Co z koszyka w wodzie pachnie?

/ 5 komentarzy

Temat wyeksploatowany maksymalnie. Każdy z wędkarzy i każda firma wędkarska ma swoje „najlepsiejsze” przepisy i mikstury. Każdy próbował, każdemu ręce pachniały najróżniejszymi udoskonalaczami, każdy dzięki niej coś złapał. W takich warunkach trudno napisać coś odkrywczego, dać jakieś nowe, wartościowe wskazówki, zainteresować własnymi doświadczeniami. Tym bardziej, że absolutnie nie uważam się za specjalistę w tej kwestii. Ale spróbuję coś Wam opowiedzieć, bo bez tematu zanęty moje wpisy byłyby niekompletne. Pogoda za oknem taka, że w pracy wysiedzieć nie mogę, widzę i czuję już te brania, czekam niecierpliwie, aż będę mógł już ruszyć w kierunku Wisły. Popiszę trochę o rybach, łatwiej będzie przetrwać. Piątek wolny, więc już dziś po robocie będę nad wodą. Prognoza pogody wskazuje, że będziemy mieli typowo sumowo - węgorzową pogodę. Pierwszy raz w tym roku. Może odrobinę za wcześnie, ale co tam, nie spróbuję, nie będę wiedział. A jak się trafi, to fotka i do wody, niech pędzi na tarło, bo to tuż, tuż… Tylko, żeby Wisła nie wylała, a jest na styk. Sprawdzam informacje o stanie wody i nie wygląda to zachęcająco. Cóż z pięknej pogody, jak do brzegu nie dotrę? Zobaczymy za kilka godzin. Dziś może jeszcze nie wyleje na łąkę, ale jutro to chyba będę moczył kija gdzieś na stawie.
Zacznę od mniejszego kalibru. Najłatwiej jest kupić paczkę gotowej zanęty. Każdy wędkarski jest nimi wypełniony. Na każda rybę z osobna, albo uniwersalną na wszystkie, klasa bieda, klasa mistrzowska, małe paczki, duże paki, cała paleta kolorów i zapachów. No można i tak. Gotowa zanęta to rozwiązanie szybkie, ekonomiczne, nie wymagające wiele myślenia i … mniej lub bardziej skuteczne. Właśnie. Nam przecież o tę skuteczność chodzi.
Łowiąc na picker czy feeder z koszykiem zanętowym, wielokrotnie poszedłem na łatwiznę i razem z paczką białych robaków chwyciłem w sklepie worek z jakimiś płociowymi, czy leszczowymi zapachami. Gotowiec znaczy się, dla weekendowych wędkarzy, że tak to ujmę. Wyniki różne, niekoniecznie kompatybilne z ilością, czy jakością użytej zanęty. Z pewnością działa, z tym dyskutował nie będę, ale… No właśnie.
Diabli czy nie co! – zaklął siarczyście Mistrz zorientowawszy się, że nie zabrał ze sobą kluczyka do łódki uwiązanej do drzewa. Zostawię tu wędki – powiedział i pomknął swoim wędkarskim fiatem 126p do domu. Ja nad wodą siedzę już od dwóch godzin, od wschodu słońca. Efekty jakieś tam były, nie pamiętam, czyli musiało być bez większych emocji. To mój okres pickerowy – Mistrz zdążył się już podzielić ze mną porcją wiedzy, więc trzaskam sobie te kilkunastocentymetrowe okazy po kilka, kilkanaście sztuk na łowienie. Jest fajnie, każda z nich cieszy. Maluch z Mistrzem za kierownicą już zjechał z wału, z „samochodu” wysiada mój mentor ściskając w dłoni jakiś zielony karteluszek. Mam coś dla ciebie – powiedział wręczając mi wymiętoszoną ulotkę. Musiała być dość stara, albo konkretnie eksploatowana, bo ledwie zorientowałem się, że ten wycieruch to ulotka firmy Traper. Zobacz tam na dole – wskazał palcem, musisz spróbować tego kuchu (ciasta). We wskazanym miejscu, ledwie czytelne, były wypisane receptury Trapera. Kilka różnych, o ile mnie pamięć nie myli. Zestaw na płoć, na leszcza, na klenia, jakaś mieszanka na feeder. Każda z receptur miała kilka pozycji typu: odchody gołębie, biszkopt, konopie, piździutto czy jakieś coś, piernik, koper, mączki, wanilia, gliny i inne takie których nazw ani wówczas nie zrozumiałem, ani teraz nie pamiętam. W każdym razie na tej ulotce, w każdej z gotowych receptur, były zaznaczone niektóre składniki. Łącznie około 10. Przy niektórych przekreślona waga i dopisana inna wartość. Część zapisana ołówkiem, część długopisem, czasem po dwa razy skreślane i poprawiane na inną wagę. Widać było, że kombinowania sporo i musiało to trwać przez dłuższy czas. Jak będziesz w sklepie, to kup te wszystkie zaznaczone składniki w takich ilościach, jak masz napisane – powiedział. Ino kartki nie zgub. Zatrybiłem, że on po prostu poprawił po swojemu receptury Trapera. W tym momencie zainteresowało mnie to jeszcze bardziej i już nie mogłem doczekać się wizyty w wędkarskim. Mistrz zapakował swoje klamoty do łódki i odpłynął, gdzieś w górę rzeki. Jego tajemne miejsca, na pewno wieczorem coś ciekawego przywiezie. Ja od popołudnia będę znowu nad Wisłą, więc pewnie zobaczę co złowił.
Zakupienie wszystkich składników nie było wcale takie proste. Gdybym robił to teraz, zamówiłbym przez Internet, ale 5 czy 6 lat temu nie wpadłem na taki pomysł, a może nie było takiej możliwości. Zjeździłem większość wędkarskich w okolicy i w ciągu tygodnia uzbierałem wszystko co na liście miałem zaznaczone. Niestety, nie jestem w stanie podać składu. Nie pomyślałem, żeby sobie to przepisać, a ulotkę oddałem, choć Mistrz ją zapewne nadal ma. Przez jakiś czas miałem odłożone wszystkie opakowania z tego zestawu, ale przy jakichś stodołowych porządkach musiały wylądować na śmietniku. Podglądam sobie teraz na stronie Trapera, widzę jakieś receptury, ale nie umiem tego odtworzyć. Nie w tym jednak rzecz. Te wszystkie receptury to jakieś 20-30 różnych składników, które można kupić. I pewnie każdy z nas, metodą prób i błędów potrafiłby skomponować skuteczną mieszankę. Mistrz zrobił to po prostu wedle własnego uznania, a ja dostałem gotowy przepis. Trzeba przyznać, że niestety, nie tani. Całość wyszła około 150zł, łącznie było tego w granicach 8 kg. Do dzieła. Świt. Piękna, wczesnoletnia pogoda. Zanęta elegancko rozrobiona w wiaderku, pachnie niemożliwie, jak cukiernia, kurnik i sklep zielarski w jednym. Montuję dwa pickery , oba po 270 cm, najcieńsza szczytówka, sprężyna zanętowa, żyłka 0,25, haczyk 10 na przyponie 0,18. Wybieram miejsce, powyżej główki, zagłębienie w dnie przed „stopą” główki. To bardzo ważne, chyba najważniejsze na rzece. Jak będę bezmyślnie pakował ciasto do wody, to nurt wyniesie ją do Gdańska. Dlatego rzucam jakieś 10 metrów od brzegu, przed główkę, żeby spokojny nurt płynący w dół zatrzymał zanętę w dołku przed ostrogą. Tam się ma zbierać zanęta, której zapach nurt poniesie daleko, do samych rybich nozdrzy. Ale to zapach ma wędrować, nie jego źródło. Pierwsze 10 rzutów wedle rytuału Mistrza. Wydaje mi się głupawy, ale robię co kazał. Zanętę bardzo luźno pakuję do sprężyny. Gdy zestaw opadnie na dno natychmiast mocno szarpię tak, żeby jak najwięcej ze sprężyny wypadło. Po pierwszym rzucie zaczepiam żyłkę na tym „klipsiku” na szpuli, żeby za każdym razem trafić w to samo miejsce i powtarzam rzut z wyszarpnięciem jeszcze 9 razy. Tym sposobem mam sporo zanęty w jednym, wybranym przez siebie miejscu. Teraz zakładam białe robaczki, dwie sztuki, ni mniej, ni więcej. Jeden zostaje przeciągnięty przez haczyk, cały, na długość, żeby zasłonić trzonek i łuk haczyka, drugiego nadziewam od połowy. Ostrze haczyka minimalnie wystaje, a poniżej niego sterczy pół robaczka. Właśnie te pół, za które ma chwytać ryba. Białe robaki mają takie „oczka”, nie wiem, czy to ich twarz, czy dupa, w każdym razie te „oczka” mają sterczeć i kusić.
Zanęta tym razem zostaje mocniej ściśnięta w sprężynie, już nie ma tak luźno wypadać. Nurt i tak ją wypłucze, to nie jezioro. I teraz powinienem zacząć chaotyczny opis tego co się działo. Ale szkoda prądu, bo to nie były jakieś okazałe sztuki, natomiast ilość obłędna. Do południa wyciągnięte około 30 sztuk, brania co chwila, dosłownie. Oprócz tego cała masa nie zaciętych czy zerwanych. Po kwadransie, może dwóch, jeden picker schowałem, nie było sensu walić na dwie wędki, za mało rąk do roboty, nie ma czasu napić się piwa, o głodzie tytoniowym nie wspomnę. Łowię do 13:00, szybko na obiad i powrót nad wodę. Przed odejściem jeszcze cisnąłem kilka kul z zanęty w wiadome miejsce. Do wieczora złowiłem kolejnych 15-20szt. Dla mnie to było szaleństwo. Płoteczki, krąpiki, okonki, uklejki, świnki, kleniki – wszelka możliwa drobnica. Bawiłem się świetnie przez kilka weekendów, wyniki w zasadzie porównywalne. Czasem oczywiście mniej, ale chyba gdybym policzył dokładnie, to „średnia godzinowa” byłaby zbliżona. Gdy skończyła się mikstura jakoś nie skusiłem się znowu na zakup składników, żeby upichcić nową. Chyba trochę drogo jak dla mnie. Kupowałem później gotowe rzeczne czy feederowe zanęty. Jak były nasiona konopi, biszkopt czy gołębie gówno też kupiłem i wymieszałem z bazą, bo pamiętam, że te składniki wówczas dodawałem. Wyniki również niezłe, choć nie tak spektakularne. Potrafiłem zbliżyć się dziennie do 30 szt, ale powyżej 40 nigdy więcej się nie trafiło, przynajmniej do tej pory. A teraz po picker sięgam raptem kilka razy w roku, w razie nudy nad wodą. Wniosek więc mam taki, że Mistrz znowu wiedział co mówi i warto eksperymentować z zapachami wabiącymi ryby, a nie zdawać się na gotowe produkty, choć te również skuteczność posiadają.

Czas na poważniejszy rozmiar, czas na Kaliber44. Do boju, do boju, do boju…zakon Marii…
Zanęcić drapieżnika. O to chodzi. Niechby on zapragnął naszego robaka tak, jak kibice pragną sukcesów Reprezentacji w piłkę kopaną, jak Renata Beger pragnie owsa, czy jak koń pragnie Renaty? Nęćmy. Tylko czym? Ano niby filozofii tu nie ma. Jak drapieżnik, to znaczy, że lubi krwawe łowy, a jak krwawe, to już mamy pierwszy składnik.
Krew. Ale w końcu to ryba, nie wampir, więc sama krew to mało. Kupną, suszona krew mieszam z kupną zanętą rzeczną. W zasadzie jakąkolwiek, tu chodzi o to, żeby się kleiło. Mieszam, moczę, kleję, pakuję do koszyka, wrzucam, czekam, holuję, wędzę, jem, bekam, wydalam. Proste. Ale trochę uciążliwe. Trzeba robić zanętę, ręce śmierdzą, a koszyk, pomimo że zwiększa ciężar zestawu, to jednocześnie zwiększa opór w wodzie i trudno go utrzymać tam, gdzie mocno ciągnie. A przecież tam właśnie chcemy, żeby się trzymał. Jednak mądre ludzie zawsze coś wymyślą. Pellet – świetna sprawa. Śmierdzi trupem, prawie ocieka krwią, jest mały, dość wygodny w użyciu, zwłaszcza te z gotową dziurką. Oczywiście w razie potrzeby wiertełkiem robimy ją w kilka sekund. Zakładałem 3-4 kulki na przypon. I znowu trudno o porównanie. Bo brania miałem, jak najbardziej. Wyciągałem i sumy i węgorze i sandacze. Trafił się też ładny, trzykilowy leszcz. Problem w tym, że wyciągałem je również na zestawy bez pelletu.
Ale jest plan na nadchodzący sezon. Tak sobie wymyśliłem przez zimę tęskniąc za Wisłą. Ja je w tym roku pokuszę nierządnice jedne. Ja je tak zanęcę, że same przez łąkę będą mi przychodzić do domu. Lubią krew, lubią trupi zapach i poranioną zdobycz? To ja im to wszystko dam, z serca, z dobroci, z własnej, nieprzymuszonej woli. Pakiet trzy w jednym. Zamówiłem już razem z innymi drobiazgami 15 koszyczków zanętowych, z obciążeniem 100g. Drugi niezbędny element to ryba. Ale nie ta do złapania, choć ta też jest ważna. Zamierzam zmielić rybę w maszynce do mięsa. W całości, z flakami i głową. Wyczytałem, że świetnie będą nadawały się do tego śledzie, ze względu na intensywny zapach. Ale nie wiem jeszcze, czy ich użyję, cały czas się biję z myślami. Użycie ich na Wiśle będzie kłóciło się trochę z zasadą, że ryba w menu ma to, co w jej środowisku jest dostępne. A śledź nie jest z pewnością podstawowym daniem drapieżników na Wiśle. Myślę więc o „zwykłych” rybkach typu płotka, krąp, leszczyk czy kleń. A może pomieszam? Ze dwa śledzie i kilka rzecznych sztuk? Jeszcze się zastanowię. W każdym razie zmielone ryby chcę powpychać w koszyki zanętowe i zamrozić. Wybierając się na wieczorny połów zabieram z zamrażalnika gotową, zamrożoną zanętę na drapieżniki. Po wrzuceniu zestawu odmrozi się w chwilę i zacznie rozsiewać piękny, trupi zapaszek pod wodą. Opcjonalnie – mogę dodać do tej mielonki suszonej krwi, czy pellet. Ale nie wiem, czy będę „poprawiał” naturalny zapach zawartości koszyczków. Póki co najbardziej skłaniam się ku wariantowi z mieleniem kilku różnych gatunków drobnicy. Liczę na to, że sumy i węgorze skuszone „klopsikami rybnymi” będą w tym roku chętnie współpracować.

 


5
Oceń
(29 głosów)

 

Co z koszyka w wodzie pachnie? - opinie i komentarze

JKarpJKarp
0
" Czas na poważniejszy rozmiar, czas na Kaliber44. Do boju, do boju, do boju…zakon Marii… Zanęcić drapieżnika. O to chodzi. Niechby on zapragnął naszego robaka tak, jak kibice pragną sukcesów Reprezentacji w piłkę kopaną, jak Renata Beger pragnie owsa, czy jak koń pragnie Renaty? " ***** (2013-04-19 10:11)
zaruzaru
0
Ja je w tym roku pokuszę nierządnice jedne. Ja je tak zanęcę, że same przez łąkę będą mi przychodzić do domu. Lubią krew, lubią trupi zapach i poranioną zdobycz? To ja im to wszystko dam, z serca, z dobroci, z własnej, nieprzymuszonej woli. ----- Tutaj pomyślałem o sąsiedzie. dla mnie 5*****. (2013-04-19 12:53)
szutomaszszutomasz
0
piękne płotki :D 5***** (2013-04-19 20:07)
Lin1992Lin1992
0
Super przydatny wpis. (2013-04-20 19:59)
darkokopdarkokop
0
jesteś najlepszy pozdrawiam ciebie i całe forum (2013-04-20 21:35)

skomentuj ten artykuł