Wspomnienia sezonu trociowego 2013 na Drwęcy.

/ 1 komentarzy / 2 zdjęć


Ponieważ inauguracja sezonu trociowego w  moim przypadku w tym roku z przycyzn obiektywnych - co jest, trzeba przyznać, formułą bardzo pojemną - opóźnia się, postanowiłem powspominać jak to było pięć lat temu. A było to tak: W sobotę 12 stycznia 2013 r. po uprzednim przygotowaniu sprzętu wybrałem się – celem rozpoczęcia sezonu trociowego – nad Drwęcę. Jeszcze w drodze do Torunia nie do końca byłem przekonany, co do tego, czy za cel swej wyprawy obrać dolny odcinek rzeki
w okolicach Złotorii, czy też udać się jednak na miejscówki w dół od Lubicza. Ostatecznie wygrała ta druga koncepcja, jednak po dotarciu na Plac Św. Katarzyny, gdzie zamierzałem wsiąść w autobus prywatnej linii obsługującej kursy do Lubicza, okazało się, że kierowca „busika” – nie autobusu – zignorował moją osobę oczekującą nań na przystanku i ruszył
w kurs z miejsca oddalonego dobre 30 metrów od tego przystanku – zanim się zorientowałem było już za późno, by zamanifestować zamiar odbycia podróży odjeżdżającym środkiem transportu. Nieco zły z powodu zaistniałej sytuacji, sprawdziłem rozkłady jazdy, z których wynikało, że najbliższe połączenie do jakiekolwiek miejsca położonego nad „górskim” odcinkiem Drwęcy wykonywać będzie autobus starej, poczciwej linii MZK nr 23 wiodącej
do Kaszczorka. Ostatecznie uznałem, że wypad na dolny odcinek Drwęcy może mi się bardziej opłacać z racji potencjalnie mniejszej presji wędkarskiej, więc nawet specjalnie nie żałowałem już „unicestwienia” przez prywatnego przewoźnika mego pierwotnego zamysłu obrzucania „kultowych” miejscówek położonych w okolicach mostu autostradowego, co do których można było wszak przypuszczać, iż będą - jeśli nie oblegane - to na pewno gęsto uczęszczane przez „wytrawnych trociarzy” – była przecież raptem druga sobota sezonu trociowego.
Po dotarciu do Kaszczorka, troszkę pobłądziłem, musiałem zwłaszcza cofnąć się spod starego drewnianego mostu, ale relatywnie bardzo szybko znalazłem właściwą drogę, skutkiem czego już po ok. 20 minutach byłem nad brzegiem rzeki i to w bardzo dogodnym miejscu zapewniającym możliwość bezpiecznego zejścia nad samo lustro wody i wykonania rzutów. Nie wiedząc, jak wielu wędkujących kręci się w pobliżu postanowiłem w miarę dokładnie obrzucać pierwsze zajęte przez siebie stanowisko, obiecując sobie zarazem
w duchu, iż dopóty mi się to nie znudzi nie będę kombinował ze zmianę miejsca. Uzbroiłem wędzisko i rozpocząłem obławianie, na pierwszy ogień poszła najlżejsza wersja wahadłowej „Troci”. Rzeka była tu szeroka na około 30 m. Wartki nurt przyjemnie znosił błystkę - miejsce było fajne, wolne od „ewidentnych” zaczepów, jedynie przy burcie poniżej mojego miejsca przynęta systematycznie wchodziła w miękkie przytrzymanie, jak się okazało przybrzeżnego zielska w postaci zeszłorocznych traw. Po wykonaniu pierwszej partii rzutów
i wstępnym rozpoznaniu koryta zmieniłem błystkę na cięższą, stwierdzając bardzo szybko, że owych masywniejszych modeli „Troci” jednak nie cechuje tak dynamiczna praca, jak ich lżejszych wersji. Błystkę prowadziłem raczej średnim tempem, a lokowałem ją zarówno na wprost siebie, jak i nieco w górę rzeki na godz. 11-tej – czyli stosowałem „trociowanie w pół wody”, właściwe wędkowaniu na miejscu, którego specyfiki się nie zna.
Minęła dobra godzina kiedy to zdecydowałem się – śladami swych poprzedników odciśniętymi w śniegu, prawdopodobnie wędkarzy, którzy tego samego dnia, aczkolwiek zapewne z samego rana, przybyli nad Drwęcę – zejść ok. 10 metrów niżej, gdzie na przeciwległym brzegu gęste „krzaczory”, długie na kilkanaście metrów, wchodziły w koryto rzeki. Ulubiony przystanek płynących w górę srebrniaków – jeśli wierzyć podręcznikom wędkarskim i wspomnieć na dobrze ponad 4 kg srebrniaka, który z podobnych krzaków wskoczył kiedyś na prowadzoną przez mnie „Andrzejówkę”, na jednym z meandrów Słupi
w Wodnicy… Zanim jednak się przemieściłem, w pewnym momencie z góry rzeki dobiegło mnie wołanie wędkarza, który alarmował – w tym przy użyciu popularnych wulgaryzmów – swego kompana, iż miał wyjście troci, rzekomo spod samego brzegu. Pomyślałem – „a jednak coś się tutaj dzieje”. Kolejne kilkadziesiąt rzutów przy obraniu zarówno cięższego, jak
i lżejszego wariantu przynęty nie przynosi rezultatu, ale w sumie fajnie spinninguje mi się
w przyjemnych warunkach. Lekki mrozik, delikatnie prószący śnieg, szmer wartkiego nurtu rzeki – jest OK.
Po jakimś czasie miejsce uprzednio przeze mnie zajmowane obławiać zaczyna wędkarz, który chwilę wcześniej wyszedł z samochodu; inny znów mija mnie za plecami schodząc w dół, moment później z sąsiedniego stanowiska słyszę charakterystyczny plusk wrzucanego do wody woblera. No to jest nas już tutaj trzech, a jeśli dodać faceta, który od dobrych 20 minut obrzuca miejsce na przeciwległym brzegu – to czterech.
Zmieniam wreszcie miejsce, udając się wzdłuż brzegu w górę rzeki. Parę słów zamieniam z gościem z samochodu – auto na blachach warszawskich, facet wszak z Torunia. Kończąc, wzajemnie życzymy sobie powodzenia, tj. „połamania wędek” (przy czym moja warta jakieś 150 zł, jego „na oko” 750 zł). Dochodzę do miejscówki usytuowanej na zewnętrznym wyjściu nurtu z ostrego zakrętu. Klasyczne stanowisko do „przechwycenia” spływających keltów, a jednocześnie potencjalna rynna dla ciągnących w górę srebrniaków. Po pierwszych rzutach okazuje się jednak, że partia wody z mojej strony to nie rynna,
a płycizna – piaszczysto-żwirowy blat z zalegającymi na dnie małżami i bliżej nieokreślonym, aczkolwiek raczej twardym zaczepem. Prowadzenie przynęty jest więc utrudnione, mniej więcej od połowy szerokości rzeki muszę podnosić szczytówkę kija ku górze, przyspieszając jednocześnie zwijanie żyłki, by uniknąć czepiania się zawartości dna. Stąd też jestem w stanie efektywnie zaprezentować przynętę tylko w partii wody pod przeciwnym brzegiem co trwa zdecydowanie zbyt krótko… kiepsko. Po kilkunastu rzutach odpuszczam sobie zatem dalsze łowienie w tym miejscu, uznając, że jedynie delikatnym zestawem można byłoby tu sensownie popróbować szczęścia przeczesując przypowierzchniową warstwę wody. W chwili, kiedy opuszczam miejscówkę podchodzi, a następnie rozpoczyna ze mną rozmowę chłopak – taki około dwudziestoparoletni. Chwali miejsce, z którego przed chwilą „machałem”, wyjaśniając mi życzliwie, że na środku koryta znajduje się tu kamień, pod którym przystają salmonidy, skłonne atakować podawane im stąd przynęty. Niejako na dowód prawdziwości swych słów wyjawia jednocześnie, że parę dni wcześniej jego kolega – „morderca”, jak sam go określił – złowił tu łososia 104 cm, którego „niestety” ów niewdzięczny łowca następnie zabił, co właśnie było przyczyną szczerego oburzenia i poruszenia – jeśli nie wstrząsu psychicznego – opowiadającego. Mój rozmówca następnie stwierdza, że dotychczas chodził ze sztuczną mucha, dopiero dziś po raz pierwszy jest ze spinningiem, co do którego obsługi musi sobie przypomnieć jak to jest… Ryby, co prawda w tym sezonie jeszcze nie złowił, ale na innych łowiących szczęściarzy zdążył się już napatrzeć – wedle jego relacji dziennie pod Kaszczorkiem padało od 5 do 8 ryb. Rozmowa z chłopakiem z jednej strony nieco mnie rozśmiesza – a to z racji jego pryncypialnego podejścia do filozofii „no kill” – ale jednocześnie staje się ona dla mnie cennym źródłem informacji potwierdzających to, czego nie mogłem paradoksalnie wyczytać – począwszy od Nowego Roku  – na portalach internetowych, a mianowicie, że jednak w tym roku nad Drwęcą nie jest źle, by nie powiedzieć wręcz, iż jest dobrze, w szczególności jeśli uwzględnić słabe tegoroczne wyniki
na innych rzekach trociowych, zwłaszcza środkowego Pomorza.
Docieram do miejsca, w którym Drwęca zaczyna wchodzić w zakręt, o którym pisałem wyżej. Koryto jest tu szerokie, po przeciwnej stronie nurt pełen zawirowań (zaczepy) wybija po skosie wciskając się pod skarpę, przy której parę minut temu stałem, z mojej strony zaś tworzy coś w rodzaju obszernej zatoki z wyraźnym spowolnieniem prądu – słowem: „bankowa miejscówka” odpoczywających keltów. Na Słupi takie zatoki nie raz obdarowywały mnie rybami, tyle tylko, że to było właśnie na Słupi, nie na Drwęcy, gdzie zachowania ryb z racji znacznego oddalenia łowiska od morza mogą być diametralnie inne… Pamiętając wszak właśnie o pomorskich keltach wyciąganych z tego typu zatok, mozolnie obławiam stanowisko, zarówno cięższymi, jak i lżejszymi wahadłówkami. Staram się by blachy schodziły maksymalnie blisko dna. Prowadzę je po łuku, pozwalając by sam nurt wymuszał pracę mych „Troci”. Pełna koncentracja, wolniutkie obracanie korbką kołowrotka, co chwilę przerywane, wczuwanie się w pracę szczytówki, analizowanie każdego trącenia kija
w oczekiwaniu na jego targnięcie, kwitowanie natychmiastowym podcięciem każdego przytrzymania błyski…. Słowem – kwintesencja zimowego polowania na troć…
I tak przez kolejne dobre kilkadziesiąt minut …przynajmniej do chwili, gdy do uszu mych nie zaczyna dobiegać rozmowa wędkarzy stających na drugim brzegu, nieco powyżej mojego miejsca. Jeden – posługując się dość znamienną dykcją - chwali odcinek tutejszej rzeki koło Złotorii, przekonując do niego – i to na zasadzie kilkakrotnych, coraz to bardziej zresztą bełkotliwych powtórzeń – swego adwersarza. Udaje mi się usłyszeć m.in.– co akurat  skrzętnie odnotowuję – zwierzenie, jakoby miał on szczęście złowić tu dwa lata temu „troćkę” na … kopyto obciążone 20 gr. główką. W to akurat jestem w stanie uwierzyć, sam kiedyś sprowokowałem marcowego „wypasionego” już – a więc żerującego na dobre – ponad 2 kilogramowego kelta-samicę do pochwycenia białego twistera i bynajmniej – sądząc
z impetu uderzenia i umiejscowienia przynęty w pysku ryby – nie był to przypadek. Wiarygodności relacjonującego nie podważa nawet to, że – jak ostatecznie to „rozpracowuję” – facet jest nieźle nawiany. Przy czym otwierając kolejnego (jak sądzę) browara bezskutecznie próbuje znaleźć „kompana do spożycia” w osobie swojego rozmówcy. Ten bowiem okazuje się być przynajmniej doraźnym abstynentem i grzecznie dziękując oddala się. Wędkarz – piwosz zaś schodzi na wysokość mojego stanowiska i zapytuje o wyniki – zerowe – co stwierdzam prawie krzycząc, bo facet ma już problemy nie tylko z dykcją ale i ze słuchem. W duchu zaś podziwiam gościa, w takim stanie jak on chodzenie po stromych brzegach pokrytych niewydeptanym śniegiem to sztuka sama w sobie – zuch co nie miara, no no….jak mu się nóżka omsknie to żona delikwenta będzie w siódmym niebie, co i tak dla niego jest najlepszym wariantem wyobrażonego sobie przez mnie dalszego rozwoju wypadków w odniesieniu do jego osoby… Wreszcie facet się oddala. Ja zaś wykonuję kilkanaście kolejnych rzutów - na przeciąg parunastu minut zza chmur przebija słońce - robi się jeszcze bardziej przyjemnie – prawie baśniowo – i choć nie czuję specjalnego chłodu, podejmuję decyzję o pierwszym tego dnia posileniu się herbatą z termosu. Na szczęście jest gorąca – termos zdaje swój zimowy egzamin. W przerwie robię dwie fotki, jedyne tego dnia, oraz analizuję sytuację – iść w górę, gdzie teren robi się coraz bardziej nieprzystępny, czy wrócić w dół i obrzucić odcinek poniżej prostki, od której rozpocząłem, a która to przy potencjalnym okołopołudniowym spływie keltów musiałaby zaowocować pobiciem? Wszak właśnie wybija południe, o czym uprzejmie informuje mnie dzwon kościoła w pobliskiej Złotorii, którego wieża majestatycznie widnieje na nie tak odległym horyzoncie. Ostatecznie idę w górę. – wszak dzisiejszy wypad to przede wszystkim rekonesans i „wizytacja” miejsc, w których ostatnim razem wędkowałem ponad 20 lat temu. Dochodzę do fragmentu rzeki, gdzie płynie ona zakrzaczonym, aczkolwiek prostym korytem, niezbyt szerokim zresztą, ale znamiennym dość wartkim nurtem wpychającym się pod same brzegi, gdzie skutkiem czego dobrze natleniona woda może przesądzać o postoju ryb łapiących oddech po tarłowym wysiłku. Kilka rzutów – okazuje się, że na środku jest garb (wypłycenie), o który systematycznie „przecierają się” kotwice moich blaszek, przyprawiając mnie zresztą początkowo o mocniejsze bicie serca, jako że w pierwszych ułamkach sekund przytrzymanie przynęty do złudzenia przypomina atak ryby. Zakładam „K 3” Przychoćki – matową srebrną - pracuje znacznie intensywniej niż „Trocie”, wpadając w silną rotacje, ale jednocześnie nurt na napiętej żyłce niestety szybciej wybija ją ku powierzchni. Robi się pochmurno, zaczyna mocniej padać śnieg. Kombinuję co chwila z kolorami i gramaturą przynęt, poruszając się co kilka minut w górę rzeki. Obrzucam w ten sposób kilka kolejnych stanowisk. Bez kontaktu. Po drodze mijam spinningistę, chłopak, tak jak ja, bez wyjścia ryby, trochę rozczarowany. Jak twierdzi, wybrał się w okolice Złotorii, a nie Lubicza, jako że kilkudniowe ocieplenie mające miejsce w minionym tygodniu skłoniło go do wniosku, iż kelty zaczną spływać w dół bliżej ujścia do Wisły. Nie chce mi się argumentować, że owe kilkudniowe ocieplenie z pewnością nie spowodowało masowego spływu keltów, ponieważ póki co na Drwęcy panuje dość wysoki poziom wody, a takowy zwykle zatrzymuje je w naturalnych kryjówkach, do czasu kiedy to nie nabiorą sił po dopiero co odbytym tarle; a po drugie woda jest wciąż zimna, co
z kolei pozwala sądzić, że ryby są jeszcze stosunkowo nieruchliwe i nie wykazują tendencji do regularnego pobierania pokarmu. Każdy ma wszak prawo do swoich teorii…
Następne miejsce obławiam już „Longami” nr 3, jedną z nich zresztą zrywając. Woda niezbyt przejrzysta, raczej zmącona – srebrne, błyszczące listki obrotówek przy zachmurzonym niebie nie powinny odstraszać ryb – przeciwnie powinny właśnie wabić je
z większej odległości. Jednak i te przynęty nie wzbudzają zainteresowania troci. Powoli zbliża się koniec mojego systematycznego wędkowania. Rozpoczynam powrót, po drodze obrzucam jeszcze zatokę oraz wyjście z zakrętu, gdzie uprzednio spotkałem „no killowca”
i bardziej chyba przez swą niefrasobliwość, niż pecha zrywam kolejną błystkę w odległości może 1,5 m od brzegu – cóż: „nie posiejesz, nie połowisz”, jak mawiają nad Słupią, którym to powiedzeniem zamykam krótką rozmowę z „facetem z samochodu”, konsekwentnie – aczkolwiek również bez rezultatu - obrzucającym odcinek, gdzie rozpocząłem dziś wędkowanie.
Kończę demontując sprzęt i udając się pospiesznym krokiem na przystanek „23”  – co prawda bez ryby, ba – nawet bez puknięcia, czy choćby wyjścia – niemniej wypad uznaję za udany. Tym bardziej, że presja nie była faktycznie duża – w sumie może widziałem lub słyszałem około dziesięciu wędkujących, w tym jednego mówiącego za trzech, a kilka stanowisk udało mi  się jednak skutecznie rozpracować, co powinno owocować w przyszłości.
Stary Quick D.A.M. podpięty do prawie nowego Jaxona Crystalis 2,70 sprawował się poprawnie, choć za skuteczne unieruchomienie rolki kabłąka poprzez wyjęcie dobrego łożyska i wciśnięcie jakiegoś szajsu powinienem powiesić za … (wiadomo co) dziadka, który podjął mi się konserwacji kołowrotka zeszłej zimy. Tym bardziej, że permanentne skręcanie się żyłki brałbym właśnie na karb braku stosownego obracania się tej rolki, niż na panującą de facto ujemną temperaturę powietrza. Sam kijek też zdawał egzamin, dobrze z reguły sygnalizując pracę przynęty.
Trzeba będzie tam wrócić, zanim ostatnie kelty spłyną do morza, a raczej do Zatoki Gdańskiej.
Sezon trociowy A.D. 2013 uznać tym samym należy za otwarty.
 
PS. Wędkowałem od ok. godz. 9.45 do 14.30. Zerwałem bodajże 4 błystki – dwie wahadłowe i dwie obrotowe.
 
 
 
Poniżej dwie fotki, które zrobiłem tego dnia na łowisku oraz pewnego rodzaju „bonus”:
 

Zdjęcie nr 1: Widok z brzegu zatoki na zakręt, u wylotu którego podobno „padł”już w tym roku łosoś  szlachetny (Salmo salar) - 104 cm. Miejscówka na zakręcie ciekawa – ale z racji niewielkiej głębokości tamtejszego blatu, warta obrzucania raczej latem, przy zastosowaniu płytko schodzących woblerków, tudzież małych obrotówek. Nawiasem mówiąc, już po konfrontacji fotki ze zdjęciami i wspomnieniami z lat 90-tych doszedłem do przekonania, że w „gardle”wyjścia rzeki z zakrętu dane mi kiedyś było latem złowić szczupaka i okonia, przy czym wówczas panowała tam prawdziwa bystrzyna.

Zdjęcie nr 2: Widok na rzekę ze stanowiska u górnej nasady ww. zatoki, gdzie wręcz fizycznie czuło się postojówkę keltów (które to jednak nie brały, albo ich tam po prostu tego dnia nie było). Fajne miejsce, także na letniego szczupaka. Z kolei pod przeciwległym brzegiem wiry i zatopione konary (a parę minut wcześniej także nawiany wędkarz afirmujący walory tut. odcinka Drwęcy) – idealna miejscówka na trafienie letniej troci. Warto tu wracać...
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 


5
Oceń
(9 głosów)

 

Wspomnienia sezonu trociowego 2013 na Drwęcy. - opinie i komentarze

dendrobenadendrobena
0
Ten gatunek ryb to nie moja bajka.Artykuł przeczytałam z zainteresowaniem.Życzę sukcesów .Pozdrawiam. (2018-01-23 07:32)

skomentuj ten artykuł