Ekstremalny konkurs z Energizer!

/ 55 komentarzy

Ogłaszamy ekstremalny konkurs z firmą Energizer! Aby dać sobie szansę na wygraną rewelacyjnej latarki firmy Energizer, wystarczy w kilku zdaniach opisać najbardziej ekstremalną sytuację, jaka spotkała Was podczas wędkowania. Tekst należy zamieścić w formie komentarza pod artykułem konkursowym. Do zgarnięcia jest pięć latarek, które ułatwią wędkowanie w najcięższych warunkach.







I miejsce - Energizer 3 in 1  Lantern

II, III, IV i V miejsce - Energizer Impact Rubber







Regulamin konkursu:

1. Wpisy dodajemy w formie komentarza pod tekstem konkursowym, od dnia dzisiejszego do 3 października. 

2. Ogłoszenie wyników nastąpi 5  października.

3. Jeden uczestnik ma prawo do zgłoszenia tylko jednego tekstu.

4. Uwzględniane będą jedynie teksty dodane w trakcie trwania konkursu.

5. Wyboru najlepszych tekstów dokona redakcja wedkuje.pl oraz przedstawiciel firmy Energizer.

Zapraszamy do zabawy






.

 


5
Oceń
(24 głosów)

 

Ekstremalny konkurs z Energizer! - opinie i komentarze

AchmenAchmen
0
[img]http://i.imgur.com/py3lcyk.png[/img]
Jestem początkującym wędkarzem, mam szesnaście lat i od tego roku posiadam kartę wędkarską PZW.  Łowiłem na dwa pickery, około godziny 17, w lato zrobiło się pochmurno, zaczął padać deszcz, schroniony pod drzewami i parasolką nie przejmowałem się tym do czasu burzy. Dodam, że nad zalew dojeżdżam rowerem. Siedząc i wyczekując na naszą kochaną rybę usłyszałem przerażliwy grzmot burzy, dosłownie jak by wyładowanie nastąpiło metr ode mnie. Po chwili patrzę, a tu dwa metry od mojego siedzenia upada drzewo, potężna sosna. Nieomal spadłem do wody ze strachu, na tej wyprawie złowiłem swojego rekordowego leszcza 55 cm.  (2013-09-19 09:49)
pioter94pioter94
0
O taak ! Wędkarstwo to zawsze było to co mnie kręciło. Ileż to było nieprzespanych nocek nad pobliską Notecią i związanych z nią przygód. Łażenie w chaszczach po szyje, chmary komarów po prostu miały raj jeżeli ktoś wstąpił w ich teren. Jedna z najlepiej przeżytych przygód nastąpiła w upalną sierpniową noc. Na nocne wędkowanie wybrałem się z kolegą, który zawsze mi towarzyszy przy nocnych połowach. W tym dniu wybraliśmy miejsce nieco oddalone od cywilizacji w trawie sięgającej do klatki piersiowej w której było mnóstwo dziur pozostawianych przez bobry. Dojść na miejscówkę to już był nie lada wyczyn ale poruszanie się w takim terenie nocą to już prawdziwy hardkore. Po rozłożeniu się i wykonaniu takich czynności jak wyrzucenie zestawów, wygodne usadowienie się na tyłkach oraz usmażeniu kiełbasek nie było nic do roboty więc postanowiłem przyciąć komara. Nie wiem jak długo spałem ale w jakimś momencie ktoś mnie woła i to dość głośno. Odpalam latarkę! Mojego kompana nigdzie nie widzę, idę za głosem. Patrzę a on siedzi na drzewie i się wydziera, że mam uciekać bo za mną łażą dziki. Ciężko wystraszony bo w trawie faktycznie coś się ruszało nie wiedziałem co robić. Problem był w tym, że jedyne małe drzewko w okolicy było już zajęte. Postanowiłem stanąć przy ognisku i chwycić rozżarzone drewno i czekać. Po chwili wyłoniły się 3 sztuki, lecz ogień ich nie ruszał, zacząłem powoli cofać się nie patrząc pod nogi, aż tu nagle plum i problem został rozwiązany. Zwierzyna uciekła a ja byłem kompletnie mokry łącznie z latarką na czole. Latarka jaką używałem to Energizer 3 led Headlight chyba nie zniszczalna ;). Ileż jest śmiechu z wspominania takich niezwykłych przygód. (2013-09-19 10:23)
krisbeerkrisbeer
0
W połowie maja wybrałem się ze znajomymi nad Wisłę. Na miejscu okazało się że wszystkie dobre miejscówki są zajęte, rozłożyliśmy się więc na terenie pozalewowym. Podłoże gruba warstwa zaschniętego błota, brzeg – ostra skarpa około 2m (z zejściem do wody). Po około 2 godzinach zaatakowała nas chmara komarów mutantów, nie pomagały żadne środki ani dym z ogniska, tylko szczelne ubranie. W nocy po raz pierwszy w życiu zakładałem robaki po ciemku, chwilę po zapaleniu czołówki dłonie były aż czarne od komarów. Najlepsze miało dopiero nadejść. Około godz. 3 zaczęło padać, schowaliśmy się więc do naszego nowego zakupu ,,nieprzemakalnego’’ parasola i tu niespodzianka określenie ,,nieprzemakalny’’ okazało się nadużyciem ale chłopaki nie płaczą. Po godzinie przestało padać, wyszliśmy (a raczej wyślizgnęliśmy się) na zewnątrz. Podłoże to teraz była bardzo śliska maź na której trudno było utrzymać równowagę, każdy krok to podnoszenie na butach kilograma błota. Najpierw trzeba było ratować samochód, z niemałym trudem (to maź decydowała o kierunku jazdy) udało się wyjechać na pobliską łąkę. Jak na twardzieli przystało postanowiliśmy przerzucić wędki ślizgając się na krawędzi skarpy jakimś cudem nam się to udało. Zasiedliśmy pod naszym ,,przemakalnym’’ parasolem. Zaczęło podsychać poruszanie się stanowiło mniejszy problem, pojawiły się brania oraz ponownie chmary komarów i tak przez około godzinę. Nagle znów ulewa, znany scenariusz: ,,przemakalny’’ parasol i siedzimy. Równie nagle jak pojawił się deszcz tak i pojawiło się piękne słońce, niestety po ponownych opadach maź jeszcze bardziej się rozmiękczyła, nawet bardzo powolne poruszanie się stanowiło ogromny problem. Robiło się coraz cieplej, niestety w oddali widać było kolejne czarne chmury, tego już było dla nas za wiele, zarządzamy odwrót. Jakimś cudem udało nam się zapakować do samochodu bez większych ofiar. Uwalani błotem, dotkliwie pogryzieni przez komary (nie cięły tylko podczas ulewnego deszczu), zaliczyliśmy tzw. Powrót na tarczy. Efekt: 1 niewymiarowy karp i sporo małych krąpi - wszystkie rybki wróciły do wody. To na razie największy koszmar jaki przeżyłem nad wodą. (2013-09-19 11:11)
czaro93czaro93
0
Pewnego sierpniowego wieczora postanowiłem wybrać się na ryby na małą rzeczkę płynącą jakieś 2 km od mojego miejsca zamieszkania. Czasu nie miałem dużo ponieważ była godzina 20, więc przede mną jakieś 2 godziny wędkowania zanim zapadnie zmrok po, którym jest bardzo słaba widoczność podczas wędkowania. Głównymi rybami występującymi w niej są płocie, kiełbie, szczupaki, okonie, jazie oraz klenie, trafiają się czasem też jelce oraz plotki głosiły, że nawet czasem pstrąg się trafia. Bez namysły biorę lekki spinning z nastawieniem głównie na klenia, jazia i okonia, zabieram także pudełko z przynętami i szybko nad wodę. Po około 10 minutach jestem nad wodą więc zabieram się do łowienia. Jako przynęt używałem mikro woblerków oraz obrotówek w rozmiarze 1. Jednak po 2 godzinach łowienia mój wynik wynosił 0, nawet ciągła rotacja przynętami nie pomogła. Zapadł zmrok po, którym totalnie nic nie widziałem rzucałem na tzw. czuja. Doszedłem do "dżungli" (tak nazywam gęsto rosnące kolonie trzciny). Po chwili wahania co było spowodowane małą widocznością z powodu zmroku oraz powoli rozprzestrzeniającej się mgły postanowiłem kawałek przejść się w głąb "dżungli". Przebijałem się przez kępy traw oraz gęsto rosnących trzcin, a na dodatek drogę utrudniały mi rowy oraz studzienki, które były tworem bobrów. Postanowiłem dalej się nie zagłębiać w ten gąszcz i szybko skierowałem się w kierunku koryta rzeczki. Szybkie przemyślenia odnośnie przynęty. Myślę na wobka dzisiaj nic, na obrotówki tak samo i postanowiłem założyć mój ostatni paproch, który jakimś cudem przetrwał i znalazł się w pudełku. No to zarzucam iii przynęta ląduje na trzcinie ale udało się uwolnić twistera. Drugi tym razem przynęta ląduje w wodzie i zarzynam stukać o dno i nagle bardzo potężne uderzenie pokwitowane zacięciem z mojej strony. Delikatna wędka ugięła się w parabolę. Szybkie przemyślenia odnośnie ryby, w tak małej rzeczce nie ma dużych szczupaków i na dodatek łowię bez przyponu, więc szczupak odpada. Okoń również odpada to nie ten typ walki i w tej rzece okonie pojawiły się dopiero 2 lata temu po oczyszczeniu i trudno tu o taką sztukę która tak ugięła by wędkę. Pozostaje więc białoryb czyli kleń bądź jaź. Dłużej nie namyślając się postanowiłem jakoś wyholować tego potwora, więc postanowiłem pójść parę metrów do przodu ponieważ łowiłem na łuku rzeczki. Nagle ryba pokazała się przy powierzchni i byłem już pewny. To potężny kleń!!! Na oko miał około 50 cm!!! Idę jeszcze parę kroków dalej, jednocześnie walcząc z rybą co nie było łatwe. Szedłem praktycznie na oślep bo nie dość, że buszowałem w krzaczunach i po zmroku to i mgła dawała się we znaki oraz dosyć okazała ryba nie pozwalała zbytnio na obserwację drogi. Idę, idę i nagle jedna noga zapadła się pod ziemię i chlup!!! Żyłka brzdęk!!! To była nora bobra bądź wydry, znajdowała się płytko pod ziemią i nad ciężarem mojej nogi zapadła się, zaś żyłka pękła po gwałtownym szarpnięciu wędką, które spowodował mój upadek. Szybko starałem się wyciągnąć nogę z nory ale to nie było takie łatwe ponieważ odczuwałem nasilający się ból w kostce co później okazało się zwichnięciem. Mówię: "no świetnie, nie dość że uszkodziłem sobie nogę to jeszcze poszedł mi prawdopodobnie kleń życia" i na głos poszło kilka wiązanek w stronę futrzaków. Lecz nawet przeklinanie nie pomogło mi na ból który doskwierał mi z kostki. Szybki telefon do rodziców by przyjechali po mnie samochodem. W końcu udało mi się uwolnić nogę oraz wyjść z "dżungli" i na szczęście byli już rodzice i szybko do szpitala. I tak zakończyła się moja przygoda z kleniem marzeń, którego niezwykle trudno jest upolować w tak małej rzece (koryto ma jakieś 5-6m szerokości) lecz na moje nieszczęście do tej przygody parę groszy dołożyły futrzaki. (2013-09-19 12:56)
kamil11269kamil11269
0
Pewnego letniego dnia.... z kuzynem wybrałem się na Bartoszów, na tamtejsze stawy. Dzień był bardzo słoneczny, wiatru praktycznie nie było. Na niebie nie ma żadnej chmury. Wymarzony dzień! Można posiedzieć i nie martwić się o pogodę. Przyjeżdżamy na łowisko, rozkładamy sprzęt. Nastawiamy się oczywiście na karpie, ja "na grunt", kuzyn "na grunt". Rozrabiamy zanętę, zakładamy przynęty na haczyk - czyli kukurydzę - do koszyczków wkładamy zanętę. I teraz rzut... na około 30 - 40 metrów. Dalej nie potrzeba. Tamtejsze karpie siedzą blisko brzegu. Dzień mija bardzo dobrze, ryby biorą bardzo dobrze. Na niebie nadal nie ma żadnej chmurki... do czasu, gdy zaczyna robić się ciemno. Była wtedy godzina chyba 17, no może 16. Wraz ze wzrostem zachmurzenia zaczyna wiać coraz mocniej. Mamy ze sobą dużą, przeciwsłoneczną parasolkę. Nagle zaczyna kropić. Chowamy to co damy radę pod parasol i czekamy na ryby. Zaraz grzmot... potem następny.... i następny. Nie rezygnujemy z wędkowania. Po pewnym czasie zaczyna bardzo mocno padać. Z nieba leją się litry wody! Do tego jeszcze grzmoty i silny wiatr nie dają o sobie zapomnieć. A my, siedzimy razem ze sprzętem pod parasolem. Wciąż czekamy na brania. Za horyzontem widać już słońce. Wystarczyło poczekać jakieś 10, albo może 15 minut i wszystko się skończyło. Tylko teraz wszystko było mokre. Z wędki lała się woda. Ale wciąż czekamy.... wytrwale. Zaczyna od nowa przygrzewać słońce i zaczyna wszystko naprawiać. Wszystko suszy, nie pozostaje ani kropla wody. Wszystko suche, tak jakby się nic nie stało. A była taka burza.... (2013-09-19 14:39)
SuperGroverSuperGrover
0
Łowiłem rybki na Martwej Wiśle. W pewnym momencie zauważyłem, że niedaleko mojego stanowiska siedzi mały kotek. Widząc jaki jest zziębnięty i wychudzony wyjąłem kanapkę i solidarnie podzieliłem się z nim szyneczką. Kotek zaczął się do mnie łasić, więc pogłaskałem go. Małemu się chyba spodobało, więc co jakiś czas do mnie podchodził i trącał nosem z nadzieją oczekując na darmowe żarełko i pieszczotę. Trwało to dobrych kilka godzin. Około godziny 17 mój nowy towarzysz poszedł w krzaki i tyle go widziałem. Kolejny raz znane mi "trącenie nosem" nastąpiło około północy. Nie odwracając się podniosłem kotka i posadziłem na kolana. Zacząłem go głaskać i dalej obserwowałem sygnalizatory podwieszone na żyłce. W pewnym momencie coś mnie tknęło i spojrzałem na zwierzaka na moich kolanach... z krzykiem zerwałem się z krzesła i zrzuciłem go na ziemię, bo zwierzak okazał się nie być kotkiem, a wielkim szczurem. Szczur tylko spojrzał na mnie z wyrzutem, wszedł do wody i odpłynął. Koniec. :) (2013-09-19 15:21)
heyzelheyzel
0
Tego lata, w bardzo zimną noc, postanowiłem wybrać się ze znajomym na rybki. Marznęliśmy jak nie nie wiem. Udało nam się złowić po 1 sporym leszczu, co przyczyniło się do wielkiej euforii, którą szybko zakończyło chrumkanie zza trzciny. Od razu temperatura wzrosła nam o kilka stopni. Wszystkie najważniejsze rzeczy już w rękach i gotowi do wejścia do wody,gdy nagle wyłania się mała świnka z pobliskiego gospodarstwa :) Koniec (2013-09-19 15:30)
użytkownik132079użytkownik132079
0
Na małym mazurskim jeziorku, zarzuciłem zestaw gruntowy z niewielkim hakiem i małym robaczkiem. Licząc chociaż na okonia, odszedłem od kładki zostawiając wędkę z zamkniętym hamulcem. 35 stopni, bezchmurnie i bezwietrznie. Szybko uporałem się z grillem i kiedy podszedłem do kładki, zauważyłem mocno napiętą żyłkę. Po chwili wędka zaczęła przesuwać się i wpadła do wody. Rozebrałem się najszybciej jak mogłem i wskoczyłem za nią. Na szczęście kołowrotek zaczepił się o lilie i udało się ją wyciągnąć. Po zacięciu i długim holu, na brzegu wylądował grubo ponad kilo węgorz, z małym haczyczkiem wbitym na końcu pyska. (2013-09-19 15:45)
rafiki8542rafiki8542
0
w dniu 14.09.13 wybrałem się na pobliski staw łowiłem na spining na woblera 12 cm Łowiłem z łódki na żyłkę 0 35mm po którymś razie poczułem branie i odrazu zaciołem ja patrze a ten olbrzym zaczyna ciągnąć łódkę(nie zarzuciłęm kotwicy) po jakiś 40 50 minutach wynurzył się potwór okazało się że to był sum miał 193cm i nie udało mi się go zważyć bo był zaduży ale na oko ważył jakieś 30 40 kg (2013-09-19 16:29)
rafiki8542rafiki8542
0
sorki to był szczupak a napisałem sum soorki (2013-09-19 16:31)
kkskubakkskuba
0
pewnego, czerwcowego dnia wraz z kolegą postanowiliśmy że dziś wyruszymy na naszą pierwszą "nockę" w sezonie. Na pobliskim j.Zaleskim wyrzuciliśmy wszystkie zestawy(koszyk i spławik) i nie pozostało nic innego jak czekać na WIELKĄ RYBĘ. Noc zdawała się nie mieć końca. Tuż po północy zaczęło robić się troszkę chłodno wiec postanowiliśmy rozpalić małe ognisko. Po ogrzaniu się siedliśmy na krzesła i czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy. przez dobre kilka godzin spławik ani drgnął. lecz nagle po raz pierwszy od kilku godzin coś zaczęło "pukać" i z niecierpliwością czekaliśmy na moment w którym ryba połknie haczyk. spławik "tańczył" chyba z dobre 5 min. Nagle usłyszeliśmy jak trawa która rosła trzcina która rosła za naszym pomostem zaczęła się lekko ruszać. Tego dnia było bezwietrznie więc nie zwracając uwagi na spławik wzięliśmy latarki w ręce i poszliśmy sprawdzić co kryje się za tymi roślinami. Obeszliśmy całą okolice ale nie napotkaliśmy się na nic dziwnego więc lekko przestraszeni wróciliśmy z powrotem na pomost. Branie na "gruntówkę" ustało więc nieco zrezygnowani zaczęliśmy pakować sprzęt. Gdy miałem już wyjąć haczyk z wody nagle kolega zobaczył że jakieś zwierzę stoi tuż za ogniskiem. Z przerażeniem wzięliśmy kije leżące na pomoście i pobiegliśmy sprawdzić co to jest. okazało się że to niewielki kundel z pobliskiego gospodarstwa. Wracając na pomost zauważyłem że mój spławik wraz z świetlikiem leżą na wodzie i przemieszcza się powoli w lewo. Z podekscytowaniem podbiegłem do wędki i zaciąłem. Ryba stawiała całkiem mocny opór. Po 2 min holowania okazało się że był to piękny lin. Tan noc była jedną z tych których zapamiętam na długo :D (2013-09-19 17:12)
kkskubakkskuba
0
UUUUUPPPPSSSS!!!! Zauważyłem że zrobiłem mały błąd w 6 zdaniu "Nagle usłyszeliśmy jak trawa która rosła trzcina która rosła za naszym pomostem zaczęła się lekko ruszać". Powinno tam być"Nagle usłyszeliśmy jak trzcina która rosła za naszym pomostem zaczęła się lekko ruszać" Prosił bym żebyście nie brali tego błędu pod uwage :) (2013-09-19 17:17)
krychu26krychu26
0
Zacznijmy od tego, iż opisywana przeze mnie sytuacja naprawdę miała miejsce, i to nie żadna bajka. Zaplanowałem sobie całodniowy wypad na rybki. Od rana do wieczora. Pogoda średnia, niezłe zachmurzenie, ale na burzę się nie zapowiadało. Pojechałem więc z moim kumplem od rana. Łowiliśmy kilka dobrych godzin karaśki, płotki i leszczyki. 2 wędki ustawiliśmy na jesiotra(było to łowisko specjalne). Ok. godz. 17, no może 18(było lato, więc i dzień był długi) pogoda zaczęła się mocno zmieniać. Ewidentnie się zapowiadało na burzę, my jednak tak jak inni wędkarze opisujący wyżej swe przeżycia, nie rezygnowaliśmy z wędkowania. Nagle, ni stąd, ni z owąd, wiatr zaczął mocno dmuchać. Myślę sobie: "Ocho, pora do domu" i mówię do kumpla: Zwijamy się. Jednak Matka Natura była szybsza. Nastąpiło... oberwanie chmury, które ja osobiście widziałem po raz drugi. Wiatr dmucha, deszcz leje jak z wiadra, burza szaleje, a my się dopiero zwijamy. Sprzęt ze statywu się przewrócił, ledwo wszystko pozbieraliśmy do kupy, a i tak ciężarków zapomniałem. W końcu, z trudem spakowaliśmy wszystko do auta, lecz niebawem czekało nas następne niemiłe przeżycie. Dróżka, która prowadzi na łowisko, to droga polna, obsadzona drzewami... Jak się więc domyślacie, piach + woda = błocko... , a do tego te drzewa. No więc jedziemy jakoś, jakoś przez to błoto, po pewnym momencie wyjechaliśmy na asfalt, a tu... za nami BUM na dróżkę. Walnęła wielka gałąź, długa na kilka metrów. Gdybyśmy jechali trochę wolniej, to byłoby gorąco... Jednak pomimo tego nieco przykrego zdarzenia wypad ten miło dziś wspominam. (2013-09-19 18:19)
erykomerykom
0
Siedziałem nad wodą w upalny lipcowy dzień i spoglądałem na wodę a szczegolnie na drobnice która pływała tuż pod powierzchnią i nagle usłyszałem plusk wody,spojrzałem w lewo i moim oczom ukazał się sum który płynął z otwartą paszczą i nagle po chwili znikł w toni...tego nigdy nie zapomnę-miał z jakieś 180-200 cm... (2013-09-19 18:52)
erykomerykom
0
Siedziałem nad wodą w upalny lipcowy dzień i spoglądałem na wodę a szczegolnie na drobnice która pływała tuż pod powierzchnią i nagle usłyszałem plusk wody,spojrzałem w lewo i moim oczom ukazał się sum który płynął z otwartą paszczą i nagle po chwili znikł w toni...tego nigdy nie zapomnę-miał z jakieś 180-200 cm... (2013-09-19 18:53)
czerwcowy0520czerwcowy0520
0
Ja w swojej karierze też mam kilka ekstremalnych wypraw, ale jedna wyjątkowo utkwiła mi w pamięci. Cala akcja wydarzyła się w zeszłym roku pod koniec października. Wybrałem się z kumplem na spinningowego szczupaka. Od początku cała wyprawa stała pod znakiem zapytania z racji fatalnej pogody. Wiał dosyć silny wiatr, padał deszcz i było tylko kilka stopni powyżej zera. Mimo wszystko postanowiliśmy udać się na położony jakieś 20km od naszego miasta zbiornik. Po dotarciu na miejsce mieliśmy do przejścia ok 1km od sqmochodu do wody. Szybko pokonaliśmy tą drogę i naszym oczom ukazało się lowisko...kumpel został na brzegu ja natomiast zaczqlem brodzic w woderach. W ferworze chęci spotkania oko w oko z cetkowanym drapieżnikiem zapomniałem o bezpiecznym brodzeniu, a zbiornik ten ma bardzo gwałtowne spady dna tuż przy brzegu, a samo podłoże jest gliniaste i bardzo sliskie. Nagle przechodząc z jednego stanowiska na drugie jedna noga osunela mi się znikajac w glebinie....w ostatniej chwili udało mi się złapać gałęzi na brzegu. Ostatkiem sił udało mi się jakoś wygrzebac mimo że do pasa bylem mokry, a w woderach miałem wodę co sprawy nie ulatwialo....kiedy wreszcie usiadlem na brzegu zrozumiałem że to chyba koniec tej wyprawy...ale bardzo szybko wpadliśmy na genialny pomysł, kumpel wyjął swój płaszcz przeciwdeszczowy a ja owinalem sobie go w okół pasa. Spodnie i wodery rozwiesilem na drzewie korzystqjqc z faktu że przestqlo padać. Mimo wszystko nie poddqlem się i wytrwqlem w tej improwizowqnej spodniczce jeszcze przez dwie godziny...możecie sobie wyobrazić miny przechodzących wędkarzy...mimo tego poświęcenia nie udało się nam nic złowić i przemarznieci wróciliśmy do domu. Dopiero po powrocie uświadomilem sobie jak tragicznie mogła się zakończyć ta wyprawa..... (2013-09-19 19:11)
ZielanZielan
0
Jest rześki letni poranek, dookoła rozbrzmiewa świergot setek ptaków tworzący cudowną melodię. Nierozłączni ja i mój brat jako cel wędkarskiej przygody wybieramy dzikie rozlewiska niewielkiej rzeczki. Teren jest nam dobrze znany, więc twardo i pewnie przedzieramy się przez pierwsze przeszkody. Docieramy do niewielkiej łąki otoczonej przez szeroki mur trzcinowisk, z którego po chwili wylatują spłoszone kaczki. W tym momencie powietrze rozdziera huk kilkunastu wystrzałów z broni myśliwskiej. Kupa w majtkach a my we dwoje leżymy na ziemi wystraszeni. Niespełna chwile później słyszymy czyjeś kroki, podnoszę głowę i oczom moim ukazuje się uśmiechnięta twarz faceta z strzelbą. Widział nas i naszą reakcję, dawno nie miał tak nietypowego polowania. Po kilkunastu minutach myśliwi przesunęli się dalej a my mogliśmy spokojnie połowić ryby. (2013-09-19 19:27)
Buba8Buba8
0
Mam zaledwie 14 lat i łowię już jeden rok. Pewnego dnia wybrałem się nad jezioro oddalone od mojego domu o jakiś 1 km. Była godzina ok. 17:00 kiedy doszedłem na miejsce . Miałem założoną blaszkę na okonia którą dzień wcześniej znalazłem nad tym jeziorem. Pierwszy rzut i jest szczupak na 50 cm. Nie powalczył za dużo bo w buzi miał starą kotwice, a moja blaszka zaplątała się o żyłkę wystającą z pyska. Odplątałem ją i starą kotwice udało mi się usunąć. Oczywiście rybka trafiła do wody. Za jakieś pół godziny przychodzi kolega mojego taty i poszliśmy w nasze najlepsze miejsce. Po wielu próbach na różne przynęty ok. 20:20 holuję sandacza. wyciągam go z wody, mierzę i widzę że to moja życiówka na 55 cm. Oczywiście rybka w wodzie. Rzucałem jeszcze do godziny 23:00 ale już nie miałem brań. Ten wieczór uważam za udany. (2013-09-19 20:10)
RysiiekRysiiek
0
Były wakacje, a ja byłem jeszcze młodym chłopakiem, który uczył się sztuki wędkowania od Taty. Wyjeżdżaliśmy całą rodziną pod namiot do miejscowości Skulsk, gdzie znajdował się ośrodek wypoczynkowy i oczywiście duże jezioro. Codziennie razem wcześnie rano wypływaliśmy na pontonie aby trenować płoteczki na spławik przelotowy. Były to jeszcze czasy, kiedy na rynku królowały rosyjskie żółte teleskopowe wędki, a węglówka była prawdziwym rarytasem. Pewnie większość z Was wie o czym mówie. Mamy dzień jak każdy inny, godzina 4 nad ranem, nad wodą widać unoszącą się mgłę, a pierwsze promienie słońca zaczynały nas delikatnie ogrzewać. Kiedy już wędkowaliśmy kolejną godzinę, zakotwiczeni gdzieś daleko od brzegu, nic nie zapowiadało katastrofy. Nagle spostrzegliśmy, że zerwał się wiatr, ciemne chmury nad nami się zebrały..no i zaczęło się od delikatnej mżawki. Początkowo pomyśleliśmy, że zaraz przejdzie, ale nasze nadzieje szybko zostały rozwiane kiedy kilkaset metrów od nas zauważyliśmy ogromną ścianę deszczu zmierzającą w naszą stronę. Uwierzcie bądź nie, ale na tafli wody wszystko widać bardzo wyraźnie. Co robić? Pomyśleliśmy. Zanim wciągniemy kotwice i zwiniemy sprzęt minie trochę czasu, nie było mowy o tym żeby zdążyć przed apogeum. Stwierdziliśmy, że zostajemy, mieliśmy dobrą miejscówkę, rybki brały..wiec szkoda była uciekać przed deszczem. Jak się okazało po kilku minutach nie był to byle deszczyk. To była prawdziwa ulewa, zamarliśmy w bezruchu, spławiki już dawno przykryła fala a nasz ponton zamieniał się pomału w mały stawik. Dla wyjaśnienia powiem, że w pontonie jest znacznie mniej miejsca niż w łódce. Przemarznięci i przemoczeni musieliśmy szybko wybierać wodę, której poziom rósł w oczach. Marne były nasze starania bo po chwili nie było na nas suchej nitki, ostatecznie byłoby już lepiej, gdybyśmy wskoczyli do wody, przynajmniej wtedy schowalibyśmy się przed wiatrem, który potęgował wrażenie zimna.
Nagle żółty teleskop taty wygiął się w pół i nie wiadomo co dalej. Czy to zaczep? Był tak gęsty deszcz że ledwie widziałem ojca który siedział dwa metry obok mnie. Ja wybieram wodę i nagle usłyszeliśmy hamulec kołowrotka. Zaczepy nie pływaja :) po kliku minutach okazało się, że na haczyku nr pewnie z 10, był węgorz grubości mojej ręki, złapany na białego robaka. Tata jakimś cudem go wyholował i po chwili znalazł się w pontonie pełnym wody. Dla chłopaka co miał zaledwie z kilkanaście lat to było niesamowite przeżycie. Miałem wtedy komplet wrażeń. Strach przed podtopieniem, przeszywające zimno, ratowanie sprzętu, i na koniec radość ze złapania ogromnej i niespodziewanej ryby. Bo na pewno nikt z nas nie wpadłby na to, że ta taki zestaw złapiemy węgorza
 Ostatecznie deszcz przestał padać a my po opanowaniu całego chaosu szczęśliwi dobiliśmy do brzegu z siatką do połowy pełną płotek i nagrodą za przetrwanie nawałnicy.
(2013-09-19 20:36)
markus269markus269
0

Witam. Mam 21 lat.

Gdy zaczynałem swoją przygodę z wędkarstwem, z tatą chodziłem często na ryby. Pamiętam ten dzień do teraz. Było to w wakacje roku 2008. Z ojcem wybraliśmy się do jego "magicznej" miejscówki gdzie nie było takiej opcji żebyśmy wrócili o przysłowiowym kiju.

Niestety, "magiczna" miejscówka nie znaczyła zbytnio dobrego dojścia do niej, trzeba było naprawdę bardzo ostrożnie, z uwaga schodzić w dół po bardzo stromej górze która była pokryta glina.

Łowimy sobie spokojnie, gdy nagle zauważyłem czarne chmury przepowiadające burzę, zwracam się do taty i mówię mu o moim spostrzeżeniu, odpowiedział mi z spokojem, że na pewno przejdzie ona bokiem, tak się nie okazało. Ulewa przyszła momentalnie, nie zdążyliśmy złożyć wędek przed nią. Strumień wody spływający z wspomnianej góry zabrał nam sprzęt (plecak z akcesoriami, jedna wędka oraz podbierak) zdążyłem tylko uratować swoją wędkę. Niestety wejść na górę ledwo daliśmy radę. Glina, ulewny deszcz, "rzeka" wody spływająca z ulicy prosto nam pod nogi, bałem się, że nie damy rady, na szczęście udało wdrapać się na samą górę. Do domu mieliśmy nie cały kilometr. Biegliśmy, ja z rozłożoną wędka (węglowką), gdy nagle dosłownie jakieś 30 metrów od nas piorun uderzył w drzewo, w pierwszej chwili huk, oślepienie i strach, przecież niosę węglówkę! Udało nam się dojść do domu, cali mokrzy, po kolona w glinie, telefony komórkowe zamoczone, nie nadawały się do użytku.

Podsumowując najedliśmy się wielkiego stracha, wędka, akcesoria, telefony potraciliśmy

(2013-09-19 20:54)
adam020795adam020795
0
Wybraliśmy się z kolegą na nowe łowisko więc nie przywiązywaliśmy zbytnio uwagi na nasz sprzęt. Na łowisku byliśmy koło 19 rozłożyliśmy sprzęt i czekamy. Pierwsze brania mieliśmy koło godziny 1 w nocy mieliśmy kilkanaście brań i za każdym razem rwie przepon ze 3 razy cały zestaw który pływał po łowisku od brzegu do brzegu, założyliśmy lepsze przepony. Zastanawialiśmy się czy to może nie jakieś drapieżniki mieliśmy nawet zamiar zakładać stalowe przepony gdy nagle mam branie i wyjmuje ok. 3kg karpia, zarzuciłem nie mineła minuta znów branie kolejny karp ok. 2kg. Brania były do godz.5 złapaliśmy wtedy 15 karpi od 2 do 4kg a ja swój życiowy rekord 5.5kg. (2013-09-19 21:34)
ZionbelZionbel
0
Piatek koniec sierpnia. Dojezdzam na łowisko ok 18. Rozkładam klamoty i zasiadam. Pssssssssssssssssstryk i piwko laduje w mojej dłoni. Zapalam spirale przeciw komarom i siedzę sobie :) Koło godziny 22 gdy robi się juz dosc ciemno wieszam czołówke na podpórce w zasiegu reki iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii i zasypiam znokautowny tygodniem pracy :) Nagle piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii i zrywam sie z fotela. Podbiegam do kijii a swinger wisi pod kijem. Łapie za czołówke a tam zero swiatła bo mi baterie padły. Szybki myk po telefon i zacinam. Zero oporu ale słysze pluskanie koło kija. Podswiecam telefonem a tu bidny nietoperz płynie jak niedorozwinieta zaba do brzegu :) Bidok od zyłki sie odbił w do wody wpadł :) (2013-09-19 21:40)
krystianxxpkrystianxxp
0
W kolejny piękny lipcowy dzień, po całym upalnym dniu, wyszedł nam spontaniczny wypad na nockę nad San, z nastawieniem na feedery. Oczywiście robaczki jak i zanęta ( była na miejscu z racji przechowywania w lodówce, na właśnie spontaniczne wypady :D), szybkie spakowanie sprzętu, drewna na ognisko i około 21:20 wyruszamy nad wodę. Po około 20min meldujemy się nad wodą, szybkie rozłożenie sprzętu, zarzut i teraz możemy spokojnie rozpalać ognisko! Siedząc przy ognisku słychać dzwoneczek na feederze podbiegam zacięcie i jest!! ... mały krąpik (oczywiście wrócił z powrotem do wody) razem z kolegą prze rzucamy feedery, aż tu nagle hmm między drzewami w krzakach jakiś szelest, hmm czyżby ktoś o 1 w nocy dopiero wybierał się na rybki? a może w końcu jakaś kontrol - niestety nie! Nagle wybiega około 5 dzików lol( może więcej? nie mieliśmy zamiaru liczyć! Kolega z racji iż był bliżej samochodu tak jest sprytny! zamiast do auta, uciekł na auto, ja z racji bliższej odległości do wody nie zastanawiając się wybrałem opcje SAN, całe szczęście trafiłem na wodę po pas(uff inaczej byłby to ostatni mój wypad). Czyżby nasza trochę wysypana zanęta z dużą ilością kukurydzy przynęciła dzikie świnie? a może ognisko? Tego nie wiem, ale oprócz tego krąpia nic więcej się nie zahaczyło. Po tym przeżyciu na jakiś czas obaj zrezygnowaliśmy z wyjazdów na noc, który o mały włos nie skończyłem się fatalnie. (2013-09-19 22:28)
kacpxkacpx
0
Moja przygoda rozpoczęła się ok godz. 17;00 na łowisku Sośnie :D Razem z kolegą oraz jego tatą i wujem łowiliśmy do północy ... Ale zacznijmy od początku : Pierwsze dwie godziny nie zaowocowały dużymi okazami... Łowiłem głównie na białego ale nie przynosił pożądanych skutków... I nagle dostałem olśnienia ! Przecież przed wyjazdem łapałem dżdżownice ! Sięgam po pudełko ,zakładam robaka i zarzucam ... Czekać nie trzeba było długo . Po około minucie płoć ok.15 cm. Znowu rzucam i tym razem żadnej reakcji przez jakieś 20 minut . I nagle przełom ! Spławik błyskawicznie zostaje ciągnięty w stronę trzcin ... Zacinam z myślą o następnej płoci ,a tu wyjątkowo duży opór . Zwijam ,zwijam i nagle ukazuje się piękny okoń który miał na oko 25 cm . Ale tuż przy brzegu się zerwał ... Przegryzł przypon... Czas mija i dochodzi godzina 24;00 ,pada hasło : "Panowie zwijamy się " i tak też się dzieje . Przy końcu idziemy pakować sprzęt ,a ja podekscytowany idąc przez mało stabilny mostek nadaje o tym jak straciłem mojego największego okonia... I nagle TRZASK !! Jedna noga ląduje w wodzie ... Przestraszony nie wiedziałem czy płakać czy się śmiać z własnej głupoty :) To był fajny dzień :D (2013-09-19 22:28)
JarksuJarksu
0
Witam Mam na imię Jarek chodzę na rybki ze szwagrem Łukaszem, pewnego pięknego słonecznego dnia pojechaliśmy na ryby nad jezioro Gowidlińskie wszystko wskazywało na to że będą udane połowy, lekki wiaterek, słoneczko świeciło po prostu bajka, po paru godzinach łowienia pogoda zaczęła się zmieniać, ale nic siedzieliśmy sobie dalej, w godzinach wieczornych założyliśmy świetliki na sygnalizatory, i dalej łowiliśmy rybki były to leszcze, płoci, nawet węgorz się trafił, wszystko było by fajnie gdyby koło północy nie zaczął padać deszcz, musieliśmy się zwijać, ciemno jak w .... (szafie) no ale nic zwinęliśmy sprzęt i wsiadamy do auta, szwagier przekręca kluczki a tu auto nie odpala akumulator rozładowany, no tak bo drzwi w aucie były cały czas wędkowania otwarte, była to godzina ok 01:00 do tego jeszcze telefonów nie mieliśmy bo zapomnieliśmy jakoś tak głupio się złożyło, no ale nic próbowaliśmy auto odpalić tak, jeden auto pcha drugi siedzi za kułkiem i próbuje na pycha;-) niestety ciężko starego golfa II w dieslu odpalić, pchaliśmy te auto chyba półtora godziny zanim się udało, bo było najcięższe wędkowanie w moim życiu, drugim razem wiedzieliśmy żeby drzwi zamykać i zadbać aby akumulator był naładowany. Pozdrawiam Jarek i Łukasz (2013-09-20 10:03)
malysebomalysebo
0
Wędkarstwo to swojego rodzaju ekstremalne sytuacje. 17.08 wypad na nockę na leszcza. Piękna sierpniowa pogoda ciepły letni wieczór, wyjazd godz 18. Piękny zachód słońca dzwoneczki dzwonią aż do godz 1 w nocy. Nagłe załamanie pogody deszcz ale ryby dalej biorą. Nagle obok w zaroślach dziwny dźwięk przypominał małego kotka lub pieska wołającego matkę. A z drugiej strony przedzierające się zwierze przez chaszcze. Nagle cisza... moment bicia serca skoczył na 200 obrotów. Zapalam latarkę a tu Mama lis prowadzi 4 małych. Ufff. A już myślałem dzik.. Taki słodki widok gdy prowadziła swoje maleństwa aż musiałem coś im dać. Akurat miałem wątrobę którą nęciłem suma. Dwa kawałki i mama podejrzliwie patrząc jakby powiedziała idźcie. Maleństwa podeszły do mnie jak pieski zjadły i sobie poszły dalej :) Piękne wrażenie pozostawiły :) tym bardziej że w siatce było 4 leszcze po 2 kg :) Pozdrawiam (2013-09-20 10:05)
dominik-simonczdominik-simoncz
0
Witam. Jakiś szalonych przeżyć wędkarskich u mnie nie było. Rekord u mnie to szczupak 50 cm złowiony w zeszły weekend w Wiśle. Startuję w konkursie bo spodobała mi się Wasza latarka Energizer 3 in 1 Lantern może chociaż to mi się uda wygrać. (2013-09-20 12:48)
RuchPalikota2RuchPalikota2
0
Dwa tygodnie temu byłem na j. Robotno i rybitwa połknęła mojego twisterka :D (2013-09-20 14:58)
annakutno1annakutno1
0
Witam!
Mam na imię Anna i pochodzę z centrum Polski.
Na zawsze zapamiętam jedną z zasiadek karpiowych.
Jest pełnia lata, wieczór parny i gorący,bardzo wysokie ciśnienie i  brań niestety nie ma.Nadchodzi pierwsza noc,zaczyna się błyskać na niebie a my kładziemy się w namiocie razem z moim narzeczonym i nagle słyszymy jak zrywa się wiatr.Po paru chwilach zaczyna dosłownie "lać jak z cebra" i zaczyna się wichura.Szybko zamykamy namiot i modlimy się aby nas nie porwało razem z namiotem hehe.I wtedy słyszymy dźwięk sygnalizatora, spoglądamy na siebie i szybko wybiegamy na pomost.Łapę wędkę i niestety ryba jest w zaczepie, niewiele myśląc wskakujemy na łódkę i płyniemy po zdobycz na drugi koniec jeziora.Leje deszcz, pioruny trzaskają, jest straszna wichura a  ja do tego zapomniałam latarki. To było jak koszmar,serce mi waliło,ale nagle czuję że ryba mi pomaga i zaczęła płynąć w naszą stronę. Po chwili jakimś cudem znalazła się podbieraku- karp 10kg (wtedy mój rekord). Wróciliśmy na  brzeg, niestety nawet zdjęcia sobie nie zrobiłam z pięknym karpikiem bo ulewa nie pozwoliła.Rybka wróciła do wody a my suszyliśmy się w namiocie.Po 5 min wiatr ustał, burza poszła dalej i przestało padać.
Fajnie co?
pozdrawiam
(2013-09-20 20:06)
skalpelskalpel
0
Był piękny, choć chłody poranek 14 września 2013 roku. Nad zalewem "NA PIASKACH" dawnym Kryspinowie zasadziłem się z moimi ulubionymi feederkami Robinsona w towarzystwie mojego taty (byłem gościem w PZW Kraków) na naszej ulubionej miejscówce przy metalowej ławeczce. Kiedyś słyszałem o dużych karpiach i amurach wyholowanych na tym łowisku ale przez 10 lat łowienia nie widziałem tam nic większego od 40cm karpia. Po założeniu czerwonych pinek na hak nr 8 Daiwa Tournament koloru czerwonego o 30 cm przyponie z żyłki 018 mm i wkomponowaniu przynęty w koszyczek method feeder z zanętą Traper Feeder z dodatiem melasy i Traper Coco belge oraz tutti frutti wrzuciłem zestaw na żyłce głównej 0,225 przed wystające z wody zarośna na odległość ok 25m. Położyłem wędkę na podpórkach ustawiłem szczytówkę i obróciłem się za siebie w stronę ojca, który kończył właśnie dobry dowcip. Mój śmiech przerwało jego powiększenie się oczu i uniesienie brwi zdziwienia na rzecz, która działa się aktualnie za moimi plecami. Usłyszałem tylko szczęk uderzanej wędki o statyw tripoda, a po całkowitym odwróceniu wzroku za siebie ujrzałem w wodzie, 3 m od brzegu płynącą wartko do przodu w toń zalewu wędkę.... moją wędkę .... mojego Robinsona. Wystarczyły miliekundy i zdałem sobie sprawę, że brakło jednego ruchu po ustawieniu kija na przelotkach.... wolny bieg. Zapominałem.... przecież miałem to zrobić zaraz po dowcipie.... Teraz obraz fal unoszących się od wędki z kołowrotkiem Mikado uświadamiał mi jedno - wędka, na którą zdobywałem sądeckie łowiska płynie.... a zaprzęg ciągnie podwodny "potwór". Nie zastanawiając się długo chwyciłem jedną z wędek ojca pamiętając o jego upodobaniach - ciężka sprężyna i hak nr 1. jeden rzut, pudło. nerwy szarpią, wędka coraz dalej. drugi rzut - nie zaczepiony... wędka wpadła w zarośla. stoi... 20 m od brzegu. trzeci rzut ... zaczepiła się co tylko podrażniło podwodnego "rumaka" ciągnącego ten "cenny zaprzęg". Zerwany przypon, wędka oddalała się .... niedoleczony do końca katar i niedawne zapalenie płuc nie pozwalało na kompiel przy 7 stopniach C. Gdy patrzyłem z bezradnością na stojącą dalej wędkę ojciec pobiegł na prawo do oddalonych o 30 m wędkarzy, którzy prawdopodobnie spędzili noc nad zalewem. Po chwili z zarośli wyłonił się wędkarz na pontonie.... Wczoraj złowiłem na Rożnowie piękną płoć, brakło parę gram do brązowego medalu WW. Płoć na uratowaną 14 września wędkę. (2013-09-20 22:35)
bobmistbobmist
0
Najbardzie ekstremalna sytuacja podczas wędkowania jaka przeszedłem to sytuacja kiedy wzioł mi karp. Podczas holowania wlazł mi pod korzenia, nie mogac nic zrobic wziołem ponton chcac po niego płynąć. Zwodowałem ponton po czym do niego wskoczyłem. W trakcie wskakiwania ponton sie obrócił i wpadłem do wody.Podczas tego manewru wybiłem obojczyk po czym miesiąc chodziłem w gipsie a karpia nie wyholowałem (2013-09-21 14:26)
rafall193rafall193
0
Pod koniec Sierpnia umówiłem się z kolegą na rybki mieliśmy łowić na sanie niedaleko stalowej woli ok godziny 3 wyruszyłem rowerkiem z domu ponieważ mam z 2 kilometry do rzeki. Łowiliśmy zawsze w tym samym miejscu nęconym regularnie. Kiedy dojechałem na miejsce rozłożyłem sprzęt i czekałem na kolegę który nie dotarł ponieważ spał co się później okazało. Wokół było jeszcze ciemno łowiłem za małą tamą z kamieni za którą był dość bystry nurt. Zapomniałem wziąść ze sobą latarki więc poruszałem się z telefonem w rękach i troszkę na wyczucie za którymś razem zszedłem po wędkę i sięgając po nią coś skoczyło kołomnie do wody nie wiem czy to był dzik czy jakaś sarenka ale tak mnie wystraszyła że poślizgnołem się i wpadłem do wody. Kilka metrów dalej złapałem się jakiejś gałęzi i tak wisiałem w wodzie a do brzego po gałęzi sie nie dało wyjść a pływakiem dobrym też nie byłem hehe bez telefonu czekałem do rana aż się rozjaśnio troszkę. Po kilkunastu może więcej minutach przyjechał kolega i podał mi kawałek kija .W sumie to wróciłem do domu bez ryby i jednego buta bo w trakcie gdzieś mi spadł ale teraz jest co wspominać :) (2013-09-21 16:20)
MISIEK2004MISIEK2004
0
Cześć.
Wędkarstwem interesuję się od kilkunastu lat. Od kilku lat interesują mnie nocne zasiadki na karpie. 3/4 moich wyjazdów to właśnie łowienie nocą. Wolę jeździć w połowie tygodnia, nie będę ukrywał że nie tylko chodzi o złowienie jakiegoś karpika, ale też o ciszę i spokój. Na takie wyprawy przeważnie jeżdżę sam. Zawsze gdy nadchodzi noc wiadomo niektóre zwierzęta budzą się do życia. Kiedy siedzisz sam w nocy, dookoła ani żywej duszy wtedy, ale to wtedy ludzkie zmysły się wyostrzają: słuch, wzrok. A tu szelest, szmer, różne myśli przychodzą wtedy do głowy. Zawsze mam pod ręką latarkę. Bardzo dobrze znam tę firmę, nie raz mogłem na nią liczyć i nigdy się nie zawiodłem. Pozdrawiam.
(2013-09-21 18:11)
DamianDagi15DamianDagi15
0
Witam moja przygoda zdarzyła się w ostatni dzień wakacji podczas wspólnego wyjazdu na ryby wraz z kolegą Adrianem naszym celem był szczupak. Spiningowanie rozpoczeliśmy nieźle złowiliśmy 1 małego szczupaczka i 2 okonie. Jest to mała rzeczka więc na bardzo duże ryby się nie nastawialiśmy zresztą cel już i tak osiągnęliśmy więc nie mieliśmy na celu się naginać. Nagle mój kolega krzyknął do mnie że ma okonka podchodzę to niego aż tu nagle szczupak uderzył w tego okonia. Byłem w szoku ale niestety zerwał się ;( Byliśmy strasznie zawiedzeni lecz jednak nie miałem zamiaru się poddać i założyłem dużego czerwonego twistera. Rzuciłem raz drugi raz gdy nagle czuje kosmiczny opór to był ogromny szczupak na moje nieszczęście miałem małą stalkę która była bardzo słaba. Martwiłem się czy wytrzyma, gdy nagle ryba wciągnęła mnie do wody. Adrenalina podskoczyła mi niesamowicie . Kolega stał i patrzał na mnie nie wiedząc co zrobić. Lecz niestety moje obawy się sprawdziły i stalka pękła ;( Byłem bardzo zdenerwowany ale i trochę przestraszony całym tym zbiegiem zdarzeń szczególnie dlatego iż jestem jeszcze młodym moczykijem (14 lat) Pozdrawiam Damian ! (2013-09-21 21:56)
2006steryd2006steryd
0
W pewny ładny majowy poranek postanowiliśmy wybrąć się na rybki. Gdy dojechaliśy na miejsce zobaczyliśmy , że wszystkie dobre miejscówki zajęte. Wyruszyliśmy w poszukiwaniu jakiegoś miejsca. Znależliśmy jakiś stary , wysoki pomost. Mówie do kumpla , że to chyba zły pomysł patrząc na stan pomostu , ale on mówi ; - no co Ty da radę , wytrzyma. Weszliśmy nie pewnie na chwiejący się pomost. Rozłożyliśmy wędki. Po chwili jest branie. Zrywam się z krzesła ,zacinam i w tym momencie pomost zarwał się , a my razem z całym sprzętem wylądowaliśmy w wodzie.Jakoś wyszliśmy na brzeg i zaczeliśmy wyławiać wędki i sprzęt. A w okolicach pomostu było ok 2,5m głebokości. Niestety niektórych rzeczy już nie wyłowiliśmy. Ale grunt , że my wyszliśmy jakoś cało... Od tej pory wchodzimy tylko na pewne , mocne pomosty...  (2013-09-22 13:47)
ale rybaale ryba
0
Pamiętam ten ekscytujący dzień na rybach i niezapomne go nigdy. Os zawsze najbardziej ekacytowalo mnie łowienie sumow. Dlatego pod koniec lipca wybrałem się z wedka i sprzętem na sumy. Pogoda do polowu była idealna wiec wygrzebałem jakieś drobne z kieszeni i wypozyczylem lodke. Wyplynalem i przes pierwsza godzinę niebylo nic. Juz myślałem ze będzie lipa ale tak troche z nudow nalazylem sztuczna przynete na sumy która moja niedoświadczona dziewczyna mi kupiła w Tesco. No ale cóż zarzuciłem i po chwili pach i mam branie. Cholujac poczułem ze to sum ale jakiś monstrualnych rozmiarów cholowalem go przez chyba ok.20 minut dając rybie się wyszaleć. Gdy podcholowalem ja do lodki postanowiłem ja wyciągnąć. Niestety ona się rzuciła a ja straciłem równowagę i walnąłem do wody. Przerażony szybko chciałem wejść do lodki gdy zauważyłem mojego suma. Wierzcie lub nie ale był poprostu monstrualnych rozmiarów!! Mysle ze mial koło 4 metrów. Przerażony byłem w wodzie ( chodziarz na wodach opowiadam ze wziąłem rybe i wrzuciłem ja na pokład oraz ze miała 10 metrów) gdy nagle ryba się zerwała i uderzyła o mnie swoim ogromnym ciałem. Oszołomiony bolesnym uderzeniem zacząłem tonac lecz rynak który był w poblizu podplynal i pomógł mi wejść na lodke. Nasz żeście okazało się ze mam potluczona prawa nogę. To było moje najbardziej ekstremalne przeżycie na rybach (2013-09-22 18:10)
Jakub WośJakub Woś
0
Najbardziej ekstremalna sytuacja... Kiedyś z bratem wybraliśmy się nad Wisłę na tzw łachy na spławik. Poszliśmy wcześnie ramo i o 10 mieliśmy już być na polu pomagać rodzicom rwać ogórki. Brały wtedy piękne karasie. Tak pochłonięci byliśmy łowieniem że do świadomości przywrócił nas dopiero znajomy dźwięk. Dźwięk silnika ciągnika. Okazało sie że jest już 11:30 a wściekły tata jedzie dać nam wycisk. Pobiliśmy chyba rekord świata w biegu przełajowym. 2,5 km przez pastwiska i pola ze sprzętem w rękach a za nami wściekły tata żyłujący silnik do granic możliwości. To było ekstremum maksimum (2013-09-22 20:26)
franek210franek210
0
Najbardziej ekstremalną sytuację podczas wędkowania przeżyłem, w lecie 2013 roku. Łowiliśmy z kolegą na jeziorze Łąka pod Pszczyną. Pogoda była piękna przez cały dzień, lecz nauczeni doświadczeniem od razu, na wszelki wypadek rozłożyliśmy wędkarski parasol. Po zmroku pogoda zaczęła się zmieniać, napłynęły ciemne chmury i zaczęło coraz mocniej dmuchać. Szybko więc zamontowaliśmy dopinane boki do parasola, i solidnie zabezpieczyliśmy je kamieniami. Z trudem udało nam się pomieścić pod parasolem cały sprzęt i dwa fotele, lecz dzięki tej ciasnocie zrobiło się całkiem przyjemnie w środku, dodatkowego uroku dodawała chwiejąca się lampka kempingowa. Około północy zaczęła się burza. Ale była to taka prawdziwa intensywna letnia burza z błyskawicami, grzmotami, i oberwaniem chmury. Przez potoki wody lejące się z nieba zrobiło się całkowicie ciemno, gdyż niestety lampka (tania, kupiona na targu) w jakiś sposób nabrała wody i przestała świecić. Błyskawice co kilkadziesiąt sekund rozjaśniały czarną taflę wody pokrytą falami i pianą. A my skuleni pod namiocikiem byliśmy jak mały punkcik skazani na łaskę pogody. Niebo w czasie rozbłysków przybierało kolor różnych odcieni zieleni. Wyglądało to jak koniec świata. Burza jednak tak szybko jak przyszła, równie szybko się skończyła. Niestety tej nocy nie złowiliśmy ani jednej ryby, ale zapamiętamy ją na długo!!!
(2013-09-24 13:01)
szefusszefus
0
Moja ekstremalna przygoda przytrafiła się dobre kilka lat wstecz. Jeździłem wtedy na wyprawy spinningowe z towarzyszem w równym wieku. Pewnego pięknego lipcowego wieczoru również wybraliśmy się na ryby pospinningować i zostać do północy z nadzieją na suma. Czas mijał bardzo szybko, łowimy na przemian drobne okonki i od czasu do czasu mniejsze kaczodziobe. Nawet nie zauważyliśmy kiedy zapadł zmrok i pojawił się problem, jedynym pocieszeniem był piękny księżyc dochodzący do pełni, który rozświetlał brzegi rzeki co ułatwiło poruszanie się. Problem polegał na braku latarek ewentualnie flesh w telefonie, który strasznie zżerał baterie. Tak jak zaplanowaliśmy, zostajemy i obławiamy najciekawsze miejscówki. Minęły może 2 godzinki aż w końcu udało się przyciąć ładną rybę. Walka toczyła się powoli spokojnie, ryba murowała, nie dała oderwać się od dna. Od razu obstawialiśmy suma. Ryba po kolejnych próbach odjazdu zmęczyła się i dała podprowadzić się pod brzeg. Towarzysz od razu próbował podebrać rybę, aż tu nagle luz ryba odpływa a ja zacinam próbując odbić woblera. Całe szczęście, że żyłka była tak luźna ponieważ kolega się wydziera z bólu, że ma kotwice w oku. Ja z przerażenia z drżącymi rękoma włączam telefon i świecąc w oko oceniam straty. Z wielką ulgą stwierdzam, że kotwica bez zadziorowa wsunęła się tylko pod powiekę i skończyło się zaczerwienieniem oka. Do dzisiaj wspominając tą historię, przechodzą mnie dreszcze. Bo gdyby żyłka była dość napięta mój towarzysz mógł stracić oko. Ta historia może jest troszkę drastyczne lecz jak najbardziej prawdziwa. (2013-09-24 20:48)
daniel-lukasz-mdaniel-lukasz-m
0
Raz na stawie nic nie brało ale nagle paczę na spławik branie jest zaciołem i holowałem tak około 15 min ,15 min zaciętej walki z rybom ktura się nie podawała nagle włonił się karp 16 17 kgtak długo czekałem na niego i nagle go czymam go w renkach swoich ten karp przeszed mi do historia nie zapomnianą chwilę ..........;3  (2013-09-25 14:21)
sebekwsebekw
0
Pojechalem z tata na ryby nad wisle na noc o polnocy zaczelo się chmurzyc,po chwili zaczelo kropic nagle silne grzmoty schowaliśmy się pod dzrewami blyski były takie jasne ,że widzieliśmy drugi brzeg rzeki siedzimy już od godziny i nie przestaje nagle uderzylo strasznie w drzewo,drzewo polamalo nam wedki przestraszeni wzieliscmy sprzet i uciekliśmy do samochodu oddalonego o kilometr byłem tak przestraszony ze az dostałem dylerki w biegu zgubiłem telefon. Pozdrawiam Sebastian (2013-09-25 18:32)
kamil-dominikkamil-dominik
0
Cześć mam na imię Kamil. W sierpniu tego roku wybrałem się jak zawsze z wujkiem na wyprawę spinningową w poszukiwaniu sandaczy. Wyciągnęliśmy z auta wszystkie rzeczy między innymi silnik spalinowy , pełny bak benzyny , wędki , oraz inne akcesoria. Następnie załadowaliśmy to wszystko na katamaran, zapieliśmy silnik nalaliśmy paliwo i odpłynęliśmy w poszukiwaniu wielkich sandaczy. Zerkając na zegarek była już godzina 23 w nocy. Jak to w sierpniu noce nie są już za ciepłe a my w samych podkoszulkach i krótkich spodenkach .Zaproponowałem wujkowi żebyśmy spływali już z powrotem do domu na co on odparł nie ma problemu tylko daj karnisterek z benzyną to dolejemy bo już wszystko wypływaliśmy ja odparłem okey, ale szukając na pokładzie baku uświadomiłem sobie że zostawiłem go przy samochodzie kiedy poszedłem za potrzebą :D. Tylko teraz pytanie jak nie wkurzyć wujka ?. To powolutku wytłumaczyłem jaka jest sytuacja my 23 w nocy na środku Dunajca bez paliwa bez wioseł a tu trzeba jakoś dopłynąć. Wujek jak to wujek zadowolony z tego faktu nie był ... ale cóż każdy czasami czegoś zapomina ;).Więc wpadliśmy na pomysł że podniosę kotwicę i zdryfujemy w dół Dunajca bo akurat do brzegu gdzie znajdowało się auto spływało się w dół rzeki. No to ja oczywiście podniosłem kotwice I zaczynaliśmy spływać. nie było nic widać ale wiedzieliśmy gdzie płyniemy. Wujek mówi że śmiał by się jakby coś się jeszcze nam przytrafiło a tu nagle coś zatrzymało katamaran. Ja przestraszony nie wiem o co chodzi a okazało się że szuramy po dnie śrubą od silnika bo oczywiście szanowny wujek zapomniał go podnieść. Wody było może 40 cm na środku Dunajca , spuściłem na dno kotwice i okazało się że śruba od silnika ugrzęzła w mule przez 40 minut próbowaliśmy ją wyciągnąć a tu nic nie da się zrobić. Okazało się że wodę spuszczają i poziom jej opada a my opadliśmy razem z katamaranem do mułu. Więc postanowiliśmy że spędzimy noc na rzece. Noc była koszmarna jak nie gryzły komary to na głowie siadały nietoperze czy inne gady. Pomyślałem sobie bo wujek już spał że wyjdę na chwile na brzeg bo do brzegu miałem 20 metrów i poszukam jakiś wędkarzy żeby pomogli wypchać katamaran. No to ja wyszedłem z niego i nagle patrzę się a ja po kolana w mule próbuje iść ale nic tylko wpadam coraz głębiej no to wołam wujka pomocy a on tylko chrapie to ja znowu sie wydarłem pomocy dopiero za 7 razem mnie usłyszał ... muł mi sie juz zaczął wlewać do spodnio butów i pomyślałem sobie że to już koniec nie połowie więcej rybek i tu zostanę .. i nagle rzucił mi wujek linę i nie wiem jakim cudem ale chyciłem sie jej i wyszedłem z tego mułu. Do dzisiaj tej historii z mułem nie zapomnę tej nocy prawie wogulę nie spałem tylko czuwałem żeby nietoperze nie siadały mi na głowie rano przyjechała pomoc rodzinna wyciągnęli nas ciężarówką z tamtąd było łatwiej bo stan wody przez noc sie podniósł i bez problemu wylądowaliśmy na brzegu tylko potem trzeba było odremontować troszkę katamaran. Rybek co prawda nie złapaliśmy żadnych ale nawet nie żałuje bo i tak wiedziałem że złapie coś następnym razem. Pozdrawiam portal Wedkuje i wszystkich użytkowników Kamil. (2013-09-25 19:56)
FifulFiful
0
Moja historia będzie dość nie typowa, postaram się opisać ją tak dokładnie jak umiem. Pewnego dnia pojechałem do babci i dziadka ponieważ mają oni działkę nad jeziorem, jest tam piękny duży pomost. Świeciło słońce było naprawdę gorąco, planowałem udać się na ryby, dziadek mówił że za duże słońce i że nic mi nie weźmie, jednak ja postanowiłem spróbować. Zszedłem na pomost, przygotowałem moją wędkę na grunt i wyrzuciłem tak daleko jak tylko potrafiłem. Założyłem „bombkę” i czekałem, minęły z 2 godziny nic nie brało, więc z nudów położyłem się bezpiecznie na środek pomostu. Niestety zasnąłem, nagle coś mnie obudziło! usłyszałem jakiś, nawet nie wiem jak to nazwać, huk! Otworzyłem oczy i przestraszony podniosłem głowę, okazało się że ten huk to było branie. Ryba tak mocno wzięła że „bombka” po prostu walnęła w kij. Budząc się dostrzegłem że jestem na samej krawędzi pomostu, widocznie przekręcałem się przez sen, myślę że gdy by nie ta ryba którą potem straciłem bo słabo zaciąłem, mogło by się to źle skończyć. Ale na szczęście nic się nie stało, mam przynajmniej nauczkę że na pomoście nie można zasypiać! (2013-09-25 21:43)
henry81henry81
0
Rzecz miała miejsce około 15 lat temu, kiedy zaczynałem swoją przygodę z wędkowaniem. Miałem wtedy około 14-15 lat. Była późna jesień, pierwsze przymrozki. Razem z ojcem i młodszym bratem wybraliśmy się na ryby, 3 osobowym pontonem wypłynęliśmy w okolice Skolwina (to najbardziej wysunięta na północ dzielnica Szczecina). Mała wysepka nieopodał "kanału skolwińskiego", z której często łowiliśmy grube płocie z gruntu. Wysepka ta leży jakby pomiędzy rzeką Odrą (po której oczywiście bardzo często pływają duże transportowe statki przemieszczające się do Portu) i kanałem Wietlina (po którym pływają jedynie barki i mniejsza jednostki). Jest ona wielkości około 30x10 metrów, okresowo zalewana, zdarza się ze przy cofce z Zalewu Szczecińskiego zalewa ją całkowicie. Porośnięta jedynie trzcinami. Pogoda tego dnia była typowo jesienna, bardzo silny i porywisty zachodni wiatr, mieliśmy problemy z dopłynięciem na stanowisko, ponton wyposażony jedynie we wiosła. Około południa przybiliśmy do łowiska, wyszliśmy z pontonu i rozpoczęliśmy przygotowania do łowienia. Kiedy zarzuciliśmy gruntówki i mieliśmy oczekiwać na pierwsze brania, które w tamtym okresie nie były niczym niezwykłym oczom naszym ukazał się nasz środek transportu, płynący z wiatrem w stronę wschodniego brzegu Odry. Rzeka ma w tym miejscu około 200m szerokości. Wiatr był tak silny, ze wykorzystując nasze zajęcie przygotowaniem zestawów zdmuchnął jak piórko nasz ponton do wody. I tak oto zostaliśmy na wyspie sami, bez telefonów (bo w tamtych czasach jeszcze nie posiadaliśmy), bez nadziei na powrót o rozsądnej porze do domu i niepewni czy wiatr nie zmieni się na północny, a przy tak silnym wyspa w kilka godzin zostałaby zalana. Staliśmy tak i patrzeliśmy jak nasz ponton jest coraz dalej i dalej.....Mijały minuty, godziny, my sami na wyspie, przepływające stateczki pomimo naszego wołania o pomoc i machania rękami niewzruszone płynęły dalej. Niczym rozbitkowie liczyliśmy na czyjąś pomoc. Łowienie ryb już nas przestało interesować, bardziej niż brania wypatrywaliśmy kogoś kto mógłby podpłynąć i nas stamtąd zabrać. Pod wieczór, kiedy już szarówka zaczęła nas otaczać zauważyliśmy, że płynie nieduży statek. Była to jednostka Urzędu Morskiego w Szczecinie o nazwie "Syriusz", która zajmuje się nadzorem nad pływającymi bojami i latarniami. Szczęśliwie kapitan tego statku zauważył nas. Podpłynął do wyspy w jedynym miejscu, które się do tego nadawało (głębokość przy jej brzego około 3 metrów) i załoga podała nam drabinkę, po której cała trójka weszła na pokład. Oczywiście z całym ekwipunkiem, wędkami, przynętami. Zmarznięci, ale w końcu uratowani. Okazało się, że jednak nie spędzimy tej nocki pośród wielkiej wody. Początkowo kapitan jednostki miał opory, ale po namowach ojca przystał na to, żeby nas przewieźć w miejsce, w którym prawdopodobnie zakotwiczył nasz ponton. Wyszliśmy całą trójką na dużą wyspę (okolice Inoujścia) przy której po około pół godzinie szukania znaleźliśmy w przybrzeżnych krzakach nasz "statek" :) Kiedy wiatr nieco przycichł, po zmroku ruszyliśmy cali i zdrowi w podróż powrotną. Nawet nie pamiętam czy tego dnia coś złowiliśmy, ale była to na pewno przygoda życia :) Nie zapomnę o niej :) W takście podałem link ze zdjęciem miejsca, dzięki niemu całą sytuację można sobie bardzo dobrze wyobrazić :) Nasza wyspa rozbitków to ta zaznaczona kółeczkiem :) Pozdrawiam (2013-09-26 09:58)
henry81henry81
0
Link do zdjęcia miejsca znajduje się tutaj: http://i39.tinypic.com/1zyvtra.jpg (2013-09-26 10:00)
nitedornitedor
0
A więc tą historię wspominam z moim kolegą zazwyczaj z delikatnym uśmiechem na twarzy , a tak naprawdę nie było z czego się śmiać. Miejsce tego zdarzenia to środek dużego stawu około 6 hektarów powierzchni wody.Staw dość zarośnięty liliami wodnymi . Była to wczesna jesień godzina 6-7 rano i pogoń za szczupakiem :) Zawsze jak pływamy łódką staram się zachować rozsądek i zakładam swoją kamizelkę wypornościową. ( w ten dzień przydała się :) Ok , jesteśmy już na wodzie. Pływaliśmy z dobrą godzinkę i obławialiśmy metodą spiningową okolice kęp zielska. Kolega krzyczy "siedzi konkret" :D i wtedy zaczął się rajd po stawie :) ja wiosłowałem a kolega holował , ryba wybierała metry żyłki , no i cóż wlazła w zielsko ..... Po 10 minutowym holu zlokalizowaliśmy w zielsku gdzie jest koniec kolegi zestawu , cóż okazało się że jego ryba życia spięła się w tej gęstwinie. Zestaw uwięziony z jakieś 120cm pod powierzchnią wody. Kolega za wszelką cenę chciał go wyciągnąć i wychylił się bardzo mocno zagłębiając się w wodę aż po ramię.... tłumaczyłem żeby dał sobie spokój żeby zerwać zestaw i później przypłyniemy z jakimś patykiem czy coś w tym stylu. Nie on to musi wyciągnąć skoro taka ryba wzięła to w tej przynęcie coś musi być i może sprowokuje rybę jeszcze raz.(a to była zwykła wahadłówka, bodajże ALGA) kolega jeszcze raz mocno się wychylił i aż przedobrzył , łódka się przechyliła na bok i obydwaj znaleźliśmy się w wodzie :D Ja bez paniki unosiłem się jak pinpong na wodzie a kolega spanikował , dobrze że nie było tam z 2 metrów głębokości :D podpłynąłem , mówię łap się :D Cóż się działo dalej , kolega pierwszy wgramolił się na łódkę później ja i szybko do brzegu .... do samochodu i do domu :D cali przemoczeni pełni adrenaliny wróciliśmy do domu , w dodatku kolega bez wędki bo została w wodzie :D Nie martwcie się , wróciliśmy po nią , tylko trochę później z patykiem uzbrojonym na końcu w drut zawinięty jak hak :D to była przygoda..... a za oknem aura robi się podobna :) Pozdrawiam NITEDOR (2013-09-26 12:13)
marekrmarekr
0
Witam. Sytuacja opisana poniżej miała miejsce we wrześniu ,nad jez. Zyzdrój Mały. Ale po kolei. Obiadek zjedzony , więc ... na ryby !!! Szybki wybór łowiska : oddalone o kilka kilometrów jez. Zyzdrój Mały . Manele na plecy i do samochodu.Ręce zajęte a tu pilot od centralnego odmawia posłuszeństwa. Trudno otwieram z kluczyka, pakuję sprzęt i jazda.Po kilku minutach jestem na miejscu. Do miejscówki mam ze 40 metrów ,scieżką przez las. Drzewa tu dochodzą do 3 metrowej skarpy nad brzegiem jeziora.Schodzę po wystających korzeniach nad wodę, rozkładam wędzisko i zarzucam zestaw .Plecak z gratami wieszam na wystającym korzeniu, siadam na krzesełku i oczekuję brania. Ryby nie chciały współpracować , więc siedzę sobie cichutko z dobrą godzinkę ,aż tu nagle ,prawie nad moją głową rozległ się gardłowy ryk..... Jeleń !!! Kude jeleń !!! Znam ten dźwięk, gdyż o tej porze roku nie raz go słyszałem .Czekam kilkanaście minut a ten ryczy i ryczy. Nie dość, że zaczyna się zmierzchać, to jeszcze nie ma gdzie uciekać . Postanowiłem najpierw złożyć cichutko wędzisko a potem jakoś zwierzaka odstraszyć. Lecz jak to zwykle bywa, ... podczas składania "patyka" niechcący zawadziłem plecak wiszący na korzeniu a ten z hurgotem runął na ziemię. Ryk ucichł. Myślę sobie ,pewno się "jelonek" spłoszył - ale czy napewno ? Wygramoliłem się na ścieżkę i kłusem do samochodu.Dobiegam ... kurde, pilot od zamka nie działa ale jakimś cudem trafiam w "10" za pierwszym razem - otwieram "brykę", rzucam graty i sam się pakuję. Udało się. Pozdrawiam. (2013-09-26 23:36)
aldentealdente
0
Pewnego deszczowego popołudnia wybrałem się z kolegą na przybrzeżne wody Zatoki Kilońskiej w pogoni za trocią morską. Była połowa kwietnia, temperatura wody wynosiła 5 stopni, a trocie podpływaly do kamienistych brzegów morskich w pogoni za śledziami, tobiaszami i różnymi wodnymi robakami. Ubrani w neoprenowe spodniobuty brodziliśmy wtedy godzinami z trociowym spiningiem, z głową pełną marzeń o walecznym srebrniaku. Wielogodzinne brodzenie po kamienistym, porośnietym glonami podłożu spowodowało, że zaczęło się dawać we znaki zmęczenie. Do tego fala, przez którą trzeba było utrzymywać mięśnie w ciągłym napięciu, by utrzymać równowagę. Niezwykle łatwo jest wtedy potknąć się na śliskim głazie, stracić równowagę i wpaść do zimnej wody. Właśnie taki upadek przytrafił mi się tego dnia! Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że zapomniałem zalożyć na spodniobuty zaciskowy pas neoprenowy. W mgnieniu oka zimna woda morska dostała się górą do spodniobutów! W nogawicach wytworzyły się powietrzne banie, które uniemożliwiły ustawienie stóp na dnie i tym samym wstanie z wody! Na moje szczęście zdarzyło się to w takim miejscu, że podpierając się ręką o dno, mogłem utrzymać głowę na powierzchni. Od razu przypomniałam sobie słowa żony, która z czułością powiedziała do mnie na odchodne: "tylko się nie utop" :) Paredziesiąt metrów ode mnie spiningował kolega, który widząc moją tragiczną sytuację, przybiegł na pomoc. Doczołgaliśmy się jakoś na płyciznę. Dostałem niezłą nauczkę, że na takie wyprawy należy być zawsze w stu procentach przygotowanym i nigdy nie lekceważyć wody! Żonie jakoś o przygodzie nie powiedziałem... :) (2013-09-27 18:24)
halski021halski021
0
Przez ponad 40 lat wędkowania było kilka przygód na rybach,które jeżyły włosy na głowie.Ale najbardziej chyba najadłem się strachu,przed wielu laty nad jeziorkiem w Wandzinie.Nie było tam jeszcze ośrodka MONARU,tylko stary pałacyk zamknięty na cztery spusty.Jeziorko znajduje się w lesie i jeździłem tam na rybki.Pewnego razu zaskoczyła mnie i mojego brata ,gwałtowna burza.Pioruny waliły blisko,a my staraliśmy się być jak najdalej od drzew i kucaliśmy(tak ponoć trzeba w czasie burzy)Co walnął piorun ,to my podskok.Do tego jeszcze rzęsisty deszcz.Dobrze ,że burza szybko odeszła z nad jeziora.Po latach wspominamy z uśmiechem jakiego mieliśmy w tedy pietra,ale wtedy nie było nam do śmiechu:) (2013-09-29 12:53)
jokerjoker
0
Wspaniałe opowieści, niezapomniane emocje płynące z tekstów. Każda wyprawa przynosi na szczęście coś nowego i nietuzinkowego oraz moc niepowtarzalnych doświadczeń. Piszemy o zaskakujących nas momentach kiedy to często byliśmy sami kowalami naszego losu lub coś może niechcący dodało nam pikanterii do całego przygotowanego skrupulatnie wypadu. Korzystając właśnie z takiej szczytnej okazji, kiedy to podczas konkursów możemy wykazać się swym dorobkiem, nieświadomie czytamy też najwięcej zamieszczonych tekstów a co za tym idzie, wzbogacamy swe doświadczenie przestrogami innych przyjaciół umiejących dzielić się własnym dorobkiem życiowym. Apetyczne i niejednokrotnie zabawnie wyglądające z punktu widzenia czytelnika przygody okazują się być niczym innym jak wykładnią dla najmłodszych wędkarzy chłonących wiedzę i podpowiedzi jak przysłowiowa gąbka. Skoro już mowa o najmłodszych adeptach sztuki wędkarskiej, to pragnę jedynie przytoczyć pewien epizod, który nie powinien nigdy mieć miejsca szczególnie, że tak jak już wspomniałem - młode pokolenie bierze z nas przykład. Zawody, wielka radość z nagród i wyjazdu z rodzicami nad wodę dla jednego z chłopców mogła zakończyć się tragicznie. Odprawa organizacyjna, postawienie zadań oraz wytycznych nie tylko dla organizatorów i zawodników ale i dla samych opiekunów okazała się dla jednego z rodziców zbędnym elementem i czymś oczywistym. Rutyna i przeświadczenie o wysokim doświadczeniu mogła być zgubą dla jego syna. Sprawowanie nadzoru nad młodym wędkarzem powinno być objęte priorytetem zawsze i wszędzie a jeśli tego nawet nie jesteśmy "w stanie" zabezpieczyć po prostu poprośmy o to osobę kompetentną lub nawet kogoś z organizatorów. Młody uczestnik, ambitny pragnął wykazać się samodzielnością i prawie tak wyszło. Jest branie, zacięcie w konsekwencji i ryba w dłoni. Szybkie przechwycenie okazuje się mało precyzyjne i oprócz niewielkiej ryby w dłoni ląduje pokaźny hak a taty przy dziecku brak. Na widok krwi dzieciak mdleje i zatacza się twarzą do wody. W pobliżu zero reakcji a jedynym ratunkiem okazuje się pozostawienie własnego dziecka i ratowanie potrzebującego. Po chwili tłum i zdziwiona mina ojca pojawia się nad głową oraz usprawiedliwienie, że daleko w sumie nie poszedł tylko do kumpli. Moja pochwała wzrokowa za roztropność oraz błogosławieństwo od organizatorów zapewne będą niczym w porównaniu z lękiem jakiemu został poddany zawodnik. Szanujmy życie - najpierw bezpieczeństwo a później przyjemności. Z wyrazami szacunku - joker (2013-09-29 23:54)
JAQUJAQU
0
.......to nic, że od dwóch godzin nie mam brania, żadnego jazia ani innego „gada” ale w zamian za to widzę pięknie tokujące żurawie za plecami, ach jaka szkoda, że nie zabrałem ze sobą aparatu. Po krótkim namyśle postanawiam przejechać wraz z kolegą, jakieś dwa kilometry niżej, tam znajduje się nasza super miejscówka. Drugi rzut Krzyśka obrotówką jedynką Meppsa i............ szczupak obcina żyłkę. Dochodzimy do pięknego zakola, na środku którego leży zwalone drzewo i wielki kamień. Matka natura nie próżnowała, i z należytą starannością, kawałek po kawałku dopracowała ten odcinek rzeki, tworząc prawdziwy cud natury. Postanawiam wykonać tu kilka rzutów, mojej produkcji woblerem. To mój drugi, wykonany przez mnie wobler. Pierwszy kontrolny rzut i okazuje się że zimowa praca nie poszła na marne, „chodzi” super. Rzucam. Zamach i..... plecionka zawija się o klips na szpuli kołowrotka a wobler ląduje na drzewie. Czarna rozpacz, gdyby to był kupny, to niech go tam...ale własny wyrób, i na dodatek tak pięknie pracujący! Decyzja może być jedna. Wchodzę po niego. Ubrany w ciepły golf, kurtkę i kamizelkę wędkarską, z zarzuconym plecakiem powoli przy asekuracji kolegi wchodzę na drzewo. Siadam na nim okrakiem i powoli podążam w stronę mojego „cudeńka”. Drzewo wystaje ponad lustro wody, mam na sobie wodery, tak więc śmiało przesuwam się do celu bez obawy, że woda może nalać mi się do środka. Woblera mam na wyciągnięcie ręki, muszę się jeszcze mocniej wychylić. Jedną ręką chwytam za wystającą gałąź, drugą wyciągam po mojego woblera i kiedy już go prawie mam, słyszę przeraźliwy trzask łamanej gałęzi!!! To gałąź, o którą się zaparłem pękła pod moim ciężarem i w jednej chwili znalazłem się pod wodą. Do tej pory nie wiem jak udało mi się wydostać na powierzchnię. Woda dostała się do woderów i ciążyła mi bardzo, plecak który miałem na sobie krępował moje ruchy a zatopione gałęzie skutecznie mnie oplątały lecz mimo to,wydostałem się na powierzchnię i trzymając się drzewa szukałem ratunku u mojego towarzysza wyprawy. Krzychu ekspresowo przeciął plecionkę i bez namysłu podał mi swój spinning, pamiętam że bałem się o jego delikatną wędkę (Silstar 2.70 cw. 2-9g) i powiedziałem, że może się złamać. Słowa, które wypowiedział, pamiętam do dziś; „nie pie................ tylko łap się za wędkę” Powoli, z pomocą ojca wyciągnął mnie na brzeg i wszystkim nam spadł kamień z serca. Szok powoli ze mnie schodził, a ja czułem się coraz lepiej z darowanym przez los, drugim życiu. Straciłem tylko czapkę (co prawda moją bardzo szczęśliwą ) i okulary oraz mojego woblera przez którego, jak się okazało mogłem się utopić. (2013-09-30 14:53)
jacbydgjacbydg
0
Było to dokladnie 6 sierpnia tego roku.Będąc na zasiadce i spiąc smacznie w nocy w namiocie usłyszałem jakże piękną dla nas karpiarzy melodię sygnalizatora.Wyrwałem z łóżka jak zwykle niczym z katapulty.Otworzyłem namiot i zacząłem biec po ciemku w kierunku wędek lecz uświadomiłem sobie że po drodzę wyskakując z namiotu zahaczyłem głową o niego i na moje tragiczne nieszczęście spadła mi latarka czołowa.Po omacku chwyciłem za kij i zaciąłem.Poczułem jakże cudne pulsowanie ryby i wspaniały odjazd ,lecz sam sobie zadałem pytanie-jak ja ciebie wyjmę po ciemku skoro czubka kija nawet nie widze?Pompując systematycznie z skundy na sekundę wiedziałem że karp jest coraz to bliżej brzegu ale gdzie onjest ,,o tym to nawet nie mialem zielonego pojęcia ponieważ zdałem się tylko na słuch i na nasłuchiwanie gdzie ryba sie spławi bedąc już w okolicy brzegu.Po pewnym czasie poczułem szarpniecie na kiju i jednoczesny plusk w wodzie szamoczącego się karpia.Nie mając innego wyboru postanowiłem wejść do wody do pasa tak jak stoję ,na szczęście dokumenty i telefon zostały w namiocie a nie w moich spodniach.Więc bez dłuższego zastanawiania się wszedłem do wody z kijem w ręku czując że karp już jest blisko.Odruchowo cofnąłem się do pontonu który miałem za plecami i chwyciłem podbierak który zawsze kładę na nim i od razu rzuciłem przed siebie aby pływał na wodzie do czasu aż bedę pewny gdzie jest karp .Trwało to wieki ale mając czterdziestoletnią praktykę wędkarstwie szybko zlokalizowałem rybę.Dosłownie po omacku na wyczucie podbierałem ją chyba z siedem razy ,ąż w końcu cudem znalazła się w moim podbieraku.Nie był to olbrzym bo jak się potem okazało ważył ledwie 12kg ,ale ci mi dał do wiwatu to dał.Do dziś pamietam jedno.Tej nocy już oka nie zmrużyłem bo cały się trząsłem z zimna jak galareta.Karpia szybko wsadziłem do worka karpiowego,wędkę odłożyłem na podpórki i czym prędzej pobiegłem do namiotu po drodze podnocząc moją nieszczęsną latarkę czołową i szybko sciągając przemoczone spodnie i slipy wskoczyłem do śpiwora.Raniutko już gdy słoneczko przygrzało wyszedłem z namiotu oczywiście w innych spodniach ,obejrzeć moją zdobycz,zrobić sobie z nią zdjęcie i jak zwykle obdarować ją wolnością .Gdy już karp odpływał w otchłań po cichu podziękowałem mu za niesamowita walkę i wspaniałe przeżycie w totalnych ciemnościach którego chyba nigdy już nie zapomnę. (2013-09-30 17:20)
karolsixsikorskiikarolsixsikorskii
0
Moja przygoda miała miejsce tego roku wczesną wiosną. Pojechałem z kolegą i z moim pieskiem nad Wisłę , sprawdzić jaki jest stan wody i przy okazji pospiningować . Przeszliśmy już jakiś odcinek rzeki i nagle z krzaków wybiegło stado saren . W tym samym momencie jak mój pies zaczął biec za nimi to tylko kurz się unosił . Krzyki i wołania nie pomagały więc z kolegą wędki wrzuciliśmy w krzaki i też wdaliśmy się w pościg . Znajomy pobiegł na wał przeciwpowodziowy , a ja trasą za psem po świeżo przeoranych polach . Po ok. 15 minutowym biegu , po pas brudny , w oddali widzę że Siksa ( tak wabi się mój pupil ) odpuściła "polowanie" . Resztką sił doszedłem do niej , po chwili kolega też i złapaliśmy psa . Była tak zmęczona , że nie miała sił samodzielnie iść . Szczęśliwi , że złapaliśmy psa pomyśleliśmy czy wędki , które zostawiliśmy będą jeszcze na miejscu . Po przybyciu w dane miejsce na szczęście wędki były co nas bardzo ucieszyło . Tego dnia nie mieliśmy już ochoty na wędkowanie , wiec wzięliśmy sprzęt , Siksę i pojechaliśmy do domu. (2013-10-02 16:49)
użytkownik65213użytkownik65213
0
W połowie lipca razem z bratem i ojcem wybraliśmy się na kolejną w tym roku nockę. Tym razem naszą miejscówką była poprzerywana wiślana ostroga.Rybki tej nocy brały dość chimerycznie więc było tylko kwestią czasu kiedy padliśmy w objęcia Morfeusza. Jako że mój brat (podobnież) śpi najczujniej z nas, jego pierwszego obudził szum wody.Gdy się wyrwałem z objęć Morfeusza miałem już po kostki wodę.Zerwaliśmy się do pakowania sprzętu i szybkiej ewakuacji z główki jednak wszystkiego nie udało już się uratować.Gdy schodziłem jako ostatni z tej ostrogi wody miałem już do kolan. Straciłem wtedy podbierak i wiadro z zanętą a i łowienia już mieliśmy dość. Od tamtej pory staramy się walczyć nie tylko z rybami ale i ze snem. I jak na razie tę walkę wygrywamy!!!! (2013-10-02 18:52)
mwrona22mwrona22
0
Witam uwielbiam chodzić na rybki i chyba jak wszyscy wędkarze miałem kilka bardzo zaskakujących i zabawnych historii. Mam jednak jedną ulubioną. Na początku sierpnia kiedy tylko znalazłem chwile czasu podczas pracy wraz z bratem i tatą wyruszyłem na wieczorny wypad na ryby. Gdy tylko dojechaliśmy nad rzekę mój brat zaczął rozrabiać zanętę ja zabrałem się za rozłożenie sprzętu. Początkowo brały małe leszczyki stwierdziliśmy że nie jest źle i postanowiliśmy zostać na noc. Mój brat poszedł spać do samochodu ja z tatą zostałem żeby pilnować sprzętu. Około godziny 1 zauważyłem jak mój świetlik zatonął zerwałem się z krzesła i mocnym szarpnięciem zaciołem rybkę, poczułem spory opór stwierdziłem że to na pewno spora sztuka gdy miałem ją blisko brzegu ujrzałem wijącego się ,,węża'' domyśliłem sie że to węgorz lecz znałem go tylko z internetowych obrazków. Tata próbował złapać go w podbierak to było bardzo zabawne;) W pewnej chwili nie patrząc na podbierak postanowiłem go wyciągnąć siłowo na brzeg, wtedy też wyszedł z samochodu mój brat myslał że chce złapać żmije krzyczał że może on mnie ugryść nie miał pojęcia że to węgorz. Próby złapania go na brzegu były nieudolne ponieważ nie mogłem przestać się śmiać z mojego brata, ale przy jego pomocy udało się złapać sznuruweczkę. Tamtej nocy nie udało nam się już nic ciekawego złapać ale przy ognisku wspominaliśmy to co się działo kilka minut wcześniej z widoku każdego z nas. Uważam że takie wypady są bardzo dobre gdyż jest co wspominać. Pozdrawiam (2013-10-02 19:22)

skomentuj ten artykuł