Zaloguj się do konta

Jeden, jedyny rzut.

Historia ta miała miejsce pod koniec czerwca 2007 roku.

Był ładny, słoneczny dzień. Ciągnęło mnie nad wodę ale poprzedniego dnia nie dość, że w pracy dano mi popalić, to skosiłem trawę na działce którą przez wędkarstwo okrutnie zaniedbałem od kilku tygodni. Że działka jest dość duża, to pojawiły się zakwasy. Jakoś nie mogłem się zdecydować na wypad. Zmęczenie i ból ramienia skutecznie powstrzymywały mnie przed wyjazdem. No ale od czego ma się wiernego kompana? Już miałem ułożyć zwłoki na kanapie i z piwkiem w jednej a z pilotem w drugiej dłoni oddać się przeglądaniu „kanału” na kanałach w telewizorku, kiedy spokój mego ducha zburzył odgłos dzwoniącego telefonu. Była sobota, może około południa. Nie chciało mi się wstawać by odebrać telefon. Ale od czego ma się kochaną żoneczkę?! Odebrała i przyniosła mi aparat.

- Halo….. Jęknąłem bez entuzjazmu.
- Hej stary! Rusz dupsko, bo „klara” (u nas to słońce) grzeje, a woda się gotuje! Robale mam!
Kluchy weź z zamrażarki, kup jaki browar po drodze i dawaj Wojtas, bo jak ciebie nie ma, to
ani za cholerę brać nie chcą!
- Jasne, odbąknąłem. Nie chce mi się, bom nieziemsko umęczon.
- Ty nie chrzań głupot, bo mnie tu krew zaleje jak nie przyjedziesz!
- Dobra, moja strata.

Kupiłem po browarze, wsiadłem do mojego przerdzewiałego, rozpadającego się „Tico” i po godzinie byłem już na miejscu. Miras, szczęśliwy że mnie widzi, od razu …….pssssssssst, otworzył piwko i rzucił na powitanie:

- No stary, teraz to dopiero połowimy! I ty chciałeś w chałupie siedzieć dzwońcu jeden?
Odparłem:
- No co się tak podniecasz? Bierze coś?
Miras spojrzał na mnie lubieżnie i powalił mnie stwierdzeniem:
- Ja nie wiem co ty jarałeś, ale też to chcę! Od wczoraj zaklinam sandała i nic. Po to cię tu
ściągnąłem, bo ty zawsze mi farta przynosisz.

No i wszystko stało się jasne. Okazało się, że od wczoraj nic nie drgnęło, tylko się robaki potopiły, skończyło się piwo, kawa wystygła w termosie, a nieboszczyk zarzucony na sandała zdążył się wymoczyć jak śledź na Wigilię. Tak pobudzony odparowałem:
- Wiesz co Miras, tu masz kluchy, tu browarki, ty sobie dalej zaklinaj tego sandała, a ja się uwalę w cieniu na fotelik i przytnę sobie komara, bo mi jakoś to wszystko za dobrze nie wygląda.

Mirek oczywiście machnął ręką jak to ma w zwyczaju i z zapałem zaczął zwijać zestawy, by je przerzucić. Rozłożyłem sobie fotel, oparcie ustawiłem na półleżąco i opadłem nań jak kłoda. Leżałem sobie wygodnie. Przez wpółotwarte powieki spoglądałem na niebo prześwitujące przez liście nad moją głową. Białe jak łabędzi puch chmury leniwie przesuwały się na południe. Wiatr leciutko tylko głaskał mnie po twarzy, a trawy i trzciny wolno kołysały się pod jego dyktando. W pewnej chwili na moich nieruchomych nogach usiadł trznadel. Popatrzył na mnie przekrzywiając główkę. Przyglądał mi się to jednym, to drugim oczkiem przez dłuższą chwilę, a widząc ze nie zagraża mu z mojej strony niebezpieczeństwo sfrunął na ziemię i skacząc wesoło szukał okruchów. Odleciał dopiero gdy Miras się poruszył. Obserwowałem ptaki lecące wysoko. Krążyły, opadały, wznosiły się jeszcze wyżej, i wyglądało to jakby tańczyły. Kilka rybitw z właściwym sobie wrzaskiem spadło do wody i podrywały się kolejno unosząc w dziobach uklejki. Uśmiechnąłem się pod nosem i zadowolonym tonem oznajmiłem:

- Ty! Miras! Ty weź se daj siana. Co ty tam kombinujesz, że ci od wczoraj nic nie pobiło? Weź
sobie popatrz na te rybitwy. One problemu nie mają.
Na to Miras odparł, że jak jestem taki cwany, to mam pokazać jak to się robi. Ale ja nie byłem jeszcze gotów i wolałem kontemplować cudowny dzień. Widziałem jak wśród tataraku wesoło przemykają badylarki. Jakież one są zwinne - pomyślałem. A te ptaki tak precyzyjnie lądujące na łodygach trzcin….. Jak to wszystko do siebie pasuje. Jakiś trzmiel chyba się zagapił, bo walnął mnie w policzek i spadł na ziemię. Gramolił się niezdarnie do momentu kiedy odzyskał prawidłową pozycję i odleciał robiąc kółko nad moją głową jak gdyby chciał pokazać że mam fioła bo leżę mu na drodze. Poniekąd to prawda, bo to w końcu ja wkroczyłem na jego teren. Chyba się w końcu zdrzemnąłem, bo gdy jakiś głos zapytał: - No i jak koledzy? Rusza się coś? Nie bardzo mogłem szybko zebrać myśli i dopiero po kilku sekundach zdobyłem się na odpowiedź:

- Eee tam. Ja studiuję piękno świata, a kolega od wczoraj topi robaki i truposza rozpuszcza.
Pogadaliśmy jeszcze przez chwilę ze starszym panem, po czym Miras zakomunikował, że albo wezmę się w końcu za kije, albo on mi podziękuje za towarzystwo, bo mogłem wcale nie przyjeżdżać skoro nie ma i tak z kim pogadać. Spojrzałem na zegarek. Była już 18.30. Nooooooooo! Proszę państwa! Można wiele zrozumieć, ale przyjechać nad wodę z kijami i ich nie zamoczyć? Przystąpiłem do działania. Przygotowanie sprzętu zajęło mi kilka minut.

Fotel postawiłem po prawej stronie Mirasa, bo wiem, że ma on tendencję do lewicowania rzutów, a ja z kolei lekko prawicuję. Tak więc po uzbrojeniu zestawów, odpowiedniej regulacji podpórek, załadowaniu domowego wyrobu zanęty do koszyczków, zapytałem kolegę gdzie ma utopione te robale i truposza. Miras określił z dokładnością co do metra położenie swych przynęt, a ja zakomunikowałem, że będę ciął na prawo od niego o jakieś 5-6 metrów na tę samą wysokość, czyli kilka metrów od skraju wyspy leżącej naprzeciwko nas. Miras stwierdził:
- Tyyy. Coś ty tam powiesił na tych hakach? Kukurydza? Tu? Na tej wodzie i w tym miejscu? Daj spokój… wiesz że tu kluchy i kulki w modzie. Co ci teraz pod wieczór na to weźmie? Na sandała trupa zamocz.
Odparłem ze stoickim spokojem:
- Ty Miras moczysz trupa od wczoraj i co? Kulek nie wziąłem, Robale im nie smakują, boś ich
potopił od wczoraj z pół kilo, to trzeba kurcze coś innego zadać, a wtedy może coś zassie.
Ja ci powiem, że na kukurydzę w zeszłym roku zaczepiłem szczupłego. Ale mały był, taki ze 34
Centymetry.

Miras stwierdził że w sumie to mu wszystko jedno na co łowię i mam robić co chcę. Przygotowaną karpiówką wycelowałem na skraj wyspy i…………. poleciała.

Wydawało się że lot koszyczka będzie trwał wiecznie. Sunął w powietrzu jak na filmie w zwolnionym tempie. Śledziłem jego lot, by w odpowiednim momencie przytrzymać żyłkę i wyhamować rzut. Palec, żyłka zwalnia, delikatnie kładę kij amortyzując impet zestawu. Teraz plusk 40 gramowego koszyczka o wodę. Delikatnie podciągam żyłkę kołowrotkiem by odłożyć wędkę na podpórki. Już ją odkładam……….. Silne szarpnięcie! Zastygłem w bezruchu. Miras spojrzał na mnie pytająco. Nie odpowiedziałem, tylko wzruszyłem ramionami. I w tym momencie…… trrrrrrrrrrrrrrr, trrr, trrr, zacięcie. Zrobiłem to bezwiednie. Zdecydowanie, ale delikatnie, z wyczuciem. Zwijam żyłkę i obserwuję wędzisko. Karpiówka 3 lb. Jej praca od razu zmusiła mnie do poluzowania hamulca. Ryba jakoś dziwnie się zachowywała. Pozwalała się prowadzić wprost na kij, by po kilku sekundach ruszyć jak lokomotywa w „przeciwpołożną”. Kilka zakosów na boki i znowu luz. Ale żyłka 0.35 i przypon z plecionki, więc co mi tam. Z czuciem, ale zdecydowanie. Hol trwał może dwie, może trzy minuty, a ja miałem wrażenie że minęła godzina. W końcu Kol.Miras nakręcony jak bąk, chwycił podbierak i ruszył na odsiecz. Nie pamiętam samego momentu podebrania. Słyszałem tylko jak Miras wrzeszczy w niebogłosy:
- Sandał! Jak Boga kocham sandał jak z bajki! Wojtas! Ty mnie dobijasz!

Istotnie, ku mojemu zdziwieniu i zadowoleniu w podbieraku tkwił piękny sandacz. Patrzył na mnie zdziwionym wzrokiem a ja odwzajemniałem to zdziwienie. On chyba tak samo jak ja nie mógł się otrząsnąć i nie wiedział jak to możliwe. Oczywiście dokonaliśmy pomiaru. Piękne, równe 80 centymetrów.

Miras oczywiście pierwszy się ocknął:
- Kurcze Wojto! Ja od dwóch dni i całą noc próbuję go zaczarować, a ty sru! Jeden jedyny rzut i od razu pobił! I to na kuku?!
Myślę że na kukurydzę zareagowało coś małego, a sandacz był przyłowem, jednak rybki w pysku nie miał i był pięknie zacięty w kącie paszczy.

Po tym spektakularnym zdarzeniu siedzieliśmy przy kijach do następnego południa. Niestety, tylko w nocy podeszło kilka leszczy. Tak więc nie istnieje reguła i gotowy przepis na zaczarowanie ryby. Bywa, że decyduje ten jeden jedyny rzut w odpowiednie miejsce, w odpowiednim czasie i to ten rzut decyduje o powodzeniu, lub niepowodzeniu wyprawy. Do dziś Miras błaznuje gdy jedziemy na ryby razem, że koniecznie mam zarzucić jako pierwszy, bo mu pecha przynoszę kiedy jest odwrotnie. To oczywiście takie koleżeńskie żarty, a nie zazdrość, bo znam gościa od lat i wiem, że niejedną przygodę jeszcze razem przeżyjemy i zawsze możemy na siebie liczyć. Takich rzutów i Wam życzę. Nie, nie jednego, ale większości. Wszystkich zaś nie, bo kto by miał przyjemność z takiego wędkowania. A co zrobiliśmy z sandaczem? To już pozostaje moją słodką tajemnicą. W każdym razie nie wisi u mnie na ścianie jego głowa. Połamania kijów i przyrostu mocy!

W.K - freeghost

Opinie (18)

użytkownik

Tradycyjnie zapraszam pałkarzy do oceniania mojej historii. :) A Wy, moi czytelnicy zostawcie komentarz po przeczytaniu... ku frustracji pałkarzy. :) [2012-03-22 14:18]

jacenty75

Witam, No bardzo mi się podobało, tak więc 5*****. Pozdrowienia dla autora. [2012-03-23 10:40]

użytkownik

No i następna fajna historyjka. Na dodatek śliczny sandał na kuku. Swoją drogą to chyba dobra przynęta na tą rybę:) a dlaczego? Bo dwa lata temu widziałem zdjęcie zanderka ciut ponad 4 kilo też złapanego na kuku przez żonke znajomego wędkarza choć męczyła wzdręgi przy trzcinach. ***** [2012-03-23 14:01]

631809

Ciekawa opowieść [2012-03-23 16:53]

Piwciu82

Ciekawa i zabawna historia,oby nie ostatnia. Pozdrawiam [2012-03-24 20:49]

Iras1975

Kolejny raz na wedkuje złapałem "zawiechę"... ***** bez zastanowienia. [2012-03-24 21:13]

troc

Jak zawsze piękny opis- pozostawiam ***** i pozdrawiam. [2012-03-25 09:33]

kapral86

Heh czytalo sie jak dobrą książkę :) 5 [2012-03-25 12:39]

użytkownik

Przed następnym wypadem narybki,najpierw wezmę się za koszenie trawnika bo w zeszłym roku miałem problemy z sandaczem.:) Ciekawie opisujesz swoje przygody.***** Pozdrawiam. [2012-03-25 14:04]

Roxola

Z przyjemnością przeczytałam, już zaczynając wiedziałam...,że warto ***** [2012-03-26 18:57]

scorpion1629

heh zaraz mi się przypomniała historia jak siedzieliśmy z kolegą wspólnie od rana na leszczach , oddaleni od siebie może z 5 metrów , po godzinie bez zanęcania wyciągałem pierwszą rybkę - linek , a kolega zaczynał kląć , po następnych kilku minutach hol leszcza - kolega mocno wk**** , po godzinie , w siadce było już 4 leszcze i dwa liny , kolega stwierdził że więcej na ryby ze mną nie jedzie .... ***** [2012-03-26 22:20]

Okonek20

Witam! Ciekawa i jeszcze ciekawiej przedstawiona historia (dla mnie to kategoria - nieprawdopodobne a jednak). A czy podczas wędkowania Kolega również takie niesamowite zdarzenia opowiada? Pozdrawiam! [2012-04-03 13:51]

camelot

Potwierdza się, że sandacze miewają w okresie letnim takie zachcianki ! - Pamiętam jak jednego roku na Warcie, sandacze brały zawzięcie na ,,pinkę" .... Myślę, że to jest właśnie jeden z wielu uroków wędkarstwa, iż tak naprawdę nigdy nie wiadomo co na rybach zdarzyć się może ? Pozdrawiam serdecznie ! [2012-04-19 19:18]

camelot

PS. - Teraz sobie przypominam, że z tą ,,pinką" to był chyba ten sam rok 2007 [2012-04-19 19:23]

Tomekoo

Pozytywnie,to jak moje wyprawy z kol. Patrykiem z mojej ulicy: jak on łowi rybę to ja nawet nie powącham brania lub spina się coś któremuś i na odwrót... bardzo fajnie opisane ;D! ***** [2012-04-26 22:43]

robban

Ale jazda. Fajna historia. Sprobuj w totka zagrac. ;)) ***** [2012-04-27 21:26]

robban

Ale jazda. Fajna historia. Sprobuj w totka zagrac. ;)) ***** [2012-04-27 21:26]

Zibi60

Co do brania sandaczy na przynęty "białorybowe" to opisałem taki przypadek: http://www.wedkuje.pl/wedkarstwo,niecodzienne-zdarzenia-3,50422 Kapitalny wpis, zawierający wszystko co lubię. 5* [2012-11-07 07:46]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej