Czerwcowe szczupaki - drapieżniki z wodnej dżungli

/ 4 komentarzy / 5 zdjęć


Koniec wiosny to jeden z piękniejszych okresów w kalendarzu wędkarza. Przyroda w pełnym rozkwicie , bujna i soczysta zieleń o jakiej śniliśmy podczas beznadziejnie długich i posępnych zimowych miesięcy – wszystko to jest na wyciągnięcie ręki , tuż pod naszym nosem…

Wędkowanie w takiej scenerii dostarcza niezapomnianych wrażeń, pozwala ukoić zszarpane codziennością nerwy, poczuć magię i potęgę życia w jego niezliczonych odmianach. Dlatego tak bardzo cenię sobie czerwcowy świt powitany nad wodą. W bladoróżowym , nikłym jeszcze blasku doświadczam za każdym razem czegoś nowego czerpiąc garściami z otaczającej mnie przyrody. Nawet gdy ryby nie biorą to obserwacja ptaków czy innych zwierząt teraz aktywnych sprawia że zapominam o pobudce w środku nocy, totalnym rozbiciu i niewyspaniu, którego nie wyeliminuje najmocniejsza nawet „mała czarna”.

To „otoczka” mojego wędkowania u progu lata ale jakże ważna! Jednak przechodząc do meritum koniec końców koncentruję się na tym co będę łowił. A będę łowił szczupaki… Wiem jak to brzmi… Szczupaki w Polsce na PZW! No, dobra – będę próbował je łowić . Jednak nie tak zwyczajnie bo też wody którym teraz poświęcam uwagę są specyficzne. Wyróżnia je oprócz niewielkiej głębokości obfita „szata roślinna” czyli mówiąc wprost łowię tam gdzie nie łowi 99% wędkarzy – łowię w ”badylu”.

Skupiska roślinności zanurzonej i tej na powierzchni to znakomite miejsca połowu ryb drapieżnych. Jest tu stale cała masa drobnych ryb w różnych rozmiarach. Karpiowate tu żerują, bytują, tu także się czasem rozmnażają. Takie okoliczności z oczywistych przyczyn wykorzystują drapieżniki. To stołówka zastawiona „po brzegi”. Mogą w zielsku polować bez wysiłku i ryzyka że ktoś będzie je niepokoił. Aż do teraz…

Po to właśnie tu przyjeżdżam by przerwać im tę sielankę zwłaszcza ,że jestem niemal pewien, że mimo iż czasem na wodzie ogólna presja jest duża to najprawdopodobniej w tych miejscach jestem jak Krzysztof Kolumb. Wjeżdżam „z buta” w niemal dziewicze środowisko wodnych zarośli, ekosystem rządzący się innymi prawami niż otwarte wody. Rozległe pola rdestnic , grążeli odstraszają wędkarzy bo zaczep tu murowany i technicznie łowienie niemal niemożliwe. A jednak da się, jest to możliwe choć nie będę oszukiwał że będzie komfortowo… Mogę jednak zapewnić – będzie skutecznie!

Żeby móc cieszyć się zdobyczą z takiej wody trzeba zastosować specjalne przynęty. Tylko one mogą dać radę trudnym warunkom ale nigdy nie gwarantują że połowimy wszędzie. Każda mała luka , korytarz w zielu czy dziesięciocentymetrowa przestrzeń nad dywanem roślin daje nam realną szansę na branie. W takich miejscach rezygnuję z gum podawanych na „offsetach” . Liczy się tylko wobler. Powierzchniowe modele są dziś ogólnie dostępne a nauka posługiwania się nimi nie zajmie dłużej niż kilkanaście minut. Warto się przyłożyć! Osobiście do takich łowów używam woblerów z dwóch grup. Są to stickbaity powierzchniowe i poppery oraz ich „hybrydy”. Chyba każdy producent ma swojej ofercie takie przynęty. Moje sprawdzone to: Salmo Rover, Spittin Rover, Salmo Pop, Rapala Skitter Pop oraz kilka sztuk własnej produkcji i pomysłu , które w niczym nie ustępują powyższym choć może nie są tak…estetycznie wykonane. Więcej mi nie trzeba. Zestaw do ich prezentacji powinien być dosyć solidny. W najlżejszym wydaniu u mnie jest to kijek długości 210 cm do 18 gram plus kołowrotek wielkości 2500 z nawiniętą plecionką o wytrzymałości 5 kg. Stosuję go tam gdzie roślinność nie jest tak zwarta i można sobie pozwolić na odrobinę finezji choć to raczej nie miejsce na nią… Optimum to wędka około dwumetrowa bo krótki kij ułatwia prowadzenie woblerów po powierzchni. Trzeba bowiem podszarpywać, pluskać i „wyrowadzać psa na spacer”. Tak nazywa się sposób prezentacji polegający na wprowadzeniu woblera w naprzemienny ślizg – lewa, prawa. Uzyskujemy go przez ruchy wędziskiem a więc dobrze żeby to był kij sztywny o akcji szczytowej. Plecionka tak cienka aby daleko rzucić i tak mocna by wyholować silną rybę z zielska. To też zależy od warunków na łowisku. Czasem w zarośniętej miękką roślinnością wiślanej klatce wystarczy 0.10 mm a na jeziorowym skupisku grążeli 0.16 mm nie będzie żadną przesadą… Obowiązkowy jest adekwatny przypon antyzębiskowy i dobrze by był w miarę sztywny bo to nam ułatwi poprawną prezentację przynęty. Jednak zwykły „wolfram” czy „stalka” też się nada.

Brania są spektakularne! Właściwie o nie chodzi mi głównie a nie o rozmiar zdobyczy… Gejzery wody, wyskoki a czasem tylko nieśmiałe „plum” i wobler znika pod powierzchnią w wirze wody. Z zacięciem warto zaczekać sekundę aż poczujemy ciężar ryby na kiju. Przedwczesne próby zepsują nam branie. Hol nie będzie łatwy ale lepiej mieć taką przeprawę niż nic. Czasem trzeba rybę siłowo wyprowadzać z zielska a czasem warto zluzować plecionkę bo bywa że wyjdzie z niego sama. Podczas takiego łowienia przyłowem bardzo wdzięcznym bywają okonie, które w kępach roślin żerują w najlepsze powodując irytację u bezradnych spinningistów. Można trafić fajne a nawet rekordowe sztuki ale z reguły jak to w życiu czepiają się maluchy niewiele większe niż nasza przynęta. Ich małe rozmiary wynagradza agresja z jaką potrafią atakować wobler czy zasysać poppera. Ryby tu żerują z konieczności przy powierzchni co ułatwia nam zadnie.

Zamiast więc zastanawiać się jak sięgnąć po ryby z zarośniętych łowisk u progu lata wypróbujcie ten sposób. Wpadniecie po uszy… Gwarantuję że po pierwszych braniach nie uwolnicie się od potrzeby dostarczenia swojemu wędkarskiemu „ego” takiej dawki adrenaliny. Ryby nie muszą być duże aby dawać wiele radości jednak nic nie stoi na przeszkodzie żeby dorwać w ten sposób życiówkę jeśli jeszcze takie w Waszych wodach pływają… Ja traktuję to jako świetną zabawę i genialną odskocznię od wielkorzecznych łowów. Zawsze ciągnie mnie żeby „popluskać’ po powierzchni nad podwodną dżunglą a przecież to nie koniec… Podobne łowy można w pewnych warunkach zaimplementować nad Wisłą czy inną wielką rzeką a tam spektrum gatunków chętnych do współpracy jest znacznie szersze… Żyć nie umierać!

 


5
Oceń
(16 głosów)

 

Czerwcowe szczupaki - drapieżniki z wodnej dżungli - opinie i komentarze

kopytko12kopytko12
+2
Właśnie na takim zarośniętym zbiorniku łowię . Jeszcze tej roślinności nie ma tak dużo ,ale jeszcze troszkę i zrobi się podwodny gąszcz. Jako że jestem początkującym spiningistą znalazłem tu przydatne informacje jak dobrać się do szczupaka którego pomimo że to woda PZW jest tu duża populacja. Artukuł super. (2018-06-15 17:59)
Mati23Mati23
+3
Tekst po prostu mistrzowski... Kompendium wiedzy dla kazdego lowcy szczupakow. Wlasnie te na pozor niemozliwe do oblowienia miejsca daja zazwyczaj najlepszy efekt... Dawno juz dalem spokoj tym biednym trzinom bezlitosnie biczowanym przez rzesze spinningistow, bo to tak typowe miejsca, ze az boli :) Owszem - i tam potrafi czaic sie gruba mamusia, ale mimo wszystko wole zwiedzac nowe rewiry... Pozdrawiam! (2018-06-19 17:17)
pilkpilk
+3
Świetny artykuł ,cztając widziałem się wtej sceneri. Łowię na wodach PZW i preferuję właśnie zbiorniki płytkie i zarośnięte jednak moim celem są okonie a szcupaki są przyłowem i tak mój przyłów w ostatnich pięciu wypadach (woda do 1,5 m głębokości ,grążele,wywłócznik) to 33 szczupaki ( tym jednego dnia 18 szt.) największy 94 cm.Okoni złowiłem ok 120 szt (w tym jednego dnia ok 90) .Zauważyłem też pewną prawidłowość w dniu kiedy złowiłem najwięcej szczupaków nie trafił się żaden okoń (łowię na tę samą przynętę i nie jest to wobler) natomiast kiedy miałem swój dzień okoniowy (86 szt.) trafił się tylko jeden szczupak , natomiast kiedy innego dnia łowiłem okonie 25-37cm trafiały się szczupaki. Ale to wszystko tak na marginesie w zasadzie chciałem napisać że potwierdza się powiedzenie GDZIE PATYKI TAM WYNIKI i nie trzeba wydawać kasy na Szwecje (2018-06-20 22:36)
SithSith
+1
Jak zwykle, doskonały warsztat felietonisty. Do tego kompendium wiedzy. Po prostu super. Dziękuję Piotrze, mam w moim zasięgu podobne łowiska i mam zamiar skorzystać z Twoich wskazówek. ***** (2018-06-28 09:45)

skomentuj ten artykuł