?-myślę sobie, ale jak już przyjechaliśmy to trzeba to sprawdzić. Poszliśmy w bój, każdy w swoją stronę.
Trzygodzinne rzucanie nie przyniosło mi ani jednego nawet pobicia. Zmieniałem kilkakrotnie przynęty, urywając przy okazji dwie DAM-owskie obrotówki. Gdybym wziął sztywniejszy kij z plecionką na kołowrotku to bym ich nie zerwał, ale zachciało mi się adrenaliny.
Walczę dalej. Spotkałem Grzegorza. Spytałem: Jakie wyniki ?! Okazało się, że też nic, ale miał jedno czy dwa bicia. Po chwili jednak wyciąga kilowego zębatego na DAM-owską '5'.
Raz jeszcze zmieniam przynętę. Zakładam 10cm woblera pływającego o dość agresywnej akcji. Chodziłem i rzucałem chyba z pół godziny. Wreszcie poczułem opór, ale to nie ryba. NIE ! TYLKO NIE TO! Następna przynęta zostanie w wodzie? Chyba na prawdę los mi nie sprzyja. Szarpanie nic nie dało, więc ciągnę po woli za żyłkę i w końcu...Ufff...puściło. Ciężar spadł mi z serca.
Takiego woblera już raczej nigdzie nie kupię, bo producent chyba już nie istnieje. Zastanawiałem się czy zmienić przynętę, ale stwierdziłem, że chyba się już nie opłaca. Zaraz będzie trzeba wracać.
Wykonałem jeszcze kilka rzutów i...czuję opór. Zaczep? Nie! Żyłka schodzi z kołowrotka i nie chce się zatrzymać. Piękne zwieńczenie ciężkiego dnia - myślę sobie, na chwilę zapominając o poniesionych stratach.
Ryba nie daje za wygraną i wciąż odpływa od brzegu. Udaje mi się go zawrócić i pociągnąć pod wierzch. O! Będzie miał ze 2kg. Sprawdzam jak jest zapięty i ...nie jest dobrze, tylko jedna kotwiczka siedzi w pysku. Zdałem sobie sprawę, że nie mam za dużo czasu.
Grzegorz wziął ode mnie aparat i zdążył zrobić jedno zdjęcie, a szczupak gwałtownie zanurkował i wpłynął pod wystające przy brzegu korzenie i zaplątał o nie żyłkę. Niestety, nie dało się nic zrobić. Cwaniak urwał żyłkę i odpłynął razem z moim woblerem. Mogłem tylko popatrzeć jak po woli sobie odpływa. Pozostało tylko to jedno, jedyne zdjęcie, na którym ledwie co widać, ale dla mnie jest bezcenne.
Tym razem natura zwyciężyła...

 


4.5
Oceń
(31 głosów)

 

Bilans musi wyjść na zero - opinie i komentarze

adleradler
0

Witam . 

Niestety u mnie natura także zwyciężyła . 

Nie , nie to że padało . To że padało to pikuś . 

Ale względem brań . Panie Boże wybacz że zapsioczę . 

Jestem nad wodą drugi tydzień i .....ech lepiej nic nie mówić . 

Coś naszą przyrodę pokręciło na amen . Trudno , trzeba nam szukać NA TAKIE COŚ sposobu . 

Pozdrawiam , Wszystkich Miłośników Natury . ( Przyrody bez insynuacji ) 

(2010-05-05 16:07)
u?ytkownik31907u?ytkownik31907
0
ja również początek sezonu miałem kiepski heh takie jest nasze hobby. za artykuł oczywiście 5
(2010-05-06 09:34)
blaszkablaszka
0
Szkoda że nie udało się zrobić zdjęcia okazowi, ale co najważniejsze adrenalina była podniesiona! Może za jakiś czas będzie o kilka kilogramów większy. 5* za artykuł. Pozdrawiam.
(2010-05-06 10:35)
Arci70Arci70
0

Super opowiadanko :) Ja jutro wybieram się ze spiningiem na rozlewiska Narwi, i może będę mógł się czymś pochwalić. Ocena oczywiście najwyższa :)

(2010-05-06 13:29)
spokojnyspokojny
0

No to połowiłeś sobie a i opis ładny masz odemnie piątaka.

 

Pozdrawiam

Grzegorz

(2010-05-06 21:53)
rycharski222rycharski222
0
Szkoda,że okaz czmychnął...świetny opis.Odemnie 5*****
poleciał pewnie po babcię lub dziadka:-) następne będą jeszcze większe...
pozdrawiam
(2010-05-06 23:07)

skomentuj ten artykuł