Brzany z Sanu-każdy ma swoje wąsy.

/ 5 komentarzy / 2 zdjęć


Dla wędkarzy z nizin 1 lipca kojarzy się z jednym – koniec okresu ochronnego dla suma. Setki wędkarzy wypływają zwykle na polską królową wśród rzek w poszukiwaniu króla polskich rzek.
 
Ja z racji wychowywania nad górskim Sanem, 1 lipca kojarzę z innymi wąsami, takimi pokrytymi czystym polskim złotem – brzana!
 
Tekst chciałem napisać początkiem lipca z aktualnymi przygodami, niestety pogoda i stan wody spłatał mi malutkiego psikusa i sezonu brzanowego w tym roku jeszcze nie rozpocząłem.
 
Dlatego będą wspomnienia. Wyobraźcie sobie ciepłe letnie popołudnie, słońce jest już bliżej koron drzew niż zenitu. Stoicie po wewnętrznej stronie zakrętu, dookoła jest zielono, śpiewają ptaki, a przed wami rozlewa się San. Zaraz przed zakrętem rozpoczyna się przelew upstrzony głazami, a za nim jest dwumetrowy dołek, który rozpoczyna skalistą rynnę, podzieloną starą opaską usypaną w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych. Rynna bliżej was jest płytsza, niemniej woda i tak zasuwa jak TGV. W niej też są ryby. Ale wędkarz jak to wędkarz, ma w sobie pierwiastek zdobywcy. Dotrzeć tam gdzie nie był jeszcze nikt! A do tego wyobraźnia podsuwa wizje olbrzymich ryb tam, gdzie nie widać dna.
 
Jako typowy przedstawiciel swojego gatunku oczywiście mam zamiar wpakować się w trampkach na tą starą opaskę, gdzie woda jest spokojniejsza i sięga powyżej kolana. Jednak najpierw trzeba obrzucać przelew za kleniami. Zakładam smużaka i za każdym rzutem prowadzę go coraz bliżej przelewu. Bez kontaktu. Czyżby dzisiaj ryby wolały smażyć płetwy na słoneczku? Kolejny rzut i smużak ląduje za przelewem, doprowadzam go na skraj załamania lustra wody, odpuszczam trochę, żeby delikatnie zanurkował i jak nie jeb… Eee… Ten tego… Uderzy! O właśnie, tego słowa chciałem użyć.
 
Ryba od razu schodzi w dołek przed przelewem.  Ufff… Nie zeszła poniżej w mega głazy. Będzie łatwiej. Ale to chyba tylko pobożne życzenie. Zeszła do dna i jedzie skosem pod prąd. Ki diabeł? Żyłka 0,20, wędka do 25 gr, więc delikatnie nie łowie, a podciągnąć do siebie ciężko. Duży kleń? Mało. Duży boleń? Nie szedłby dnem. Kilka podciągnięć i widzę brązową, rekinią płetwę. Brzana! Na smużaka! Po chwili łapie ją za kark. Ma koło 60 cm, piękna, złota, wąsata pani podkarpackich rzek. Szybka fotka i wraca do wody.
 
No to jak już zaczęły się brzany to podejdźmy do tego poważnie. Głęboko chodzący brzanowy woblerek ląduje na agrafce. Sprawdzam żyłkę i oczywiście przetarta. No nic, wiążemy jeszcze raz, przecież twój zestaw jest tak mocny jak jego najsłabszy element jak to mawiają starsi.
 
A może by tak… Głęboka rynna kusi. Idziemy! Powoli, stawiając dokładnie stopy wchodzę w rynnę i jak nie pierdykne... Oczywiście, można się było spodziewać znając moje szczęście do (nie)szczęśliwych wypadków. Na szczęście papiery i komórkę zawsze mam w wodoszczelnych torebeczkach. Wracam na brzeg, wykręcam koszulkę i rozwieszam na starym sterczącym konarze, przy okazji klnąc na czym świat stoi. No nic, wracamy. Tym razem przesuwam stopy po kamieniach i po tylko jednej próbie zrobienia fikołka na samym środku rynny docieram do miejsca, gdzie mogą spokojnie stanąć. Woda ma około półtorej metra i zapieprza konkretnie, a na dnie leżą głazy wielkości malucha przemieszane z płytami skalnymi i żwirem. Na powierzchni wygląda to jakby ktoś pod spodem włączył jacuzzi. Jak ktoś zna bardziej brzanowe miejsce to niech daje znać.
 
Pierwszy rzut i wracamy do mojego szczęścia, po dwóch obrotach korbką na wachlarzu wobler robi stop. Głazy… No to standardowa litania, najpierw próba popuszczenia żyłki. Nic z tego. Później próba odstrzelenia wobka. Tym bardziej nic z tego, jednak z plecionką wychodzi to lepiej. Część trzecia litanii, jak nie po dobroci to młotkiem i pałką. Kilka szarpnięć za żyłkę i o dziwo wobler wyskakuje. Tylko nurkować nie chce… Połamany ster, piknie… Dla spokoju własnego sumienia i okolicy zakładam pływającą wersję.
 
Kolejne dwa rzuty nie przynoszą większego kontaktu z niczym materialnym. Kolejny rzut, wobler wychodzi z wachlarza, ustawia się wzdłuż rynny i przestaje pracować. Nie ze mną te numery! Jak nie zatne! Prawie w głowę dostałem tym patykiem lecącym z woblerem.
 
Dobra, to przestaje być śmieszne, zmieniam woblera na inny model. Pierwszy rzut, sprowadzenie do dna, leci wachlarzem iiii….. Stop. Zacinam i tym razem jest! Zaczyna się przesuwać pod prąd. Brzana! Powoli, jak mała lokomotywa robi ze mną na początku co chce. Nurt mocno utrudnia hol, a podbieraka oczywiście nie zabrałem. Lenistwo ze mnie wychodzi na całego ale chyba tak gdzieś w środku lubię tą adrenalinę przy podbieraniu ręką. Ryba jest już prawie przy nogach i robi kolejny odjazd. Spróbujmy Cię jakoś inaczej podejść, nurt jest za silny. Robię parę kroków w bok do spokojniejszej wody i powtórka z rozrywki. Noga zjeżdża mi z półki skalnej i robie nurka jak dobry niemowlak wrzucony do basenu. Tylko nie myślcie, że minę miałem tak zadowoloną jak te w reklamach. Okolica usłyszała swoje. Ale wędka utrzymana i ryba dalej jest po drugiej stronie! Schodzę na spokojną wodę po kolana i pierwsza próba złapania za kark. Nic z tego, odjazd. Musi być płycej. Schodzę na płyciznę i doprowadzam ją do nóg. Uwielbiam za to brzany. Nie wykładają się na bok jak wszystkie inne ryby, do końca walczą brzuchem przy dnie. Szybki chwyt za kark i jest! Trochę pewnie ponad 60 cm złotego szczęścia wraca majestatycznie do rynny.
 
 
No to wracamy na mój kamień. Tym razem bez przygód. Kilka rzutów, jeden wobler zostawiony między kamieniami i znowu jest! Tym razem się nie dam. Sprowadzam brzanę niżej poniżej krótkiej opaski, żeby nie zaczepiać w holu żyłką o kamienie, odwracam się i schodzę powolutku na płyciźne. Dwie minuty później znowu czuję przyjemny ciężar w ręce podnosząc rybę. Chyba znalazłem odpowiedni wobler na dziś. Sytuacja powtarza się jeszcze cztery razy na trzy i pół godziny łowienia. Słońce zaszło już za drzewa i robi się chłodniej. Trzeba się powoli zwijać. Czeka mnie jeszcze z dwa kilometry spaceru do domu i przeprawa przez San, a biceps boli po holach, oj boli. Kto nie miał kilku brzan na wędce jednego dnia nie wie o czym mówię. I tak kończy się jeden z chyba najciekawszych wędkarsko dni tego lata.

https://www.instagram.com/kapitan.srogiego.fishingu/

 


4.7
Oceń
(13 głosów)

 

Wedkuje.pl poleca

 

Brzany z Sanu-każdy ma swoje wąsy. - opinie i komentarze

rysiek38rysiek38
+1
Brzan niestety nie łowię z przyczyn zasadniczych czyli braku dostępu do wody gdzie można na nie trafić ale był wyjątek (armia w Dębicy - Wisłoka) tam złowiłem swoje pierwsze i ostatnie jak na razie brzany , a jakie to przezycie ??? dowodem fakt ze pamiętam to dokładnie mimo że był to 1990 rok - wpis jal dla mnie bomba 5, :-) (2017-07-14 10:48)
Jakub WośJakub Woś
0
Fajny tekst, szkoda tylko, że tak mało zdjęć brzan (2017-07-23 23:02)
SHIT_TLERSHIT_TLER
+1
Ze zdjęciami obiecuje poprawę ;) (2017-07-24 19:56)
Jakub WośJakub Woś
0
Życzę udanych łowów i sesji. (2017-07-24 20:12)
kabankaban
+2
Jeszcze trzydzieści lat temu Wisłok był ich pełen a teraz bida z nędzą... . Owszem na Sanie da się połowić choć ostatnimi laty bywam tam rzadko. Pozdrawiam. (2017-07-24 21:23)

skomentuj ten artykuł

 




Aplikacja