Jesienny drapieżca

/ 4 zdjęć


W tym roku jesień jest bardzo zmienna i często decyzja o tym, czy akurat tego dnia spinning pójdzie w ruch, podejmowana jest zaraz po porannym budziku. Wtedy napięcie rośnie w miarę zbliżania się do okna i podciągnięcia rolety. I mimo, że nie ma złej pogody a tylko źle ubrany wędkarz to jednak łowienie ma sprawiać przyjemność, a przyjemnością stania na mocnym wietrze połączonym nie raz z obfitymi opadami póki co deszczu ja nie nazywam. Może i nie jestem zbyt wymagający co do pogody ale wolę rzucać przynętami tam gdzie chce, a nie tam gdzie akurat zawieje wiatr. W lato to może to by przeszło ale teraz, kiedy na zewnątrz panuje temperatura poniżej 10st a nie raz i w okolicy 5 to nawet okno strach otworzyć.
Tego dnia natomiast było inaczej. Chwilę po godzinie czwartej odsłonięte okno w kuchni ukazało mi jedynie delikatnie poruszające się cienkie gałązki klonów oraz suchy chodnik co oznaczało, że to nie jest tymczasowa sytuacja a nie padało w nocy na pewno. Postanowiłem zaufać prognozie pogody, która tym razem mnie nie zawiodła i zorientować się w sytuacji obecnie panującej temperatury powietrza, tak tylko fakultatywnie bo przecież, skoro w końcu dzień zapowiada się bezdeszczowy, to nie można go spędzić nigdzie indziej jak nad wodą. Termometr mnie nie pocieszył informując, że jeszcze 4st mniej i woda zacznie zamarzać. Ale ognia płonocącego wewnątrz mnie, który był coraz bardziej rozpalany z każdą minutą, nie ostudziłoby nawet i arktyczne powietrze, więc bez dłuższego zastanowienia podjąłem się dokończenia kanapek. Czasu dużo nie miałem, wszak cel był oddalony o liczne kilometry a środki transportu które mają mnie tam zawieźć kursują co przynajmniej pół godziny a jak dołożyć do tego synchronizację ich wszystkich trzech to można się grubo poślizgnąć planach.. Nad punktem docelowym myślałem kilka dni. Bo przecież Wisła osiągnęła jak na ostatnie lata niewyobrażalnie wysoki poziom, kanał Żerański miałem już po dziurki w nosie z wielu powód a na inne, miejskie łowiska nie miałem weny. Alternatywą byłby jeden z małych dopływów Wisły, gdyby nie wcześniej wspomniany wysoki stan rzeki. Tu właśnie kończyła się moja wyobraźnia, gdzie by tu tak zmarnować pół dnia. I tak myślałem długo, wspierając się GoogleMaps szukałem jakieś skrawka wody, gdzie mógłby spokojnie połowić. Pomysł wpadł mi do głowy nie wiem skąd i dlaczego, ale od początku mi się spodobał. Cenię sobie naturalne otoczenie łowiska w to dostanę właśnie tam. Poza tym wiem, że jakieś ryby tam pływają więc zawsze cień szansy jest. Jedynym kłopotem był dojazd, który ogólnie ogranicza, póki co, możliwości rozwoju swojej pasji. A droga do Zalesia Dolnego krótka być nie miała. Jazda komunikacją miejską bywa czasem uciążliwa, ale w środku listopadowej nocy nie ma mowy o korkach czy tłumach w autobusie. Rzadkością są inni pasażerowie, więc spokojnie będzie można położyć sprzęt na siedzeniu obok, w międzyczasie myśląc o tym, jakich przynęt użyć tym razem, aby skusić jakiegoś drapieżnika. Na pierwszym miejscu zostały postawione nowości, które raptem kilka dni temu pojawiły się w moim arsenale. Nie całkowicie są one tam nowością, bo gumy obydwu producentów już mam ale inne, bo mniejsze i na okonia. Te Cannibale od SG zaś były w rozmiarze 12,5cm  oraz o długości sumie nie wiem, bo Relax nie podaje długości przynęty lub nigdy nie zwróciłem na to uwagi. Obie natomiast gumy radowały bardzo moją duszę, która ciągle liczyła na jakiegoś dużego szczupaka, który miałby się nimi zainteresować w kontekście posiłku.  
   Nad wodą wiele się zmieniło, od momentu kiedy byłem tu ostatnim razem. Na dzień dobry przywitała mnie spora siłownia plenerowa oraz plac zabaw dla dzieci. Wiem, że takie miejsca są potrzebne i niosą ze sobą wiele korzyści, natomiast mnie nie ucieszyła ta nowość. Chciałem właśnie się od tego oderwać ale no cóż, nie da się każdemu jednocześnie dogodzić a zbiornik ma dwie części i tylko z jednej widać owy obiekt rekreacji. Pojawiły się też nowe, utwardzone ścieżki ale o tym gdzieś zdaję się czytałem na portalu Gminy Piaseczna lub na jakimś forum. Pojawiły się też ławeczki ze stolikami i parę innych zmian, które bardziej lub mniej mnie uradowały. Woda na szczęście została ta sama, co wcześniej. Nad nią zobaczyłem kilku wędkarzy, wickość próbującą coś zdziałać metodą na żywca. Ja zabrałem się za obławianie każdego kawałka wody, wpatrując się w pracę przynęty i próbując nadać jej optymalne tempo i sposób prowadzenia. Duże gumy radośnie wywijały ogonami na lewo i prawo a podczas opadu nie gasiły się całkiem co bardzo dobrze świadczyło bo w moim odczuciu problem nie pracującego ogonka pojawia się przy małych Cannibalach , gdy są osadzone na lekkiej główce, coś a’la 3g. Dla mnie to standard przy łowieniu okoni na niezbyt głębokich łowiskach bo lubię pracę przynęty ok. 5cm na takiej główce. Z tego powodu przedszkolaki od SG leżą i pachną w pudełku, przypatrując się swoim współlokatorom jak to raz za razem są zakładani na hak. Studenci natomiast ze stajni tej marki nie zawiodły pod żadnym kątem co znaczy, że ich liczba w pudełku się zwiększy, tym razem  i w wielkości 10cm.
   Trochę czasu minęło, część łowiska za mną a ani u mnie ani z tego co widziałem u innych porannych ptaszków ze spławikówkami się nie meldowało. Może za wyjątkiem jednego wędkarza, który za cel obrał sobie to, co inni mieli na haku. Chociaż jeden z nas dopiął swego celu tego ranka. Liczba osób nad wodą trochę mnie zadziwiła bo nie sądziłem, że to łowisko o tej porze aż tak jest uczęszczane. Wbrew pozorom był dla mnie to bardzo dobry znak bowiem nie było mnie tu długo a wielu wędkarzy dawało chociaż cień nadziei, że mam realną szansę na upolowanie zębatego drapieżcy.  Czas mijał powoli, słońce ogrzewało delikatnie powietrze z minuty na minutę a delikatny wiatr strącał ostatnie liście z drzew. Przynęta co raz to inna, raz metalowa a innym razem gumowa w różnych rozmiarach i kolorach. Ciężar główki został niezmienny z racji dość małej głębokości zbiornika, która okazała się być mało zmienna. Zmieniłem natomiast miejscówkę na bliższą końcowi zbiornika. Niedawno przeniosło się z tej okolicy dwóch wędkarzy, przerzucając swój sprzęt na drugi bok wody między trzcinki. Rzucając w miejsca, gdzie niedawno pływał żywiec miałem ambiwalentne odczucia bo z jednej strony głos mówił, że tu nic nie ma skoro nic nie wzięło na żywą rybkę a z drugiej kolei strony nadzieja podpowiadała, że dobrym dłubaniem uda się coś ugrać. W ruch poszła Alga 1, bo coś na te gumy nie chciałby dziś brać lub w ogóle się obraziły. Dno tutaj nie było zarośnięte więc opad urozmaicany co któryś rzut powolnym ściąganiem wydawał się najlepszym rozwiązaniem. Blachę sprowadzałem do dna i dalej powoli ciągnąłem w swoją stronę co i raz pozwalając jej ponownie osiąść na dnie. Rzuty były dość długie, czekałem wpatrzony w koniec żyłki aż przynęta przestanie opadać. Nie miał to trwać długo bo wspomniana woda nie była głębiną lecz tym razem było inaczej. Żyłka po zamknięciu kabłąka sugerowała ciągły opad w dół Rowu Mariańskiego i zaczęła mnie lekko niepokoić chwilę przed zetknięciem się końców linki wiszącej w powietrzu i tej na lustrze wody która dalej szukała dna. Przez myśl przemknęło mi, że przecież drapieżnik mógł pobrać przynętę z opadu w toni jednak nie pasowało mi to trochę do wahadła. Zdezorientowany zrobiłem niepewny ruch, który być może przypominał próbę zacięcia. W tym momencie poczułem pulsujący opór i zobaczyłem ładny łuk, który zaprezentowała wędka a lekki terkot hamulca kołowrotka był melodią dla uszu. Te trzy zmysły zostały w jedną chwilę połączone w jedną całość o ostrych zębach. Banan na mojej twarzy można było chyba zobaczyć z drugiego końca wody. W miarę holu wrażenia się lekko zmieniły bo przeciwnik jakby się poddał i został już tylko w postaci oporu, który dał się na szczęście przyciągać. Na kłodę nie stawiałem, bo na początku wyraźnie było czuć rybę. A może z wrażenia dostała zawału? Postanowiłem jednak rozwiązać tę jakże ciekawą zagadkę i przykucając do lustra wody niepewnie podciągnąłem szczytówkę do góry i….. zobaczyłem go. Jest, nieduży jak na swój gatunek, żywy i piękny król Algi 1 czyli karp. Tak, drapieżny karp i to z przypadku bo zahaczony o płetwę odbytową w ten sposób, że wyjęcie haka okazało się nie lada zadaniem. Po krótkim zwiedzaniu lądu karp wielkości zadawalającej dumnie odpłyną robić to, co zostało mu brutalnie przerwane. Nie został zmierzony bo uznałem, że go tu nie powinno być i jak najszybciej winien wrócić do domu. Ucieszył mnie on jednak zadziwiająco mocno i mimo, że na karpie w listopadzie raczej nie chodzę to nawet taki efekt cieszy. Radośnie podążyłem w odwiedziny do starej miłości, która w przeciwieństwie do Algi nie rdzewieje. Koryto było wypełnione bardziej niż fabryka przewidziała. Więc dziś tylko spojrzenie sobie w oczy w milczeniu, bez żadnych namiętnych ruchów typu rzut przynętą. Dziś jej woda nawet nie pozwoliła się do siebie zbliżyć więc po dłuższym wpatrywaniu się w jej piękno opuściłem jej brzeg i oboje wiedzieliśmy, że to nie był ostatni raz. Tego dnia Jeziorka była tylko pięknym widokiem, który jeszcze bardziej niż wcześniej przypomniał mi o sobie i o tym, że trzeba tam zawitać czym prędzej się da.
   Do końca wyprawy nie stwierdziłem nawet brania, inni też mogli w ciszy i spokoju odpocząć nad  prawie gładką taflą zbiornika. Słowem tylko poruszę temat którem poświęce oddzielny artykuł. Mowa o nowym przyjacielu broni czyli kołowrotek DAM Quick Camaro 630 FD. Do tej pory bardzo pozytywnie oceniam jego jakość i wykonanie a zakupiony został z myślą o przynętach większych niż paproszki lub opcjonalnie jako kołowrotek do grunntówki. Na razie jest jedynie poddawan testom a opinię o nim wyrażę chyba doperio jakoś w okolicach wiosny, gdy faktycznie zostanie sprawdzony w roli pomocnika przy koszyczku zanętowym. Chyba, że zimowa nostalgia tchnie we mnie ispirację do napisania czegoć.
   Na odchodne ukazał mi się niecodzienny dla mnie widok. Wiedziałem o  tym, że jest tu plaża i nawet gdzieś mam zdjęcie gdy, będąc kurduplem niespełna siedmioletnim , pływałem w kółku dmuchanym przy trzcinach jak bombka spławika żywcowego. Dziś natomiast przy owych trzcinach mym oczom ukazała się grupa osób, które dokonywały czynności o charakerze masochistycznych. Bo w moim odczuciu kto normalny w temperaturze powietrza sześciu stopni na plucie wchodzi do wody w samym stroju kąpielowym? I to na własne, nieprzymuszone życzenie. Jednak tak samo i ta osoba może powiedzieć o mnie, przedzierającym się przez pokrzywy i ciężkie warunki pogodowe facecie z jakiś kijem od szczotki? Z tego powodu tylko się uśmiechnął, w głębi pod warstwą szoku sądząc, że zawsze warto spełniać siebie nie zważając na innych  i pomaszerowałem dalej, już niestety w stronę przystanku autobusowego, który był początkiem końca a może końcem początku. W końcu to pierwszy mój artykuł od dawna, a czasu minęło już sporo.
 

 


5
Oceń
(3 głosów)

 

Wedkuje.pl poleca

 

Jesienny drapieżca - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł

 




Aplikacja