Zaloguj się do konta

BUJAJ SIĘ BAŚKA...


Tak... to była prawdziwa i ostra zima. Mroziło i śnieżyło na tyle skutecznie, że wypad na Mazury w towarzystwie Jędrka ciągle się oddalał. Na to łowisko, a w zasadzie lodowisko położone w sercu Puszczy Piskiej, mamy z Warszawy raptem tylko ok.200 kilometrów.
Jednak pokonanie ostatnich dziesięciu przy niesprzyjających warunkach stanowi często dla zwykłego osobowego auta barierę nie do pokonania, bowiem ta puszcza zimą nie zawsze jest łaskawa dla przybyszów z zewnątrz.
Ale doczekaliśmy się. Któregoś dnia dostaliśmy od zaprzyjaźnionego leśnika Stasia długo oczekiwany cynk :
- przyjeżdżajcie, przetarli pługiem drogę !

Szybka decyzja, urlopy załatwione, pakujemy manele, jedziemy...
Wcale nie było łatwo. Właśnie na tym ostatnim odcinku kilka razy trzeba było się posiłkować gałęziami, ziemią z kretowisk, łopatką i siłą mięśni. Ale ostatecznie szczęśliwie wylądowaliśmy w leśniczówce.
Wieczór upłynął na pogaduchach z zaprzyjaźnionymi gospodarzami, pochłanianiu dobrego jadła popychanego czymś mocniejszym, szykowaniu wędeczek i snuciu planów połowów na jutro. Te zapowiadały się obiecująco... Jak zwykle w środowisku niepoprawnych wędkarskich optymistów !

Rano, posileni solidną porcją jajecznicy, spakowaliśmy majdan i ruszyliśmy w drogę nad jezioro. Piechotą, gdyż w nocy jeszcze dosypało białego puchu i było pewne, że autem tam się nie dostaniemy. Nie było daleko. Raptem około 3 km. Latem ten dystans pokonuje się w około 30-40 min.

Kroczymy więc objuczeni majdanem raźno przez las, kroczymy.. kroczymy coraz wolniej... jęzory na brodzie... do bruzdy poniżej pleców leje się pot...
Po przejściu około 1.5 km nie mamy już siły kroczyć. Okazało się, że im dalej w las, to nie tylko więcej drzew, ale i więcej śniegu. Zaczęliśmy od takiego do połowy łydki, teraz mamy go do połowy uda.
Co robić ? Krótki popas zapity herbatką z termosu i decyzja mogła być tylko jedna – leziemy dalej. Nie po to jechaliśmy 200 km, żeby teraz dezerterować. Oczywiście nie pomyśleliśmy, że tę drogę trzeba będzie jeszcze raz pokonać wracając.

Nad jeziorem byliśmy po trzech godzinach mordęgi. Było około południa. Zeszliśmy po stoku bindugi i ja pierwszy wkroczyłem na zaśnieżoną taflę. Od razu trzasnęło i musiałem wyciągać nogę z wody. Lód się załamał ! Jakim cudem ? Ki diabeł !
W całej Polsce ostra zima i z opowiadań kolegów wiemy, że wszędzie ma on co najmniej 30 - 50 cm !?
Wlało mi się do buciora, więc musiałem go zdjąć i pozbyć się wody. Ten bzdet nie zgasił naszych zapędów dostania się na taflę i niebawem znaleźliśmy odpowiednie miejsce do wejścia na lód. Teraz byliśmy czujni. Co jakiś czas wierciliśmy dziury, aby przekonać się jaka jest grubość pokrywy lodowej. Było bezpiecznie – ok. 20 - 25 cm.

Wreszcie dotarliśmy na zaplanowane miejsce. Tutaj zawsze można było liczyć na połowy fajnych okoni i grubaśnych płoci. Trafiały się także leszcze.
Jędrek zaparł się przy świdrze, za chwilę ja, i posadziwszy tyłki na wiadrach wpuściliśmy mormychy do dziur.
Ale cóż to ? Jesteśmy 300 m od brzegu na stoku górki, jezioro znamy jak własną kieszeń, a okazuje się, że pod nami tylko 50 cm wody. Powinno być ok. 5 m ! Co jest grane ? Wiercimy 50 m dalej prostopadle do brzegu w stronę szczytu górki...Tu lód znacznie grubszy – ok. 40 cm ! Mormycha opada na 3 m. Dziwne ! Czyżby podwójny lód ? Wracamy i wsadzamy świder do jednej z poprzednich dziur. Wiercimy niby dno... Zgadza się.
Podwójny lód. Słyszałem o tym zjawisku, lecz na żywo pierwszy raz się z tym spotkałem.

Tego dnia nie było dane nam połowić. Trafiło się trochę drobnych okoni i płotek i zbliżający się zmierzch wygnał nas z jeziora. Postanowiliśmy wracać do leśniczówki okrężną drogą. Dwa razy dalej, ale za to w większość trasy przebiegała po drodze, którą co kilka dni przejeżdżał pług śnieżny. Śnieg za kostki był do zniesienia, ale i tak jednym z podstawowych słów, które wymienialiśmy zaczynało się na k....!
Mój ciągle mokry wewnątrz walonek wydawał ciekawe dźwięki. Jakieś mlaskania połączone z pierdzeniem i popiskiwaniem.
Po przejściu w rytm tego akompaniamentu około kilometra, zbliżył się do nas jadący w tym samym kierunku Fiat 126p.
Raaannnyyyy... To najpiękniejsze i najlepsze auto na świecie ! Radził sobie nieźle w tych warunkach ! Stanęliśmy na drodze i szaleńczo wymachując łapami skłoniliśmy kierowcę do zatrzymania tego cuda. Nie dał się długo prosić i odwiózł nas do samej leśniczówki. Niebywały fart ! Chcieliśmy zaprosić go na kielicha, ale nie.... nie miał czasu. Jeszcze raz dzięki !

W czasie kolacji opowiedzieliśmy Gospodarzom o naszych przygodach. Byliśmy wściekli i smutni. Tyle dni oczekiwań na wyjazd, tyle nadziei, tyle marzeń o wspaniałych połowach. A tu kicha ! Wielki żal ! Trzeba wracać do Warszawy !. Bowiem zarówno Jędrek, jak i ja na pewno nie zdecydowalibyśmy się na ponowną katorgę marszu nad jezioro. Bolały nas wszystkie mięśnie i zapewne nawet pod lufami karabinów nie dalibyśmy rady..
Ponarzekaliśmy, pojedliśmy, popiliśmy i zmęczeni zlegliśmy na łóżkach.

Około ósmej rano pukanie do pokoju :
- chłopaki, dosyć wylegiwania, wstawać, czas na rybki...Jadzia już smaży jajecznicę.
- Stasiu, daj spokój... jakie rybki, przecież wczoraj mówiliśmy jak jest...
- wstawajcie, wstawajcie...połowicie...
- a w życiu, nikt nas nie zmusi do takiego ponownego wysiłku...
- tyłki do góry, niespodzianka...

Wstaliśmy ciekawi tej niespodzianki.
Była ! Okazało się, że ten Przesympatyczny, Koleżeński i Kochany Skurczybyk Staś polazł po naszym zaśnięciu dwa kilometry do wsi, z kimś tam pogadał w efekcie czego przed leśniczówką stały zrobione w nocy sanie z dowiązanym do nich koniem. Woźnica też był.

Sanie sklecono naprędce z jakiś pordzewiałych rur, drutu, gwoździ i desek. Za siedziska służyły worki z sianem.
Ależ to była jazda. Przez cztery dni mieliśmy podwodę nad jezioro i o umówionej godzinie pławiąc się w tym luksusie wracaliśmy z powrotem do domu. Klaczka, o imieniu Baśka, radośnie rżała na nasz widok. Może dlatego, że codziennie dostawała jakieś smakołyki ? A może rozumiała wędkarskie zachcianki ?

Podczas tamtej wyprawy połowiliśmy naprawdę sporo ryb. Nie było okazów - trafiały się leszcze ( do 1 kg ), płocie ( do 30 cm ) i oczywiście okonie ( do 35 cm ). Ale było ich dużo, więc wędkarski apetyt został w pełni zaspokojony.
Jednak najbardziej utkwił mi w pamięci gest Stasia. Niby nic...dla niego, a jednak dla nas TAK WIELE !!!
Próbowaliśmy rewanżować się finansowo, chociażby w stosunku do nieznanego nam wcześniej woźnicy. Bezskutecznie.
Smutne, ale coraz mniej takich ludzi...
Baśki też nie zapomnę.

Zbig28




Opinie (8)

Lipan1

Witam,super wyprawa z przygodami takie się wspomina długo no i leśniczy nic dodać,wspaniały człowiek.Z opowiadania wnioskuję,że masz gdzie i do kogo z przyjemnością jechać na rybki,atmosfera rodzinna,oczywiście woźnica wraz ze swoją Baśką to człowiek,któremu przyjemność sprawia robienie innym przyjemność.Masz rację ludzi bezinteresownych jest coraz mniej pęd pieniądza i sukcesu przyćmił bezinteresowność w cichych zakątkach ludzie żyją spokojniej bez niepotrzebnego stresu i są otwarci do innych bardziej przyjaźnie nastawieni,ale takich miejsc jest coraz mniej wielka szkoda.Piątka to za mało no ale cóż zrobić ***** jest bez namysłu,pozdrawiając życzę wszystkiego najlepszego w nadchodzącym 2011 roku  [2010-12-30 18:17]

arturartur

Miło  było  poczytać  .  Następne  fajne  opowiadanie  do  dorobku  literackiego  .  Pozdrawiam  i  życzę  następnych  miłych   przygód  w  nowym  roku  .    Artur  . [2010-12-30 20:41]

kostekmar

Fajne opowiadanko o przebytej przygodzie wędkarskiej. Też bym potrzebował taki pojazd, aby dostać się na ulubiony odcinek trociowej rzeki. A tak nie wiem gdzie rozpocznę sezon. Zostawiam 5***** i pozdrawiam. [2010-12-31 13:22]

mars28

Fajne opowiadanko czyta się fajnie.Mnie zaintrygował już sam tytuł.A to tylko kobyła  była.Acha ,i to zdjęcie-Ty.okoń i ...Ech,te wędkarskie wyprawy !

Piąteczka.I pomyślności w Nowym Roku

[2010-12-31 13:44]

news34

fajne,pozdrawiam [2011-01-03 23:30]

chudy028

Miałem już przyjemność usłyszeć tę historię (i to kilkakrotnie, podczas wędkarskich biesiad), oczywiście relacjonowaną osobiście przez Autora - a to przy okazji naszych mazurskich wypadów właśnie nad jeziora położone w Puszczy Piskiej.  Pomimo to lektura zbigowej publikacji wywołała u mnie sentymentalne rozmarzenie i przywołała szereg innych przeżyć i obrazów z minionych kilkudziesięciu lat, w trakcie których większość swoich urlopowych dni spędziłem nad mazurskimi jeziorami, korzystając z niezbyt wysoko odpłatnej gościny znajomych gospodarzy. I warto pielęgnować takie wspomnienia. A jeśli komuś przychodzi z łatwością ich zapisanie, to należy taki "proceder" kontynuować i jego efektami dzielić się z wędkarską społecznością. Tak jak to czyni permanentnie pięciogwiazdkowy Zbig. [2011-01-05 18:24]

Zibi60

Super, czytając utożsamiałem się z Tobą - 5* nie można inaczej [2011-01-21 06:46]

BlueFisherman

5 [2013-05-12 16:13]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Maj z rodzicami.

Kiedy widzę małych chłopców nad naszymi wodami, zastanawiam się częst…