Bużańskie Sandacze


Od kiedy mieszkam w okolicy Zalewu Zegrzyńskiego, zacząłem poważnie spinningować w jego dopływach – Narwi i Bugu. Przekonałem się, że dużo łatwiej tu o ładnego sandacza niż w zasypanej Wiśle.

Królowa polskich rzek to trudne miejsce dla spinningisty, zwłaszcza jeśli poławia bez łodzi. Zniechęcony słabymi wynikami ostatnich lat, zacząłem szukać nowego miejsca w okolicy Warszawy, nadającego się do połowu sandacza. Wybór był naturalny. Dwie wielkie rzeki wpadające do Zalewu Zegrzyńskiego wydały mi się idealnym rozwiązaniem mojego problemu.
Mając jednak doświadczenie z szybką i mocną rzeką, jaką jest Wisła, nie bardzo wiedziałem, jak się zabrać do szukania sandacza w słabszym nurcie. Zaczęło się więc wielkie eksperymentowanie, które dotknęło w zasadzie każdego aspektu wędkowania.
Po pierwsze, musiałem zmienić sprzęt

Do wiślanego połowu sandaczy do tej pory stosowałem dość mocny zestaw – długi i dosyć sztywny kij o ciężarze wyrzutu do 40 g. Wymuszał on też wielkość kopyta. Na Bugu i Narwi o użyciu podobnych przynęt nie mogło być mowy. Wolny nurt wymagał innego rozwiązania.
Kupiłem lżejsze wędzisko (ciężar wyrzutu 20 g), ale – tak jak poprzednie – o szybkiej akcji. Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że gdy sandacze skubią lub nawet pewnie biorą przynętę, wymuszają na wędkarzu szybką reakcję. O gapiostwie nie może być mowy. Jeśli sandacz wyczuje podstęp, pluje niczym wielbłąd dotknięty ślinotokiem. Podczas zacięcia musimy zatem być pewni jego skuteczności. Z tego samego powodu stosuję plecionki i głównie na nie łowię.
Kiedy już „odchudziłem” bużański zestaw, zacząłem szukać rybich stanowisk. Podobnie jak w Wiśle sandacz nie stoi pod każdym płotem. Można jednak poddać te stanowiska pewnym regułom.

Gdzie?

Po pierwsze, jeśli jestem nad wodą sam i zachowuję się cicho, to mogę liczyć na ryby żerujące na kamienistych płyciznach, uganiające się tam za drobnicą. Najlepiej łowić w tych miejscach wczesnym rankiem lub po zachodzie słońca, kiedy słońce jest nisko, a dokoła panuje względny spokój.
Po drugie, pewniakiem są ulubione przeze mnie rynny i doły położone blisko nurtu. Tu ryby przebywają w zasadzie bez przerwy, bo nikt ich nie niepokoi. W takich miejscach ścierają się prądy, zdarzają się cofki nurtu, woda kręci i nęci drapieżniki wszędobylskim narybkiem. Problem jest jednak z dorzuceniem przynęt w takie miejsca oraz z właściwym ich prowadzeniem. Tu niezbędna okazuje się inna cecha wędziska, o której wspominałem, mianowicie jego długość. Spinningiści przyzwyczajeni do łowienia z łodzi w życiu nie użyliby kija dłuższego niż 2,7 m. Łowiąc rzeczne sandacze, nie mamy innego wyjścia. Trzymetrowy kij to podstawa, pozwala on na swobodne prowadzenie przynęt.
Po trzecie, skupmy się na poszukiwaniu różnego rodzaju opasek i raf. Podniszczone przez zimowe roztopy są atrakcyjnym terenem żerowania niejednego drapieżnika. Obławiajmy przykosy! Ścieranie się szybkiej i spokojnej wody prawie zawsze przynosi dobre rezultaty.
Wybierając miejsce łowienia sandaczy, zwróćmy jeszcze uwagę na jedną, według mnie ważną sprawę, mianowicie sytuację na brzegu. Sandacz jest rybą wyjątkowo płochliwą. Jeśli więc na brzegu jest tłoczno, a wędkarze hałasują, wybierzmy inną miejscówkę.
Warto też uważnie obserwować wodę. Wielokrotnie miałem problemy z ustaleniem, który drapieżnik żeruje w danym łowisku – boleń czy sandacz. Doświadczony spinningista, specjalista od połowu boleni z Zawichostu, podał mi prostą zasadę, której trzymam się do dziś. Gdy boleń goni narybek, pierzcha on we wszystkie kierunki. Drobnica zaś atakowana przez sandacza tworzy wachlarz skierowany w jedną stronę.
Kiedy i czym?

I znów nie zaskoczę wielu, jeśli powiem, że najlepsze okresy brań przypadają na dni poprzedzone okresami ustabilizowanej pogody. Okoniowate nie lubią zmian ciśnienia. Jeśli więc mamy kilka „równych” pogodowo dni, to znak, że sandacz może lepiej żerować. Może, bo od tej zasady są oczywiście odstępstwa. Sandacz zwiększa okres jesiennego żerowania podczas gwałtownego ochłodzenia czy wręcz przymrozków. Instynktownie czuje nadejście zimy i „zapycha się” na zapas. Po nagłym ochłodzeniu warto więc wybrać się nad rzekę.
Jesień to okres, kiedy sandacz raczej trzyma się dna, bo tu spodziewa się pożywienia. W przypadku tej ryby podczas głębokiego łowienia niezastąpione wydają się przynęty gumowe. Do dziś pozostałem wierny używanym na Wiśle kopytom. Wzięcie mają zwłaszcza jaskrawe ich odmiany. Wszelkie odmiany żółci, jaskrawej zieleni, popularne już wszędzie „marchewy” czy lusterkujące brokatem „kremówki” to podstawowy arsenał na rzekę.
Ciężar główki? 15, 20, 25 g, w zupełności wystarczy by dorzucić gumkę w pożądane miejsce. Przynętę prowadźmy oczywiście skokami, cały czas obserwując szczytówkę i mając kontakt z przynętą. W tym miejscu zachęcam do obejrzenia filmów instruktażowych pt. Jig Master i Powrót sandacza, wyprodukowanych przez redakcję „WMH” Pokazują one rozmaite techniki prowadzenia przynęty, a także w jaki sposób przygotowuje się zestawy jigowe.

Cóż jeszcze… Nie zapominajmy o obrotówkach!

Pamiętacie? Były kiedyś takie przynęty, choć pomału są wypierane przez wspomniane gumki i różnej maści woblerki. Obrotówki potrafią niejednokrotnie być łowniejsze od gumek dzięki swoim właściwościom wibracyjnym. Łowię nimi w pół wody, od czasu do czasu obrzucając cofki i przykosy. Woblery zaś rezerwuję na wiosnę i lato, kiedy sandacz żeruje wyżej.
Zachęcam więc wszystkich do odwiedzenia Bugu i Narwi i spróbowania swych sił w poszukiwaniu pięknego drapieżnika, jakim jest sandacz. Październik może być doskonałym miesiącem na rozpoczęcie takiej przygody.

 


5
Oceń
(1 głosów)

 

Bużańskie Sandacze - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł