Zaloguj się do konta

Historia żółtej łódeczki

Właśnie zawitała zimowa aura. Lód powoli skuwa zbiorniki wodne. Wielu miłośników wędkarstwa podlodowego, do których i ja się zaliczam, wyjęło z różnych zakamarków króciutkie kijaszki, na mini kręciołki nawinęło świeżo nabyte żyłeczki i buszuje po taflach lodowych oddając się swojemu wędkarskiemu hobby.

Dlatego temat, który chcę poruszyć pozornie wydaje się nie na czasie. Chodzi mi o rzetelne przygotowanie wszelkich pływadeł, jakich po zejściu lodów będziecie używać do połowów rybek. Nie, nie będzie to instrukcja jak je prawidłowo przygotować do sezonu. Nie znam się na tym, i jak dotąd polegałem w tym zakresie na doświadczeniu i wprawie ich właścicieli.
Miałem jednak kiedyś bardzo niemiłą przygodę i myślę, że jej opisanie będzie z pożytkiem i ku przestrodze dla posiadaczy i użytkowników łódek.

Otóż, w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, wraz ze swoim kumplem „od ryb” Bogdanem, znanym warszawskim architektem, postanowiliśmy „uczcić” święto 3 Maja rozpoczęciem sezonu szczupakowego na ukochanym jeziorze Nidzkim. Ponieważ w tamtym czasie, połowy rybek z łodzi na tym zbiorniku były dozwolone dopiero od czerwca, należało podjąć pewne starania aby uzyskać stosowne papierki. Udało się ! Pojawił się jednak problem z wynajęciem łodzi. Każdy z właścicieli pływadeł, z którymi mieliśmy telefoniczny kontakt, odmawiał, gdyż obawiał się w tym czasie spuścić je na wodę. Takie to były głupie czasy, jeszcze wtedy głębokiego PRL-u.

Pozostało nam więc wytargać z piwnicy żółtą mini łódeczkę Bogdana – było to coś przerobione na potrzeby wędkarskie, bodajże z żaglóweczki Optymist. Małe toto, ale ponoć super bezpieczne, gdyż posiadało boczne komory wypełnione powietrzem, lekkie i stabilne. Załadowaliśmy więc maleństwo na dach ówczesnego cudu techniki – Wartburga, i po kilku godzinach byliśmy w zaprzyjaźnionej gajówce nad Nidzkim. Pojechał z nami mój szwagier, który choć nie wędkuje, bardzo chętnie często towarzyszył nam w wyprawach. Był bardzo pożyteczny – kucharzył i pomagał w wielu innych czynnościach. Jednak nader wszystko cenił sobie podglądanie życia ptactwa i leśnej zwierzyny. Naprawdę był w tym dobry. Ale ad rem :

Po krótkim powitaniu z gospodarzami i wrzuceniu czegoś na ruszt, postanowiliśmy sprawdzić, czy na znanych nam podwodnych górkach już gryzą zębate. Wiadomo, ciągnie wilka do lasu.
Z leśniczówki do jeziora było ok. 3 km. Szwagier usiadł za kierownicę, dojechaliśmy, zrzuciliśmy na wodę łupinkę, załadowaliśmy do niej torby z majdanem, dokręciliśmy „liodocznyj motor”, ( tak się nazywał radziecki silnik elektryczny do łodzi ) i hajda na wodę.
Szwagier został aby odprowadzić auto i połazić po lesie.

Pogoda była z tych, o której nazewnictwo ma pretensję Polski Związek Kynologiczny. Zimno, siąpiło i wiało, co raczej zachęcało do biesiady przy ciepłym piecu, niż do pałętania się po jeziorze.
Ponieważ już wtedy byliśmy mocno zarażeni znaną Wam wędkarską chorobą – wypłynęliśmy.

Do pierwszej górki mieliśmy ok. 300- 400 m. Typowe postępowanie - kotwica w dół, zbrojenie kijaszków, wybór przynęty... Już po kilku rzutach Bogdan zapiął na wahadełko fajnego szczupłego. Nie był to wielkolud, ale przyzwoity zębuś w granicach 3,5 kg. Po kilku minutach na moim kijku zameldował się połowę mniejszy. Są !!! Gryzą !!! Już się cieszymy !
Po łbach lecą pociągi ze szczupakami spodziewanymi w następnych dniach... W takim razie trzeba sprawdzić następną górkę.
Ta była ok. 900-1000 m od brzegu. Zakotwiczyliśmy na stoku na ok. 3.5 m z zamiarem rzucania na o metr płytszy jej szczyt. Po kilku rzutach poprosiłem Bogdana, aby ustawił pupsko bardziej po środku ławeczki... łódeczka bowiem przechylała się na prawą burtę... Za chwilę ponowiłem prośbę, mimo, że na wcześniejszą zareagował jak trzeba... Łódka nadal się przechylała... No i nagle fiknęła kozła..!
Zrobiła to dosyć szybko i agresywnie, nie dając nam szans na reakcję.
Wylądowaliśmy w wodzie w pełnym rynsztunku.
Płaszcze przeciwdeszczowe, kurtki, kalosze, ciepłe swetry itd. nie ułatwiały utrzymania się na powierzchni. Oczywiście, jako doświadczeni wodniacy, trzymając się wywróconej do góry dnem łódeczki podjęliśmy kilka prób jej postawienia. Za każdym razem sama wracała do chyba tego dnia jej ulubionej pozycji – lekko skosem do góry dnem !
Histerii nie było – ot, jakaś kolejna wędkarska przygoda. To, że nie miła... Trudno...
Gdy oddechy wróciły do normy i trzeba było szybko zacząć coś działać, postanowiliśmy trzymając się rantów i korzystając z jako takiej pływalności skorupy płynąć do najbliższego brzegu. Bagatelka, około jednego kilometra. Do tego w tych strojach, przy pofalowanej i spienionej wodzie o temperaturze ok. 5-6 stopni...
Machamy nóżętami, machamy... pomagamy wolnymi rękoma... dwoimy się, troimy... a brzeg jakoś się nie zbliżał. Solidnie już zmęczeni, zdesperowani i chyba już nieco wystraszeni udajemy, że myślimy... Wreszcie oziębiony rozum zadziałał ! No tak ! Przecież k....a stoimy na kotwicy !!!
Trzeba odciąć linkę !!!
Ale czym ? Noże moczą się w zatopionych torbach ... Próbujemy odwiązać... Ale jak to zrobić jedną ręką, i do tego po wodą..? Oj trudne to ...trudne, a w zasadzie niemożliwe... Może gdyby linka była gruba ..?

W pewnym momencie obok nas wyskoczyła z wody butelka. Duża flacha z bimbrem. Nie była pełna, więc powietrze w niej zawarte wykonało swoją fizyczną powinność. Uwolniła się z jednej z niezapiętych toreb.
Bodzio wtedy krzyknął - Zbyniek ! - Jesteśmy uratowani... !
Taka groźna sytuacja, a temu przyszła chęć na kielicha...
Odpowiedziałem - K....a, wypieprz to...
Wypieprzył !
I to był błąd. Przecież można było rozbić flaszkę o burtę i uzyskanym kawałkiem szkła odciąć kotwicę, a potem trzymając się łódki w dryfie dopłynąć do brzegu. Tkwiliśmy więc w wodzie o temperaturze 5-6 stopni C. trzymając się przewróconej łajby bez możliwości przemieszczania. Ja od strony rufy, Bodzio od dzioba. Wyleźć się na nią nie dało, gdyż od razu tonęła. Tkwiliśmy, tkwiliśmy, tkwiliśmy...

Po około godzinie nas wyciągnięto. Już nieprzytomnych, ale zgrabiałe łapska z kurczowo wbitymi w rant paluchami utrzymywały nas na powierzchni. Dziwne, cud, niewiarygodne ? Ale tak było !

Wypatrzył nas mój szwagier, który przyszedł nad jezioro z lornetką. Dojrzawszy w oddali coś żółtego na wodzie i dwa małe ciemniejsze punkty obok, od razu się domyślił co się stało. Pobiegł do odległej o 1 km wsi i przy pomocy dwóch kilkunastoletnich chłopców zwodowali jakąś leżącą na brzegu łódkę, wyrwali z niej dwie ławki, którymi wiosłując dotarli do nas po około 25 minutach. Wytargali nas z wody i dowieźli do najbliższej bindugi. Wezwali pogotowie.
.
Ocknąłem się przy ognisku, przy którym leżąc prawie na golasa oczekiwaliśmy na przyjazd wezwanej z Pisza karetki. Ponoć nie bardzo zdawałem sobie sprawę gdzie jestem, co się stało, nie rozpoznawałem ludzi, niektórym ubliżałem...
To, co najbardziej pamiętam po wywrotce będąc jeszcze w wodzie, to sinoczerwona twarz „czule” obejmującego dziób odwróconej łódeczki Bogdana, którą „zdobiły” wielkie granatowe obwódki wokół oczu.
Ja, jako znacznie szczuplejszy musiałem wyglądać jeszcze bardziej upiornie. Pamiętam też, jak uporczywie nie dałem się oderwać od ciepła ogniska.

A potem... no cóż. Szpital, zastrzyki, kroplówki, krótka obserwacja i już następnego poranka wypuszczono nas do domu. Przez kilka dni pochłanialiśmy niesamowite ilości herbaty z cytryną, czosnku i wędzonej słoniny. Trudno w to uwierzyć, ale nawet nie mieliśmy kataru. Jedyną konsekwencją było potworne osłabienie i stwierdzenie, że to, co facet ma w okolicach połączenia ud, przybrało wprost karykaturalne wymiary. Żeby zrobić siku, należało tego dobrze poszukać wśród kępy włosów. Bardzo się obawiałem reakcji żony po powrocie do domu. Na szczęście po około tygodniu wszystko wróciło do normy i mogłem sikać już normalnie, czyli na stojąco, bez grzebania... Żona także nie zgłaszała reklamacji.

Na dnie jeziora pozostały nasze torby z kołowrotkami i wieloma innymi spinningowymi drobiazgami, a w zasadzie skarbami. Do dzisiaj „użyźnia” je lodocznyj mator, akumulator, kijaszki i pudła z woblerami, wahadłami i obrotówkami. Uratowała się tylko jedna wahadłówka, która wbita w moją skarpetę została wyłowiona wraz ze mną. Jak to się stało ? Nijak nie potrafię tego wyjaśnić. Mam ją do dzisiaj i zapewne nigdy nie zapnę jej na agrafkę.
Te straty były bolesne, ponieważ w tamtych czasach trudno było o kręciołki, kijaszki, błystki i woblery.

Natomiast trefną łódeczkę przywieźliśmy niebawem do leśniczówki i oparliśmy o ścianę budynku. Przez kilka kilka dni powoli ciurkała z niej woda z niewidocznej gołym okiem około 30 cm szpary, znajdującej się na styku burty i płaszczyzny dna.
To właśnie ta usterka była przyczyną naszej wywrotki. Ciężar naszych cielsk i wędkarskich maneli spowodował, że pod zwiększonym ciśnieniem woda dostała się przez tę szparę do jednej z komór wypornościowych łódki. Straciła więc z czasem stabilność i .... reszta powyżej.
Jak doszło do powstania tej szczeliny ? Nie wiem.
Wiem natomiast, że po wyciągnięciu łódki z wody, jako sprawnej, ( około 10 lat wcześniej ), leżakowała w piwnicy Bogdana w jednym z budynków na warszawskim Ursynowie. Może pęknięcie wystąpiło podczas transportu ? wodowania ? nieodpowiedniego przechowywania..? .

Po tej mokrej i zimnej przygodzie wiem też, i jestem do tego przekonany, że czas poświęcony na rzetelne sprawdzenie wszelkich pływadeł nie powinien być i nie jest stracony.
Przy okazji : radzę zakładać na łódkę kalosze dwa lub trzy numery za duże. Wierzcie mi, zdjąć dopasowane gumiaki w zimnej wodzie jest prawie niemożliwe. No i nóż. Ten zawsze powinien być dostępny pod ręką !

Ta historia skończyła się przypadkiem szczęśliwie. Mogło jednak być całkiem inaczej.
Dlatego apeluję do wszystkich Koleżanek i Kolegów. Sprawdzajcie sumiennie sprzęt, od którego może zależeć Wasze życie. Szczególnie na wiosnę !!! Niech szczęście sprzyja Wam w kategoriach wędkarskich, miłosnych, życiowych a także w lotto. Ale nie liczcie na nie w sprawach bezpieczeństwa.!!!
Poświęćcie temu tę zimową przerwę ! Naprawdę warto !

PS. Bogdan od kilku lat nie żyje. Jestem pewien, że i ON by tego chciał.
Ponieważ nie dysponuję fotkami nieszczęsnego żółtego pływadła dołączam inne. Wiem, że te łódeczki są starannie konserwowane, o czym świadczą zadowolone miny ich użytkowników.
Dzięki kol. Chudemu za fotki.
Zbig28














Opinie (8)

arturartur

Opowiadanie  na  *****  .   Ja  właśnie  dorabiam  to  co  brakowało  w  czasie  użytkowania  w  sezonie  .  Życzę  grubego  lodu  na  wyprawach  zimowych  .  Pozdrawiam  . [2010-12-14 09:09]

kopciu

MIELIŚCIE SPORO SZCZĘŚCIA KTOŚ NAD WAMI CZUWAŁ .W TAMTYM ROKU NA JESIEŃ WYPŁYNEŁO TRZECH GOŚCI NA;STYNCE ;NIESTETY PO WYWROTCE NAJSTARSZY Z NICH ŁAPIE RYBY JUŻ Z ANIOŁKAMI,TAMTYCH DWÓCH SIĘ URATOWAŁO  NIE STETY  Z WODĄ NIEMA ŻARTÓW POZDRAWIAM [2010-12-14 09:51]

mars28

Historia mrożąca /dosłownie/krew w żyłach.Jest co wspominać.

Zabrakło informacji o sprawdzeniu wioseł.Jesienią,na wielkim jeziorze złapał mnie z kolegą sztorm.Nie do końca sprawne wiosło nie wytrzymało !To była jazda !

Powyciągaj więcej wspomnień,czyta się fajnie

Pozdrawiam

[2010-12-14 12:47]

kostekmar

Faktycznie niezła jazda. Historia mrożąca krew w żyłach. Mieliście dużo szczęścia, że wszystko dobrze się skończyło. Zostawiam 5***** i pozdrawiam.

[2010-12-14 12:57]

bercik1965

jak widac brać wędkarska zimowa porą zabija czas pisaniem na forum więc jednak nie wszyscy chodza na lód a tym bardziej o tej porze kiedy jest jeszcze kruchy i niepewny jak ta mała łódeczka ale szczęście was nie ominęło w czasie tej przygody a szwagier jaki kompan [2010-12-14 16:49]

blutu

Mieliście bardzo dużo szczęścia. Opowiadanie na piątkę. Serdecznie pozdrawiam i życzę wszystkiego najlepszego z okazji nadchodzących Świąt. [2010-12-15 11:03]

jurek

Fajnie jest poczytać ciekawą historię , która niestety była bardzo niebezpieczna , ale Zbyszku , może inni wędkarze przeczytawszy to opowiadanie wezmą sobie do myślenia z sprzętem pływającym , ale jak zawsze Polak rozumnie , jak się sparzy . Zbyszku też podzielam Twoje zdanie , że Kolega Bogdan , też by tego chciał . On teraz spogląda na swych bliskich i wie że zawsze będziesz Go pamiętał  . Pozdrawiam serdecznie --Jurek . [2010-12-15 12:26]

użytkownik

5 [2013-05-12 16:16]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Burza nad morzem

Siedząc w domu na kanapie poddałem się nastrojowi chwili i postanowiłem…