Front burzowy vs. pomarańczowy namiot z biedronki

/ 6 komentarzy / 2 zdjęć


Lipiec ubiegłego roku obfitował w burze i przynajmniej raz na tydzień niebo nad Trójmiastem przeszywały zygzakowate różnokolorowe błyskawice a towarzyszący im rzęsisty deszcz wielokrotnie paraliżował ruch w mieście. Udało mi się w końcu namówić moją Olę na wspólny wypad na ryby. Zapowiada się ciepły weekend i według portali pogodowych nie powinno padać, więc jedziemy na Kaszuby nad jezioro Gowidlińskie.

Jest to bardzo malownicze łowisko o zróźnicowanej linii brzegowej, z wieloma zatokami obfitującymi niegdyś w wielkie leszcze, szczupaki, węgorze i liny. Na dzień dzisiejszy rybostan nie jest już tak liczny a wielkie okazy to raczej rzadkość, gdyż dzierżawca skutecznie ”zaopiekował” się tym zbiornikiem. Pomimo tego bardzo lubię tę wodę i darzę ją swego rodzaju sentymentem, bo tam stawiałem swoje pierwsze kroki w wędkarstwie jeziorowym. Mam jednak nadzieję, że jakiś olbrzym kryje się jeszcze w jego głębinach.

W sobotę wyjazd więc trzeba zrobić zakupy, ja oczywiście zaopatrzyłem się we wszelkie niezbędne akcesoria wędkarskie ale jeszcze piknikowy niezbędnik pozostał. Nie będzie to typowa zasiadka wędkarska, raczej ma to być mile spędzony weekend na łonie natury z ukochaną osobą. Kąpiele wodne i słoneczne, ognisko, piwko i relaks. Nie byłbym sobą gdybym się nie przygotował na wędkowanie, więc trumna na dachu samochodu już zainstalowana, a w niej cały mój ekwipunek.

Zakupy robimy w biedronce bo blisko i tanio i tam wpada mi w ręce namiot, pomarańczowe iglo dwuosobowe Made In China za 29.99 PLN. Mam już namiot ale postanowiłem go kupić.
Jesteśmy zaopatrzeni i gotowi na piknik wędkarski. Na miejscu jesteśmy około południa. Pogoda jest piękna więc rozpoczynamy od kąpieli w jeziorze, potem rozkładam nowy nabytek, ze zdumieniem stwierdzam, że jest całkiem duży i dosyć solidnie wykonany. Słońce już nisko nad horyzontem więc zbieram trochę drewna na ognisko, kąpię się i postanawiam rozłożyć swój sprzęt. Nieopodal widzę kilku młodych wędkarzy, i jak się później dowiedziałem siedzą od wczoraj i złowili trochę płotek i leszczyków.

Wędki już w wodzie, sygnalizatory nastawione a ja z Olą przy ognisku serwujemy sobie kolację. Wieczorne wędkowanie traktuję bardziej rekreacyjnie i zanęcam łowisko. Nastawiam się bardziej na świt. W powietrzu czuć nadchodzącą burzę, jest parno i duszno, prawie bezwietrznie. W głębi duszy trochę się cieszę, bo jak wiemy w takie noce węgorz przejawia dużą aktywność, ale co z piknikiem, co na to Oluśka…? No cóż, na pogodę nie ma rady. Mały deszczyk nie zaszkodzi – myślę sobie… Kiedy pada drobny deszczyk wtedy bierze gruby leszczyk – mruczę pod nosem.

Wiatr się wzmaga i momentalnie pojawiają się fale, zwijam feddera i zostawiam tylko gruntówkę uzbrojoną w dwie rosówki przeznaczone dla śliskiego rodem z Morza Sargasowego . Trzeba trochę ogarnąć nasz biwak i schować co nieco przed deszczem. Na pierwsze błyskawice nie trzeba było długo czekać, zaraz po nich grzmoty i zaczyna padać. Nadciąga burza z zachodu
Siedzimy w namiocie kończąc przerwaną kolację. Zaraz przejdzie – mówię do Oli, to burza termiczna, wywołana upałem i obfitym parowaniem wody, takie nie trwają długo – pocieszam widząc jej zaniepokojoną twarz. Deszcz tak tłucze o namiot, a w zasadzie o sam tropik bo taka to chińska konstrukcja, że ledwo słychać telefon. Rodzice dzwonią i mówią, że w Gdańsku straszna burza i idzie na zachód – w naszą stronę. Wierzę w bezbłędność informacji, bo mój ojciec to emerytowany pilot więc na pogodzie się zna.

Więc to jednak front burzowy, a co najciekawsze jesteśmy na małym cyplu wśród wysokich drzew i dookoła wielka woda. Od wschodu burza za burzą, od zachodu front a my po środku. Całkowite ciemności raz po raz rozświetla błysk, zaraz po nim potężny grzmot, nawet już nie liczę sekund pomiędzy błyskiem a grzmotem bo wiem, że burza jest tuż obok. Z dala dochodzą odgłosy innych burz. Czy namiot wytrzyma ten chrzest bojowy? – pytam siebie w myślach. Zapalam czołówkę i sprawdzam gdzie cieknie - wszędzie sucho. Pojawił się jednak problem natury ludzkiej, mianowicie piwo jest niezbędne ale moczopędne.

Leje jak z cebra, burza szaleje na dobre ale wiem, że za nią będzie następna, więc nie ma na co czekać – wychodzę z namiotu. Ulewa na całego, pioruny walą kilkadziesiąt metrów od nas prosto w jezioro i w wysokie drzewa, czasami niebo przeszywają pajęczyny błyskawic ale nie czas na obserwacje zjawisk meteorologicznych. Robi się nieciekawie. Próbujemy zasnąć, ale jak tu zasnąć jak przy zamkniętych oczach błysk prawie oślepia a grzmot jest tak donośny, że obudziłby umarłego.

Po kilkugodzinnej burzowej dyskotece front się przemieścił i w końcu zasnęliśmy ale budziłem się co jakiś czas. W oddali słychać było groźne uderzenia piorunów, deszcz jednak nie przestał padać. Postanowiliśmy z samego rana spakować się i opuścić mało gościnne tym razem Jezioro Gowidlińskie. Przy padającym deszczu wrzucaliśmy jak popadnie wszystkie klamoty wraz z naszym super namiotem z biedronki. Pomarańczowy namiot made in china ochronił nas przed zjawiskiem, które od zawsze mnie fascynowało. Liznąłem trochę meteorologii na kursie spadochronowym i przeczytałem kilka książek poświęconych zjawiskom pogodowym, ale to co zobaczyłem tej lipcowej nocy zweryfikowało mój stosunek do burzy. Nieprzewidywalność i piękno burzy jest fascynujące ale jej gwałtowność czasami przeraża, szczególnie jak jest nad głową a dookoła tylko drzewa i woda jako dwa magnesy przyciągające śmiercionośne pioruny.
Na szczęście jesteśmy cali i zdrowi i… niewyspani.

Opuszczamy cypel. O zgrozo, czeka jednak na nas jeszcze jedna przeprawa. Mała kałuża którą przejechałem bez problemu wczoraj, po całonocnych opadach zamieniła się w wielką masę błota i wody. To nie może nas zatrzymać – powiedziałem i dodając gazu wziąłem ją z rozpędu jak na rajdzie Camel Trophy. Po drodze jeszcze kilka mniejszych niespodzianek, których wczoraj nie było. Nareszcie asfalt.
Odetchnęliśmy z ulgą i podążyliśmy drogą na Gdańsk.

Ryby nie złowiłem, strachu się najadłem ale namiot przeszedł chrzest bojowy w warunkach ekstremalnych. Mam nadzieję, że Ola się nie zraziła do wędkarskich wypraw i pojedziemy tam jeszcze kiedyś z naszym super namiotem z biedronki.



 


3.9
Oceń
(15 głosów)

 

Front burzowy vs. pomarańczowy namiot z biedronki - opinie i komentarze

Harry PotterHarry Potter
0
He he... Dziewczyny z reguły boją sie burzy. Przygody to nie tylko sukcesy, czasem bywa i tak jak napisałeś. Miejmy nadzieje że Ola zacznie przejawiać więcej entuzjazmu co do wędkarstwa.
(2010-04-05 17:30)
janunio1janunio1
0
Tak,tak burze nad jeziorami wydają się straszne,ponieważ echo grzmotów odbijających się od ściany lasu potęguje ten odgłos,ode mnie za art.5***** i do zobaczenia na rybach,pozdr.
(2010-04-11 07:26)
Arci70Arci70
0
Super opowiadanko. Też przeżyłem kilka burz w namiocie, i nie zawsze mi było do śmiechu. Czasem uciekałem do samochodu, i tam kończyłem spanie. (2010-05-03 14:48)
spokojnyspokojny
0

I cóż mi tu komentować po prostu świetna historia pięknie opisana.

 

Piątal jak nic

 

Pozdrawiam

 

Grzegorz

(2010-05-04 15:37)
rysioszrysiosz
0
spoko***** (2010-08-05 15:07)
BlueFishermanBlueFisherman
0
5 (2013-05-19 19:35)

skomentuj ten artykuł