Jankowe Łowy Zyzdrojowe 2014

/ 5 komentarzy

Kolejna relacja autorstwa Janka Gąsienicy Samka, tym razem znad urokliwego jeziora Zyzdrój na którym w dniach 07-08.06.2014r rozegrane zostały zawody w dyscyplinie spinningowej i spławikowej. Obydwie części naszej kołowej imprezy wyjazdowej tradycyjnie przedzielone były ucztą z pieczonym prosiakiem w roli głównej. Ale o tym poczytajcie sami....

Zaraz po majowych spinningowych mistrzostwach koła, pojawiło się ogłoszenie o wyjeździe na Mazury. Po krótkich rodzinnych negocjacjach, mam zgodę na wyjazd. Proszę żonę o zapisanie mnie w naszym wędkarskim sklepiku przy ulicy Kazury. Michał wpisuje moje nazwisko na listę uczestników. Teraz tylko mogę sprawdzać prognozy pogody, czy będzie z aurą, choć trochę lepiej niż rok temu. Wtedy przez deszcz dojechaliśmy do ośrodka w środku nocy, a szukanie po omacku domków w ulewie było przygodą samą w sobie, którą wspomina się przez lata. Ale tym razem prognozy zapowiadają się łaskawie. Co prawda jeszcze na piątek zapowiadają przelotne deszcze, ale potem to ma być już prawie lato, czyli słońce i ciepło. Dla wędkarza przyjemnie, dla efektów łowienia może trochę mniej.

Już na tydzień przed końcem zapisów w artykule zapraszającym na wyjazd na stronie Koła, pojawia się czerwony napis – lista uczestników zamknięta. Jak się potem dowiedziałem, początkowo udało się zarezerwować 22 łodzie, czyli tylko 44 osoby mogły być na liście startowej. Potem zadeklarowały się dwie osady ze swoimi pontonami, a właściciel ośrodka dołożył dalsze dwie łódki. Efekt lista uczestników zawodów mogła ulec rozszerzeniu do 52 nazwisk.

U mnie w pracy pod koniec tygodnia zaplanowano przeprowadzkę firmy do nowego budynku. W efekcie, w czwartek po spakowaniu i przekazaniu swoich mebli i szpargałów firmie odpowiedzialnej za przeprowadzkę, jestem wolny i w piątek nie muszę jechać do pracy. Mogę spokojnie pójść do sklepu wędkarskiego i zrobić zakupy ostatnich potrzebnych akcesoriów na wyjazd oraz zanęt i przynęt. W sklepie było już czuć atmosferę wyjazdu. Obok Michała (za ladą) spotykam duża grupę znajomych kupujących i dyskutujących o wyjeździe. Michał tym razem nie jedzie razem z nami autokarem, bo musi mieć otwarty swój sklep i dbać o innych klientów-kolegów wędkarzy. Ma dojechać samochodem, wieczorem bezpośrednio do ośrodka. Po zakupach i rozmowie, żegnam towarzystwo i do zobaczenia w autokarze lub w ośrodku. 

Ramowy program zawodów sprawdzony na poprzednich wiosennych wyjazdach, nie ulega zmianie. W sobotę od godziny 6-tej siedmiogodzinne zawody spinningowe, a w niedzielę od 7-tej sześciogodzinne zawody spławikowe. W sobotę wieczorem zaplanowane jest wspólne spotkanie przy pieczonym prosiaku.

W domu zjadam spokojnie obiad, zapinam plecak i na godzinę 15-tą z żoną jadę na miejsce zbiórki pod hipermarketem Leclerc. Gdy przyjeżdżamy na parking już czeka nas autokar. Zabieram swoje plecaki i pakuję do otwartego luku bagażowego. Potem witam się już z obecnymi uczestnikami wyjazdu. Większość stanowią koledzy, których mogę nazwać rutyniarzami. Ale są też i nowe twarze, które poznać po tym, że rozglądają się po obecnych z pewną nutką ciekawości. W ich oczach czai się pytanie jak będzie na wyjeździe i jak wypadnę na zawodach? Po powitaniu przychodzi czas na pożegnanie. Żegnam żonę. Musi wracać do domu zająć się resztą rodziny.

Wybieram miejsce w przedniej części autobusu. Tym razem mamy autokar marki renault, który charakteryzuje się dużym zagęszczeniem foteli. Dla niektórych był to pewien problem, bo miejsca na wyciągnięcie nóg było niewiele. Jest też nowy kierowca. Jedzie z nami pierwszy raz i jak się okazuje nie jest wędkarzem. Witam się z naszym zaprzyjaźnionym sędzią Jurkiem. Koło autokaru zauważyłem stojący rower, i już się lekko zdziwiłem, że ktoś zabiera rower, i to nie wodny, na dwudniowy wyjazd. Ale po chwili widzę, wśród rozmawiających Marka. Ostatnio już się na takie dłuższe wyjazd się nie wybiera, ale przyjechał spotkać się ze znajomymi i porozmawiać o rybach. Witam się z nim (sąsiad) serdecznie. Mogę pochwalić się nowym sprzętem-zabytkiem, jaki ostatnio dostałem – kołowrotkiem z obracaną o 90o szpulą. Do rzucania obraca się go prostopadle do osi kija. Żyłka wysuwa się z niego jak w kołowrotku ze stała szpula. Potem do skręcania, obraca się kołowrotek o 90o i można nawijać jak na kołowrotku gruntowym. Marek dodaje, że problemem było to, że po kilkunastu rzutach żyłka skręcała się. Było to spowodowane tym, że inaczej rozwijała się przy wyrzucie, a inaczej zwijała przy nawijaniu. Stąd kolejnym krokiem rozwojowym konstrukcji kołowrotków rzutowych, były kołowrotki o stałe szpuli, gdzie problem skręcania się żyłki rozwiązywał mechanizm kabłąka do prowadzenia żyłki. Z tej pogawędki o sprzęcie i dawnych wyjazdach, wyrywa nas nadciągająca nad Ursynów ciężka chmura. Marek żegna towarzystwo i wskakuje na rower, aby zdążyć do domu przed deszczem. Darek wykonuje telefon do ostatnich nieobecnych jeszcze uczestników i za chwilę pada komenda do autokaru - jesteśmy wszyscy. Już w autokarze prezes odczytuje listę uczestników. Gdy daje znać, że ruszamy, o przednią szybę zaczyna dudnić wiosenny deszczyk, który po chwili zamienia się w ulewę.


Z Leclerca udajemy się w stronę Puławskiej i kierujemy się na obwodnicę Warszawy. Aż do Bemowa jedziemy pięknie, ale potem ze względu na roboty drogowe i piątkowe wyjazdy ze stolicy stoimy w korkach aż do Zegrza. Most nad Zalewem mijamy po 105 minut jazdy. Nie jest to dobry czas, ale też nie musimy się martwić z tego powodu. Jeżeli nie będzie zbyt częstych postojów w dalszym etapie podróży, to jest szansa, że przybędziemy do ośrodka Na Cyplu jeszcze za dnia. Po minięciu Zegrza autokar jedzie coraz szybciej. Mijamy kolejne miejscowości Serock (objazdem), Pułtusk, Różan. W autokarze jak zawsze bardziej zabawowy jest tył, a na przodzie więcej spokojniejszych rozmów. Pierwszy przystanek wypada w Ostrołęce, prawie zaraz po skręcie w kierunku Mazur.
Można rozprostować mięśnie i kości, zrobić potrzebne zakupy, odwiedzić ustronne miejsca, wypalić (jak kto musi) swojego ulubionego papierosa. W czasie rozmów przed autobusem wysłuchuję informacji o zwyczajach panujących w innych krajach związanych ze sprzedażą alkoholu. W Norwegii, aby kupić większą ilość wódki, trzeba się wylegitymować. Gdy na imprezę, jedna osoba zakupiła potrzebny zapas trunków, po pewnym czasie przyszedł do niej wolontariusz, dopytać się, czy przypadkiem nie ma problemu alkoholowego, bo może trzeba mu pomóc. Co kraj, to obyczaj.

Ruszamy dalej, prezes informuje o numerze domku. Tym razem będę dzielił domek z Geniem i jego synem Julianem. Tak się składa, że obaj siedzieli za mną w autokarze. Julian, młody mężczyzna, jest z nami pierwszy raz na wyjeździe. Po ruszeniu z Ostrołęki dalsza droga przebiega płynnie, mijamy Kadzidło, Myszyniec, Spychowo i parę minut po ósmej jesteśmy w na miejscu. Przy wyjściu z autokaru, Geniu podniósł swoja kamizelkę, tak niefortunnie, że wysypała się garść monet. Byłe tego ponad 30 złotych, więc trzeba się było schylić i z podłogi pozbierać rozsypany bilon. Trwało to chwilę, ale o konsekwencjach przekonaliśmy na drugi dzień. Na razie pobieramy klucze do domku, pościel i możemy rozpakowywać się w domku nr 47.

Domek składa się z pokoju gościnnego ze stołem i wersalką, sypialni z dwoma łózkami, oraz umywalni z umywalką z ciepła i zimną wodą, lustrem i czajnikiem bezprzewodowym. Jest też kilka plastikowych sztućców. Luksusów nie ma, ale na dwa dni domek zapewnia podstawowe potrzeby: spokój, wodę i spanie. A reszta jest na zewnątrz, piękny sosnowy las, duże jezioro z zielonkawą wodą, cisza przerywana śpiewem ptaków i czyste powietrze.
Korzystając z wczesnej pory idę nad jezioro popatrzeć na wodę. Tafla spokojna, z odbłyskami zachodzącego słońca. Jedyne, co niepokoi, to brak śladów spławiania się białej ryb, czy żerowania drapieżników. Spotykam Stacha, schodzące z wody. Przyjechał rano z bratem i swoim psiakiem. Gdy przyjechali to padało, potem się wypogodziło. Efekty całodziennego biczowania wody raczej mizerne, nie było szczupaków, a tylko kilka małych okonków. Zauważam, że w łódkach stoi woda, ale jak padało, to tak może być. Zaczyna się szarówka, czas wracać do domku. Trzeba coś jeszcze zjeść, pościelić łózka, przygotować sprzęt na jutro. Ale w ośrodku życie towarzyskie kwitnie, co chwila ktoś odwiedza nasz domek, jest jeszcze czas na rozmowy, śmiech. Tematy różne tak jak to wśród znajomych, którzy widują się dwa trzy razy do roku. Dowiaduję się o tym, że Genio, w przeszłości zaopatrywał kolegów w najłowniejsze woblery, własnej produkcji. Koledzy wspominają sukcesy na tym sprzęcie. Rozmawiamy też o wspólnych wyprawach z naszym nieobecnym mistrzem - Tomkiem. Jak się dowiaduję, jest aktualnie na zawodach grand prix Polski w wędkarstwie morskim (zdobył drugie miejsce). Walczy o kwalifikacje do kadry polskiej, i pewnie ma duże szanse po zdobyciu niedawno mistrzostwa Polski. Około północy rozsądek zwycięża i decydujemy się z Geniem wracać do domku. Sprawdzam plan zajęć na jutro. Odprawa o piątej rano, więc budzik nastawiam na czwartą. Trzeba będzie rano zrobić toaletę, odpowiednio się ubrać, coś zjeść i dokończyć przygotowanie sprzętu.

Słyszę wstającego Genia, ale choć na krótką chwilę chcę jeszcze dospać ostatnie minuty. Nie trwa to długo, budzik daje znać, że już pora. Gdy Geniu chce coś przygotować do jedzenia, okazuje się, że nie ma różowej siatki ze specjalnie kupionymi 18 bułeczkami. Na razie proponuję swój chleb do wspólnego korzystania. Czas biegnie szybko, ale o piątej całą trójką meldujemy się na odprawie. Kilka słów Darka. Potem Jurka, sędziego. Ktoś rzucił parę słów, aby podnieść z rana ciśnienie, ale grupa nie podejmuje tematu. Losujemy łódki. Po wylosowaniu podajemy do sędziego numer łódki, partnera, numer linki do ciężarka a od sędziego dostajemy kartę startową. Gdy nr łódki losuje Jurek, zgłasza sędziemu, że na razie nie ma pary. Sylwek, proponuje mnie abym dołączył do Jurka i tak zostajemy parą na dwudniowe zawody. Jurek mieszka w domku obok nas, razem ze braćmi Stachem i Mietkiem. Pierwsze moje pytanie do Jurka, to czy mamy silnik i echosondę. Odpowiedź jest przecząca. A więc startujemy jak za dawnych lat, opierając się na sile ramion i zdolności obserwacji wody.

Szukamy naszej łódki. Stoi daleko od centralnego portu. Po wybraniu wody, Jurek płynie do miejsca w pobliże naszych domków. Będziemy mieli krótszą drogę do noszenia rzeczy. Idziemy do domków po sprzęt. Pogoda zapowiada się rewelacyjnie, jest ciepło i wschodzi piękne słońce. Przed wypłynięciem obserwuję jak Geniu z Julianem walczą z silnikiem. Nie chce wystartować. Geniu dokręca śruby mocujące przewodu do akumulatora. W końcu silnik zaterkotał i mogą wypłynąć. Widzę, że kierują się w stronę drugiego jeziora (Zyzdrój Wielki). Łódki odbiją od brzegu i rozpływają się w różne strony. My w bojowych nastrojach odpływamy od brzegu o godzinie piątej pięćdziesiąt. Ja z przodu łódki, z ciężarkiem u stóp. Jurek na środku przy wiosłach. Ustalamy strategię na miejsca do opłynięcia. Zasada ogólna, staramy się łowić przy trzcinach, najpierw brzegiem w stronę tamy, potem na koniec zatoki po drugiej stronie. O szóstej rano słychać sygnał sędziego. Wolno rzucać. Potwierdza to moja komórka. Początkowo nie trzeba korzystać z kotwicy, bo ani wiatr ani prąd nie powodują przemieszczania się łódki. Ja zaczynam rzuty od okoniowego woblera w żółtym kolorze, z zielonym grzbietem oraz ciężkiej ciemnej obrotówki. Jurek zakłada gumę, a po chwili dołącza do swojego arsenału obrotówkę. Pracujemy systematycznie rzucając wydłuż pasa trzcin. Są miejsca, gdzie nasze przynęty toną w roślinności, ale też są i takie, że przynęty spokojnie przemierzają wodę. W końcu Jurek ma pierwszego okonia. Ma tylko 15 cm i ląduje do wody. Odpowiadam też okoniem, ale tylko 14 cm. Za chwilę mam drugiego okonia jeszcze mniejszego 12 cm.

W „meczu na łódce” obejmuje prowadzenie. Gdy przepływamy na drugą stronę kanału prowadzącego do śluzy, mam pobicie. Krótka walka i wyciągam szczupaczka 40 cm. Gdy pochylam się, aby go odpiąć, łapie mnie bolesny skurcz. Proszę Jurka i dobijamy do brzegu. Muszę chwilę rozprostować się, pochodzić, pooddychać. W tym czasie Jurek wypina rybę i daje jej wolność. Ryba początkowo nie może uwierzyć, ze jest wolna, ale w końcu odpływa na głęboką wodę. Po powrocie do łódki, muszę jeszcze wyplątać kotwice z podbieraka. Choć go nie musiałem używać, to przy odpinaniu ryba wplatała groty w siatkę. Płyniemy do zatoki. Rozmawiając ze spotkanymi innymi załogami, wiemy, że wynik na razie nie są imponujące. W zatoce Jurek wyciąga szczupaka 47 cm, niestety też jest za mały, bo dolny wymiar dla szczupaka na zawodach wynosi 50 cm. W rybach jest trzy dwa dla mnie. Po obrzuceniu zatoki, wracamy na drugi brzeg. W tym czasie wzmaga się wiatr i już czasami trzeba zarzuć kotwicę. Jurek do swoich przynęt dołącza srebrną wahadłówkę, ja gumę z niebieskim grzbietem. Potem próbuję zmienić obrotówkę na mniejszą w czerwonym kolorze. Już dochodzą do nas sygnały, że zostały złowione pierwsze wymiarowe szczupaki. Koło południa z przejeżdżającej łódki, pada hasło, „wieczorem będziemy musieli spalić czarownicę”. Długo zastanawiam się, co to oznacza, aż w końcu przychodzi bardziej precyzyjna informacja. Justyna ma szczupaka 68 cm. W takich warunkach braku intensywnego żerowania drapieżników to pewne pudło. A na dodatek w takich warunkach, taki wymiar ryby można było uzyskać tylko rzucając czary na wodę. Ale my, i bez magii, wierzymy, że mamy jeszcze dużo czasu i sił do rzucania i jest szansa na poprawienie naszych osiągnięć. Jurek wyciąga trzeciego okonia, znów 15 cm. W tym momencie Jurek ma też trzy ryby, ale większe od moich. Przepływamy koło naszego ośrodka. Płyniemy na drugą stronę cypla. Rzucamy, skręcamy, rzucamy skręcamy, czasami zmieniamy przynęty i znów rzucamy i skręcamy, potem kilka uderzeń wiosłami. Na nowym miejscu powtarzamy spektakl. Ryby tego jednak nie potrafią docenić. Już ostatnie minuty zawodów, widzę łódkę Genia i, jak na wiosłach pędzi w kierunku przystani. Siatka w wodzie świadczy o sukcesie załogi. Ale dlaczego tak pędzą na wiosłach, przecież rano wypłynęli na silniku. W końcu komórka daje kolejny sygnał - koniec zawodów. Mecz na łódce wygrał Jurek, ale w ogólnych zawodach niestety jesteśmy obaj z zerowym kontem. Wracamy do przystani. Zdaję pustą kartę startową. Umawiamy się z Jurkiem, że teraz chwilę odpoczywamy a wieczorem pojedziemy zanęcić miejsce na jutrzejsze zawody spławikowe. Rozmawiamy z kolegami o przygodach.

Tym razem mało jest miejsca na opowiadania o sukcesach, czy zerwanych wielkich rybach. No może poza „złowieniem Dzika”. W czasie wędkowania spotkali się na wodzie Piotrek z Darkiem. Po rozmowie, wydana została komenda odpływamy, ale Piotr coś się zagapił i nie puścił w porę drugiej łódki. Szarpnięcie spowodowało, że Piotr wylądował w wodzie. Na szczęście umie pływać. Po dopłynięciu do burty łódki, koledzy wyłowili jego klapki. Jedyną stratą, to zamoczony jego telefon. Ale podobno działa. Próba wejścia do łódki z wody nie powiodła się, więc Piotr zdecydował płyniemy do brzegu. 

Sędzia sprawdza, czy wszystkie załogi zdały karty. W końcu zaczynamy odliczać ostatnie sekundy, które były wyznaczone na spłynięcie. Jurek razem z Michałem ogłaszają koniec pracy sędziowskiej ekipy mierzącej ryby. Pomału wracam do domku. Jest gorąco, a ja jestem bardzo zmęczony.

Gdy już dotarłem do domu, przebieram się w lekkie ubranie i wychodzę na przechadzkę. Po drodze mijam biegnącą Justynę. Od Darka dowiaduję się, że pędziła do sędziego upewnić się, że nikt nie przypłynął z większą rybą. Już wszyscy wiemy, że tym razem jedyna kobieta wygrała z całym zastępem panów wędkarzy. Przy okazji kolejnego spotkania gratuluję jej pięknego sukcesu.

W domku dwugodzinna drzemka. Potem czas coś zjeść. Genio sprawdza telefonicznie, czy różowa siatka z bułeczkami została w domu, czy też może w samochodzie. Ale tam jej nie ma. W końcu dochodzi do wniosku, że jak wychodziliśmy z autobusu, to rozsypały mu się pieniądze. Wtedy zbierając je, musiał machinalnie odłożyć siatkę na dalsze siedzenie. I potem już o niej zapomniał. W takim razie siatka została w autokarze. Niestety nie mogliśmy znaleźć kierowcy. Do obiadu dzielimy się moim chlebem.


Po jedzeniu czas na sprawdzenie silnika. Genio, między innymi za moja namową sprawdza, czy w silniki nie nawinęła się żyłka pod śrubę. Po odkręceniu śruby, długo wydłubuje nawinięte kawałki starych plecionek i żyłek. Z opowiadania Juliana dowiaduję się szczegółów dzisiejszego ich wyjazdu. Po uruchomieniu silnika i wypłynięciu za cypel, silnik przestał pracować. Musieli płynąc na wiosłach. A zaplanowali łowienie na drugim jeziorze. Gdy Julian wyholował szczupaka (58,5 cm), to potem trzeba było szybko wracać do domy, aby zdążyć do miary, a droga powrotna na wiosłach była jak zawsze pod wiatr.

Po południu Jurek, korzystając z zaproszenia Stacha, wypływa (oczywiście z silnikiem) na szczupaki w upatrzone, murowane miejsce. Ja uzbrajam sprzęt w spławik i idę sprawdzić go na pomoście. Pogoda jest tak ładna, że wracam do domu, zabieram wędkę do łódki i płynę połowić w okolicy uzgodnionego stanowiska na jutrzejsze zawody. Przez trzy godziny wyciągam dziewięć sztuk płotek i krąpi, ale tylko trzy ostatnie miały wymagane piętnaście centymetrów. Wracam do domku. Jednak domek zamknięty. Dzwonię do Genia, są na wodzie i nęcą swoje wybrane miejsce. Musze chwilę na nich poczekać. W tym czasie wraca Jurek ze Stachem, też bez sukcesów. Jurek przygotowuje swoją zanętę, oraz organizuje rzeczy do zrobienia markera (pusta plastikowa butelka z nakrętką, plecionka robiąca za linkę, woreczek plastikowy i kilka kamieni, jako obciążnik). Przyjeżdżają Genio z Julianem i ja też mogę już przygotować zanętę.

Koło siódmej piętnaście wypływamy z Jurkiem łódką, tym razem ja jestem wiosłowym. Znajdujemy dobre miejsce, zasłonięte od wiatru, nie w pełnym słońcu, z trzymetrowym gruntem wolnym od zielska. Oznaczamy miejsce pływającym markerem (butelką), gdzie po obu stronach każdy z nas wysypuje swoje zanęty. Na brzegu ustalamy punkty orientacyjne, tak, aby jutro dobrze ustawić łódkę. Teraz szybko do brzegu, bo już słychać odgłosy rozpoczynającej się wieczornej imprezy. Dopływam, myję ręce, spojrzenie w lustro i mogę już iść. Na ganku, gdy zamykam domek, słyszę telefon. To Geniu dzwoni, sprawdzić gdzie jestem a przy okazji prosi, abym się pospieszył, bo spotkanie już w toku. Taki miły gest, że ktoś o mnie pamięta. Wpadam na imprezę pod strzechę w okrąg ogniska. Darek przy kiju nalewa złocisty napój. Słoniu z nożami, jak zawsze dostojnie kroi pieczonego prosiaka. Prosiak jest już mocno objedzony, ale wiem, że dostanę smakowity kęs. Proszę jeszcze o policzek, ale Słoniu wyjaśnia, że tym razem prosiak był duży, więc tylko była połówka i to bez głowy. Trudno nie ma najsmaczniejszego i najdelikatniejszego mięsa, ale za to tym razem upieczone mięso ma wyborny smak. Jest obtoczone w polewie z musztardy francuskiej (grube ziarna gorczycy). Mięso jest tak wyborne, że udaję się po dokładkę.


Po nasyceniu głodu, rozglądam się po towarzystwie. Jak na ponad 50 osób, które przyjechały z Warszawy, jest nas mniej na wspólnej kolacji, niż ostatnio na takich imprezach bywało. Darek wyjaśnia, że może dla niektórych słońce i ranne wstawanie nie służą późnemu biesiadowaniu. Jest też na moje odczucie mniej zabawowej atmosfery. Ale rozmowy toczą się w bardzo przyjemnej atmosferze. Z ust ”życzliwego” dowiaduję się jak to Justyna wygrała zawody – „Rzut jej nie wyszedł i przez przypadek trafiła tego szczupaka”. Ale ja uważam, że trzeba oddać sprawiedliwość i pogratulować Justynie pięknej ryby, wytrwałości w udziałach w zawodach i wspaniałego sukcesu pokonania 51 kolegów z koła. Zmieniam towarzystwo i temat rozmów. Tym razem rozprawiamy o codziennych problemach. Moimi rozmówcami są Sylwek, Darek i Wiesław, którzy pracujący wspólnie już kilka lat w jednej firmie. Lubią się przekomarzać, wspominać imprezy zakładowe, czasami także się lekko pokłócić. Oczywiście mówią także o swoich wędkarskich sukcesach. Sylwek, co chwila odchodzi od nas i z aparatem pstryka najciekawsze ujęcia z imprezy. Potem rozmowa z debiutantem o dzieciach i wakacjach na Krecie. W końcu słucham żalu, że żona nie chce go puszczać na te wyjazdy. Ten temat wzbudza zainteresowanie innych i krąg uczestników rozmowy rozszerza się. Koledzy zaraz dodają wiele dobrych rad. Jeden z nich zaprasza, przyjedź z żoną i dziećmi do nas na działkę. My skoczymy nad wodę z wędkami. Niech żony sobie w tym czasie porozmawiają, zaprzyjaźnią się, to wtedy częściej będziesz dostawał zgodę na takie wyjazdy. Ja w kontekście tej rozmowy, przypomina sobie fraszkę, autorstwa mojej żony (napisaną w czasie wspólnego pobytu nad stawem w Ossowie):

Rozterki żony wędkarza
Tak podświadomie czuję mocną więź
Z tym królewskim w siatce karpiem.
I choć usmażyć na obiad mam go chęć
(Bo po to Jasio ryby łapie)
To jednak myślę, że nas dwoje:
Jego na wędkę, mnie w więzy miłości
- Złapał nas Jasio oboje!!!
Czy jesteśmy o siebie zazdrośni?!

Czas iść spać, bo jutro kolejne zawody. Ale wokół ogniska impreza dla niektórych trwała prawie do bladego świtu.

Rano budzik nie daje pospać zbyt długo. Wstaję, toaleta, śniadanie, przygotowanie zanęty i mogę iść na odprawę. Kilka słów, Jurek pokazuje miejsce gdzie będzie czekał z wagą na nasze ryby. Wracamy do domku po sprzęt. Jurek już zdobył siatkę wypełnioną kamieniami, która ma nam służyć za drugą kotwicę. Ruszamy na nasze łowisko. Już z daleka widzimy pływającą naszą butelkę. Podpływamy ostrożnie i kotwiczy parę metrów od niej, ustawiając łódkę równolegle do brzegu. Spokojna woda wróży dobre połowy. Jurek przygotowuje swoją wędkę (bata) a ja rozciągam swoją teleskopową lekką wędkę. Jurek fachowo ustala za pomocą gruntomierza długość gruntu. Ja korzystając z tej wiedzy ustawiam swój stoper w podobnej pozycji. Rzucamy kule zanętowe, Jurek po lewej a ja prawej stronie naszego markera.

Rozglądam się wokół. Darek z Justyną pod drugim brzegiem zatoki, niedaleko nas na kanałku stoją dwie nasze łodzie. W stronę przystani widzę też kotwiczących zawodników. Słońce już dobrze grzeje, gdy komórka daje sygnał do rozpoczęcia zawodów. Zanim udało mnie się dobrze zarzucić swój zestaw, Jurek już wyciąga pierwszą ukleję. Po kwadransie łowienia mam też pierwsze sztuki uklejek. Jednak dorównać Jurkowi na pewno nie jestem w stanie. Zaczynam eksperymentować z przynętami, białe, czerwone, kukurydza. Nie przynosi to efektów. Jurek na swój haczyk dodaje ochotkę, ilość brań wyraźnie mu wzrasta, ale do siatki nie wpadają żadne ryby. W końcu jest ta pierwsza piętnastocentymetrowa. Niestety zaczyna wiać wiatr i nasza łódka zaczyna tracić swoją stabilną pozycję. Na dodatek przy jednym z rzutów mój zestaw ląduje blisko markera i haczyk złośliwie wbija się w linkę od markera. Urywam swój zestaw. Trzeba składać go od początku. Woda marszy się i powiewy wiatru spływające wzdłuż brzegu uderzają w naszą łódź. W końcu nasza prowizoryczna kotwica nie utrzymuje łodzi. Trzeba szybko zwinąć zestawy i złapać się za wiosła. W czasie manewrowania łódką, podpływamy pod marker i odczepiam swój urwany spławik. Kotwiczymy, w podobnej jak poprzednio pozycji, ale wiatr przybiera na sile, a ryby zdecydowanie odmawiają dalszego żerowania.

W końcu podejmujemy męską decyzję, trzeba zmienić pozycję, na bardziej zaciszne miejsce. Podnosimy kotwice, wyciągamy nasz marker (pływającą butelkę) i płyniemy na drugą stronę zatoki. Ustawiamy się w linii, jako trzecia łódź za łodzią Justyny i Darka. Miejsce ciekawe. Stoimy na spadku, gdzie grunt około 3,5 – 4 metry. Jednak na dole jest zielsko, co utrudnia właściwe podanie przynęty. W tym miejscu utrudnieniem jest też świecące słońce, tak że trzeba się smarować kremem, aby nie spalić skóry. Po jakimś czasie, koło nas cumuje kolejna łódka - Słonia. Im też specjalnie dzisiaj nie udaje się złowić ryb, a przecież ostatnio zajęli drugie i trzecie miejsce. Na łódce u Darka, też nie widać wielkich sukcesów. Za to koledzy na łódce obok, co pewien okres czas wyciągają miarowe ryby. Jurek już się złości, bo ta drobnica nie daje szans większej rybie. Ja decyduję, że muszę założyć kukurydzę i czekać, aby jakaś większa ryba skusi się na tę przynętę. Słoniu popłynął dalej szukać szczęścia, ale tym razem go nie znalazł. Darek podnosi kotwicę i płynie do przystani. Ostatnie minuty, Jurek dokłada do siatki swoją czwartą płotkę. Ja poza czterema uklejami (za małymi do wagi) wracam bez sukcesu. Moja komórka daje sygnał ostatni raz na tym wyjeździe. Koniec wędkowania. Spokojnie zwijamy wędki. Tym razem, ja siadam za wiosłami. Kierunek zatoczka cumownicza.

Po dopłynięciu do brzegu, wyjmujemy sprzęt z łódki. Jurek ze swoimi rybami idzie do sędziego. Ja mogę spokojnie posprzątać łódkę. Korzystając z okazji oglądam złowione ryby w siatkach u innych. Jest ładny około 1,5 kg leszcz. Jak się okazuje będzie to największa ryba zawodów. Okoń około 30 cm, trochę płotek, krąpi i leszczy. Idę do komisji sędziowskiej, zgłaszam Jurkowi swoje przypłynięcie bez ryb. Odnoszę kapoki, linki i klucze od łódki. Zmęczony wracam do domku. Tutaj dowiaduję się o wynikach współlokatorów. Geniu złowił leszcza prawie 0,5 kg oraz 4 płotki. Razem 700 gram. Julian trochę słabiej, 4 płotki o łącznej wadze 250 gram. Pół godziny odpoczywam wyciągnięty na łóżku. Potem ściągam pościel. I idę pod prysznic, ciepła woda powoli przywraca moje ciało do życia. Gdy wracam, Darek żartując pyta się, czy dobrze będę się czuł w autokarze, jeden wykąpany wśród prawdziwych wędkarzy. Za chwilę spotykam Jurka idącego z ręcznikiem pod prysznic. Pomyślałem śmiejąc się, że w autokarze, nie będę sam. Widocznie stara gwardia tak została wychowana i jak może to korzysta z mydła i wody.

Pakuję rzeczy, Genio z synem już zaczynają wywozić swoje rzeczy do autobusu. Geniu po powrocie tryumfalnie oznajmia, różowa siatka z 18-toma bułeczkami czekała na nas w autobusie. Teraz przez tydzień będzie w domu jadł bułeczki z wyprawy nad Zyzdrój. Wynoszę pierwszą część swoich rzeczy do autobusu i idę na chwile na pomost. Patrzę na piękne jezior, pokryte lekka falą. Łabędzie i kaczki pływają po wodzie. Na brzegu koło naszego ośrodka wysokie sosny kołyszą się a ich pnie błyskają żółtawą korą. Na drugim brzegu dominuje zieleń drzew liściastych. Spokój, upał, woda, ptaki, żal wracać do Warszawy. Już czas, biegnę do domku zabieram wędki i idę do autobusu. Darek zaprasza na podsumowanie zawodów. 

Spinning: 52 osoby na starcie, tylko 8 wróciło z wymiarowymi rybami, w tym 5 szczupaków. Mistrzynią została nasza jedynaczka wśród startujących Justyna. Zgarnia też puchar za największą rybę 68 cm szczupak. Julian zdobył puchar za trzecie miejsce. Drugi z ponad 60 cm szczupakiem Mariusz. 

Spławikowe: 48 osób z tego 30 z rybami, na podium trzeba było złowić prawie dwa kilogram ryb, wygrał debiutant Grzegorz (w naszych zawodach) wynikiem 2,5 kg oraz największą rybą zawodów leszczem 1,5 kg. Drugie miejsce Stachu a trzeci Jarek. Mój partner Jurek 30, a współlokatorzy Genio 14 a Julian 28.

Dyplomy, puchary, nagrody rozdane. Gratulacje złożone. Darek zaprasza na kolejne zawody, tym razem nad Zalew Zegrzyński. Ja tam się nie wybieram, bo w tym czasie, będę celebrował swój okrągły jubileusz. Idziemy do wspólnego pamiątkowego zdjęcia. Tym razem Sylwek, o dziwo, nie powtarza ujęcia. Dziękujemy sobie za wspólnie spędzony czas, za sportową rywalizację i za udany pobyt w uroczym miejscu. Dziękujemy organizatorom, za poświęcony czas na przygotowanie imprezy.

Autobus rusza i już na pierwszy zakręcie mamy kłopoty z panienką na rowerze, która chciała ruszyć przed nami, ale potem zrezygnował z jazdy i zeszła z roweru Patrząc na autokar, tak się ustawiała na skraju drogi, jakby chciała, aby autobus ją rozjechał, Jednak kierowcy udało się zachować panienkę i jej rower w nieuszkodzonym stanie i ruszyć dalej. Atmosfera w autobusie była wyjątkowo spokojna, i przez na wpół zamknięte powieki, przewijały się tylko tablice z nazwami mijanych miejscowości. Jestem świadkiem rozmowy Juliana z tatą Darka. Dialog dotyczy dzieci i wnuków, aż w końcu pada pytanie o wiek Juliana. Jego odpowiedź budzi niedowierzanie. Julian jednak potwierdza, że to jest prawda. W tym momencie, włączam się do rozmowy, bo podobne zaskoczenie już miałem wcześniej za sobą, gdy rozmawiałem z Geniem. Prawda jest taka, że Julian wygląda jak na swoje lata bardzo młodo. 

Pierwszy postój wypada koło Różana. W gorącym, mimo włączonej klimatyzacji autobusie, od dłuższego czasu myślę o dobrych lodach. Korzystam z okazji i lecę do sklepiku na stacji benzynowej, pochylam się nad ladą chłodniczą i wybieram duże lody magnum w ciemnej czekoladzie. Jurek, mój towarzysz z łódki, za moim przykładem, też decyduje się na lody. Chwila w kolejce do kasy i już możemy otwierać i spróbować. Tym razem lody są dokładnie takie, o jakich marzyłem. Zjadam je z duża przyjemnością. Tak, ten wyjazd zapamiętam ze względu na wyjątkowo dobrego pieczonego prosiaka i wspaniałe lody. Oczywiście ważne były chwile na łódce i w domku. Szkoda, że znów mazurskie ryby nie dostarczyły mi spodziewanej dawki adrenaliny.

Jedziemy dalej płynnie aż do Zegrza. Tutaj stajemy w korku i do Warszawy już się nie rozpędzimy. Mamy za to czas popatrzeć na kipiącą życiem wodę w Zalewie. Spławiająca się biała ryba. Ataki okoni na drobnicę. Szkoda, że oba jeziora Zyzdrój są tak przełowione sieciami. W końcu stolica, mostem północnym przeprawiamy się przez Wisłę i dalej przez centrum jedziemy na Ursynów. Przed Leclerciem jesteśmy kwadrans po dziewiątej. Wyciągamy swój sprzęt z autokaru. Uściski dłoni na pożegnanie, do następnego wyjazdu lub spotkania nad wodą.

Jan Gąsienica-Samek, 11.06.2014 r.

GALERIA FOTOGRAFII Z WYJAZDU NAD JEZIORO ZYZDRÓJ

 


5
Oceń
(20 głosów)

 

Jankowe Łowy Zyzdrojowe 2014 - opinie i komentarze

użytkownik65213użytkownik65213
0
Bardzo fajny i dość szczegółowy opis Waszej Zyzdrojowej wyprawy. Uwielbiam tam jeździć więc będę również i w tym sezonie. My( tj. Koło Sum 54 Wyszogród) startujemy tam w ostatni weekend czerwca i mam nadzieję że będzie to równie udany wypadzik. A pieczonego prosiaczka zazdroszczę. ***** Pozdrawiam!!!! (2014-06-17 11:09)
MijaMija
0
Zaraz doczytam całość ale początek mnie rozwalił: Proszę żonę o zapisanie mnie w naszym wędkarskim sklepiku przy ulicy Kazury. Michał wpisuje moje nazwisko na listę uczestników." Żona kolegi to Michał???? (2014-06-17 17:00)
Sebastian KowalczykSebastian Kowalczyk
0
Parada równości niedawno była, nie ma co się czepiać. :D (2014-06-18 09:22)
MijaMija
0
się nie czepiam - się dziwię ;) (2014-06-18 10:43)
StachuStachu
0
Piękny, wciągający i bardzo szczegółowy opis wyprawy. Dzięki Jasiu i do zobaczenia na kolejnym wypadzie. Gratulacje dla zwycięzców, a szczególne dla Justyny! Podziękowania dla organizatorów, sponsorów, Jurka i wszystkich uczestników za stworzony klimat. Niepowtarzalny! Już odliczam czas do kolejnej wyprawy. (2014-06-20 23:59)

skomentuj ten artykuł

 





Sklep wedkuje.pl

Carp Spirit Magnum XLR