Zaloguj się do konta

I znowu nic

Dwa tygodnie bez wędek w rękach to stanowczo za dużo, w ostatni weekend majowy jedziemy, postanowione! Jeszcze tylko musimy znaleźć odpowiedź na pytanie gdzie? Tym razem wybór padł na jezioro Oblin. My co prawda jeszcze tam nie łapaliśmy ale jeden z kolegów polecił mi świetne miejscówki nad tym jeziorem. Oczywiście plany w pełni profesjonalne, tzn. wydruk z zumi.pl, kumpel zaznaczył miejsca, jaka woda wtym głebokości, jakie ryby, nic tylko jechać. Wisła w tym roku nas nie rozpieszcza, wysoka woda, nasze ulubione miejscówki zalane. Trzeba szukać innych łowisk. Wszystko już prawie zapięte na ostatni guzik, wyjazd w sobotę zaraz po południu. Dopinamy z kumplem ostatnie szczegóły, twarz mi się już cieszy na wyjazd i nagle czuję lekki niepokój. Cholera a czy ja przypadkiem w sobotę nie uczestniczę w uroczystości bierzmowania mojego chrześniaka? Szybki sms do jego rodzicielki i …………… a jakże, msza w sobotę o 16:00, zrobiło mi się ciepło, plany poszły w ……… Kurde te ryby to już uzależnienie, zamiast cieszyć się z przyjmowania sakrametów przez młodego, to pierwsza myśl jaka przychodzi do głowy to: jak wyjedziemy dopiero wieczorem to wszystkie miejscówki będą już zajęte. Ładny chrzestny nie ma co. Wyjazd przekładamy do czasu aż opuszczę świątynię.


Nadeszła sobota, od rana chodzę jak zaprogramowany. Wędki naszykowane, skrzynka uzupełniona, wypad na nockę więc i latarki, dodatkowe baterie, przynęty , jedzonko kupione, ciepłe bluzy na wypadek chłodnej nocy spakowane, itd., nic tylko pakować do auta. Około południa idę do sąsiadów z propozycją rozpoczęcia pakowania. Na miejscu okazuje się że jest tylko nasz młody i piękniejsza połowa sąsiada (znaczy się żona jego prywatna – osobista). On pojechał kupić spodnie. A trzeba Wam wiedzieć że na ten rok zaplanowaliśmy sobie zakupy odzieży dedykowanej na ryby, praktycznej, ciepłej. Miał chłop szczęście, w dobrych pieniądzach trafił mu się komplet US Army, dla jakichś tam komandosów czy jakoś tak. Po kilku dniach komplet przyjechał, kurtka super z bardzo ciepła podpinką, która może być również noszona jako kamizelka, ogólnie klękajcie narody. Wszystko byłoby cacy gdyby nie spodnie wielkości pokrowca na wersalkę. Następnego dnia zostały odesłane z prośbą wymiany na mniejszy rozmiar. Gość jest: najlepszym, mężem, ojcem, kumplem, normalnie ,,prawie’’ ideał. Tyle że można powiedzieć o nim jeszcze jedno wielki to on nie jest (choć wagowo mnie goni), rozmiar ,,M’’ czyli gość nie jest wzrostu dorosłego człowieka (to żarcik taki). Siedzę sobie, piję kawę z jego małżonką, wchodzi sąsiad ze spodniami, nawet fajne, cena dobra. Pytam czemu kupił następne przecież wiem że wymienione spodnie już przyszły, już nic nie tłumaczył przyniósł te wymienione, rozmiar ,,S’’. Pierwsze co przyciąga uwagę to wspaniała kolorystyka i krój, a następne to ich rozmiar. Ja noszę XL lub XXL ale te jego eski były chyba nawet na mnie za duże. Niestety kolejne ich odsyłanie spowoduje że koszt znacząco wzrośnie i chyba taniej byłoby kupić całe zapasy ZN z jakieś rozwiązywanej jednostki wojskowej, dlatego pojechał kupić następne. Co do tych, jest plan żeby je oddać do krawcowej i niech ona zdecyduje czy przerobi je na mniejsze czy może materiału starczy na namiot 3 osobowy z tropikiem (też by się przydał). 


Wracam do wyprawy. Pakowanie uchwalone, wróciłem do domu zapakowałem swój dobytek a samochód zabrał sąsiad do siebie zapakować swoje manele, dochodziła godzina 14. Już spokojny udałem się na godzinę 16:00 do kościoła na uroczystość chrześniaka. Msza trwała do 17:40, jak tylko wyszedłem z kościoła wysłałem zaraz sms’a że już wracam (drogi max 10min). Po powrocie szybko wskoczyłem w moje rybne ciuchy, wyciągnąłem z lodówki jedzonko, chłodny browar i w drogę. Przed wyjazdem przepytałem kolegów czy wszystko zabrali (powiedzmy że przed każdym wyjazdem zastanawiam się czego zapomnieli tym razem) potwierdzili ze oczywiście tak. Na Oblinie byliśmy po około 30 minutach i tu zonk..., ostatnią miejscówkę zajmował właśnie jakiś gość który przyjechał pewnie kilka lub kilkanaście minut przed nami. Pokręciliśmy się trochę po brzegu, jeden z wędkarzy powiedział nam że dużej ryby to z tej wody się nie wyciągnie. Ciekawe co wobec tego robi tam tylu wędkarzy?, nie uwierzę że to amatorzy drobnicy. Szybka narada i decyzja, ruszamy na Podzamcze. Niedługo potem dojeżdżamy do nowego łowiska aż tu nagle w sąsiada jakby demon wstąpił, niestety nie mogę przytoczyć tego co mówił. Okazało się że zapomniał swojej nowej, wypasionej, kosmicznej kurtki US Army (później okazało się że nie zabrali również latarek i kubków). No dobrze, koniec podróży, szybki rozładunek auta i łapać, łapać i jeszcze raz łapać. Dość szybko uporaliśmy się ze sprzętem tak więc po chwili spławiki kołysały się dostojnie na wodzie a koszyczki zalegały na dnie. A woda,……. aż zapierało dech w piersiach, cicho spokojnie żadnej zmarszczki na wodzie i do tego jeszcze cudowna gra światła zachodzącego słońca. A nad wodą my w ciszy sączący browarek (młody oranżadkę), aż chce się żyć. 

Ludzi od groma, wędkarz na wędkarzu i nie przyjechaliśmy jako ostatni choć było już po 20. Na lewo od nas ryby spławiały się jak oszalałe ale na kijach spokój i to nie tylko u nas. Zasięgneliśmy języka, niewiele (prawie nikt) osób mogło pochwalić się jakimikolwiek wynikami, siedząca obok nas kobitka wyciągnęła dwa liny na kukurydzę ale nawet nie dotarła do nas informacja o ich wymiarach. No dobra czekamy na branie życia. Zrobiło się ciemno na kijach wylądowały świetliki, spławiki poszły w odstawkę do rana. Ogólnie błogostan, jedyny minus to te milczące dzwonki. W tak zwanym międzyczasie rozpaliliśmy grilla wchłonęliśmy kolację, czekamy sącząc to kawę to browarek. Na wodzie cisza jak makiem zasiał, oczami wyobraźni widzę jedynie te rekordowe sztuki jakie za chwile zaczniemy wyciągać. Ale one te głupie ryby nie chcą współpracować, normalnie kurde żenada. Około 11:30 zerwał się wiatr. Co ja piszę ,,wiatr’’ to kurde wichura raczej. Normalnie miałem wrażenie że podmuchy przesuwają mnie razem z krzesełkiem. Nasz młody zamknął się pod parasolem (ścianki chroniły przed podmuchami wiatru), Sąsiad owinął się kocem i centralnie przyjmował na klatę cała siłę wiatru, nad ranem przechodzący wędkarze pytali co to za mumia. Tak się skubany owinął że zacząłem się zastanawiać czy ma czym oddychać, a że się nie ruszał to podszedłem sprawdzić czy się nie udusił. Podszedłem, kopnąłem go w miejsce gdzie miałem przeświadczenie graniczące z pewnością że nie znajduje się jego głowa, poruszył się. Dobra żyje, odetchnąłem. Nad ranem chłód i to cholerne wiatrzysko wygoniło moich kompanów do samochodu, sąsiad bez kurtki i tak długo wytrzymał. Tylko ja głupi grałem twardziela. 


Zaczęło świtać, wiatr nie ustawał. Nie był to niestety jeden z tych wschodów słońca które zapierają dech w piersiach. Tym razem po prostu zrobiło się widno. Postanowiłem zmienić miejscówkę, usiadłem tam gdzie wczoraj brały liny. Grunt wylądował dokładnie w miejscu o którym wcześniej pisałem że widać spławiające się ryby. Spławikiem natomiast obrzucałem łowisko na wprost. Kombinacje przynęt: białe, czerwone, kukurydza, groch, kanapki, różny grunt, nęcenie, nic , dosłownie nic, to nie dawało. Koledzy Również kombinowali w innych miejscówkach, efekt dokładnie taki sam. Halny jak wiał tak wieje, normalnie podpórki z ziemi prawie wyciągał. Po minach kumpli widzę że mają już lekko dość tej pogody, pocieszam ich wymyślając coraz to nowe terminy początku brań. Niestety nie tym razem. Od zjeżdżających wędkarzy dowiedzieliśmy się że Karpiarze którzy łódką wywozili zestawy pod wyspę, wyjęli amura 14kg i karpia 3kg. Nam niestety pozostało odłożyć świętowanie sukcesów do następnego wypadu.

Połamania

Opinie (5)

Zielan

I tak bywa, znam to z autopsji ale i tak człowiek się nie zraża i ponownie wraca. Relacja znakomita. [2014-06-17 20:19]

użytkownik

Naprawdę świetny artykuł, pełen humoru mimo wielu problemów zarówno przed wyprawą jak i podczas niej. Nie wspominając o tych wrednych rybach ;-) Ale najlepsze teksty: " Podszedłem, kopnąłem go w miejsce gdzie miałem przeświadczenie graniczące z pewnością że nie znajduje się jego głowa, poruszył się. Dobra żyje, odetchnąłem." i "...rozmiar ,,M’’ czyli gość nie jest wzrostu dorosłego człowieka". Dla mnie bomba:))) Oczywiście leci 5*****. Pozdro a następnym razem będą ryby. Albo i nie ;-) [2014-06-17 22:30]

marciin 2424

Świetnie humorystycznie opisana zasiadka czytało się super, szkoda tylko ,że rybki nie dopisały, ale jak to mówią następnym razem będzie lepiej i tego Koledze życzę . pozdrawiam i oczywiście ***** :) [2014-06-18 18:06]

rysiek38

Taką porażkę to jeszcze da się przełknąć - przynajmniej połowiliście i pogrillowali , a pomyśl; kolego iak się czułem gdy wypad planowany od roku wreszcie jest możliwy i tłukąc się koleją autobusem,pks-em docierasz po paru godzinach do celu a tam tabliczka "zbiornik zamknięty" [2014-06-30 16:33]

sjunge

Najważniejsze że humor po takim wypadzie dopisuje,co można odnieść po artykule :) I "mumia" dotarła do domu cała i zdrowa ... nic tylko szykować się na kolejny wypad.Połamania Panowie:) [2014-06-30 18:12]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Metoda na zandery

Metoda na zandery Dziś wyjątkowo napiszę o moich ostatnich doświad…