Kleń po Mistrzowsku

/ 6 komentarzy

W poprzednim moim wpisie na temat przynęt trochę po macoszemu potraktowałem kukurydzę. Dziś i w kolejnym artykule, obok kleni i leszczy, wraz z groszkiem konserwowym, kukurydza będzie grała główną rolę. I tej parze należy się co najmniej Oscar za całokształt kariery. Poza tym nieudolnie, ale i nieodzownie zbliża się maj. Doskonały czas na ich wykorzystanie w praktyce. Piszę więc szybko, żeby do tego czasu zdążyć opowiedzieć o wszystkim.

Ze trzy sezony temu, któregoś majowego, lub czerwcowego weekendu, Mistrz najwyraźniej uznał, że czas na kolejną naukę. Już dzień wcześniej, wieczorem, zapowiedział mi, że rano idziemy na klenie i dał instrukcje, jaki sprzęt ze sobą zabrać. Czad! Na tym etapie nie mam już najmniejszych wątpliwości, że jak Mistrz mówi, to znaczy, że tak będzie. Do tej pory kleń trafiał mi się sporadycznie, na picker, drobiazgi do 20cm. Ale o ich waleczności nasłuchałem się już sporo. Zapragnąłem zmierzyć się z tym wszystkożercą, a następnego dnia miała nadarzyć się ku temu sposobność.
Nie spałem za wiele. Wieczorne polowanie na suma, nie pamiętam z jakim skutkiem i wczesna pobudka, bo umówiliśmy się na „po śniadaniu”. No tylko o której on je śniadanie? Na wszelki wypadek po 5:00 byłem już na nogach. Kawa, kanapeczka, wychodzę na podwórko i przebieram nóżkami z niecierpliwości. W głowie mam już tylko klenie. I musicie zrozumieć moje myślenie wówczas – ja byłem pewien, że skoro idę z Mistrzem, to banda kleni, ustawiona w dwuszeregu już czeka na nasze haki. Lekcja cierpliwości. „Po śniadaniu” okazało się dopiero godziną 8:00. Mistrz zatrąbił na mnie z drogi i pojechał nad Wisłę. Fura cyk, jadę również. Po 30 sekundach jesteśmy na brzegu, witamy się. Zostawiamy samochody jakieś 300 metrów od miejsca w którym nurek już czeka, żeby nam na haki klenie zapinać. Dłużej idziemy, niż jechaliśmy. Ale po drodze dowiaduję się, jak bardzo płochliwą rybą jest nasz cel i jak należy się zachowywać, żeby go nie przepłoszyć. Upewnia się również, czy mam odpowiednio przygotowaną wędkę. Bolonka 5m, żyłka około 0,25, spławik 3-4g, haczyk złoty, rozmiar 8, wszystko zawiązane tak, jak Majster przykazał. Kukurydzę masz? – pyta. Jasne, dwie puszki kukurydzy i dwie puszki groszku, jak kazałeś. - To dobrze, ja też mam po puszce, damy im popalić – rzucił z uśmiechem. Doszliśmy na miejsce. A teraz cichutko, zostawiamy wszystko na łące – powiedział zdejmując z ramienia torbę i buty z nóg. Również położyłem na ziemi wszystko co miałem, zdjąłem klapki i na bosaka, każdy z już otwartą puszką, podeszliśmy pod brzeg. Nie całkiem nad wodę, 3-4 metry od niej. Bez słowa wskazał mi miejsce, gdzie mam wrzucać. W wodzie wylądowała cała zawartość puszki groszku i puszki kukurydzy, sypane garściami. Wszystko w jedno miejsce, koło o średnicy kilku metrów. Po cichu wycofujemy się. Mija kwadrans. Powtarzamy operację w każdym szczególe. Cichutko, nie z samego brzegu, pakujemy do wody groszek i kukurydzę. Wracamy do sprzętu. Teraz powoli możemy zaczynać. – mówi. Fajnie, bo już myślałem, że nie zaczniemy. Jest prawie 9:00, ja od 5:00 jestem w pełnej gotowości. Składam wędkę. Na hak, zgodnie ze wskazówkami zakładam dwie kulki grochu. Delikatnie zarzucamy po spławiku, wędka na podpórce, ale w ręku, czujność przez cały czas. Kleń szybciej ściąga przynętę z haka, niż Kubica rozbija kolejne auta. Głębokość około 2,5 metra. Jesteśmy 20 metrów poniżej główki, rzuciliśmy w jej stronę, między główkę, a plażę usypaną przez nurt, taki zwany kąt. Dokładnie wszystkie miejsca przedstawię w osobnym artykule. Myślę również je jakoś zilustrować.
Nie będę opisywał kolejnych brań i holowań. Ale uwierzcie, to był szał! Przez półtorej godziny złapaliśmy 6 kleni! Ja 2 najmniejsze (prawie wymiar) i największego (2,2kg), Mistrz 3 konkretne sztuki (każdy około 1,5 kg) i jednego półkilogramowego leszczyka. Do tego kilka brań drobnicy i kilka nieudanych holowań. Niesłychane. Na moim haku lądował tylko groszek, Mistrz różnie, jak mu wiatr zawiał, czy chmurka słońce przysłoniła. Nie pamiętam dokładnie sekwencji zdarzeń, ale czasem zakładał kukurydzę. O 11:00 byliśmy już u mnie pod domem. Mistrz wyciąga wagę z torby i wiesza na niej siatkę z rybami. Leszczyk i dwa maluchy zostały już wcześniej wypuszczone, w siatce mamy 4 klenie ważące 7,2 kg!!! Razem z siatką, więc powiedzmy 7 kg samej ryby! W półtorej godziny, no w dwie, licząc z nęceniem. Gdybym tego sam nie przeżył, uznałbym to za jedną z wielu wędkarskich bajek. Dzielimy ryby, każdy bierze dwie sztuki. Po przyjacielsku, po równo. Przyznam, że klenia jadłem wówczas pierwszy raz. I ostatni. Ilość ości to jakieś nieporozumienie. Nic im z mojej strony już nie grozi. Najwyżej trochę naciągnięta warga od holu.
Ważna obserwacja. Groszek konserwowy. Jak zauważyliście, sypaliśmy do wody i kukurydzę i groszek, ale na haku głownie lądowała zielona kuleczka. To ma uzasadnienie, bo wszystko wskazuje na to, że klenie wolą groszek. Każdy ze złapanych, po wyciągnięciu w wody dosłownie rzygał groszkową breją, był od niego pełen po brzegi. Normalnie ulewało im się, bez ściskania brzucha. Wygląda na to, że mając do wyboru i groszek i kukurydzę, klenie najpierw napychają się groszkiem. Doświadczyłem tego naocznie, oczywiście naprowadzony przez Mistrza. Samemu nie wpadłbym wówczas na to, aby ściskać klenia do zrzygania, żeby sprawdzić, co przed chwilą jadł. Teraz, jako bardzo ciekawski wędkarz, jak już zabieram coś do domu, to przy patroszeniu dokładnie sprawdzam, co w żołądku siedzi.
Przez kilka kolejnych sobotnich i niedzielnych poranków, już bez Mistrza, ale z zachowaniem wszelkich rytuałów, stałem się bezgłośnym łowcą kleni. Agentem specjalnym do spraw populacji Squalius cephalus. Wyciągnąłem ich jeszcze kilkanaście sztuk. Przy każdym kolejnym czując, jakim to wytrawnym łowcą z dnia na dzień się staję. W tym samym miejscu, w tych samych mniej więcej godzinach. Największy był jeszcze trochę większy od tego dwukilogramowego złapanego z Mistrzem, pozostałe około kilograma, kilka poniżej wymiaru. Generalnie zawsze jak poszedłem, to jednego, czasem dwa wyciągnąłem. Przestałem je łapać jakoś po 5-6 weekendach, po prostu przestały brać, a samemu, nowego i dobrego miejsca nie potrafiłem jeszcze znaleźć. Tak więc szanowni Państwo. Jeżeli zasiadacie się na klenia, to gorąco polecam sypanie do wody kukurydzy na równi z groszkiem konserwowym, konkretne porcje. Na hak groszek, zamiennie z kukurydzą. Sprawdźcie na co szarpią chętniej. Ja jestem niemalże w 100% pewien, że na kukurydzę biorą bardzo dobrze, ale na groszek rewelacyjnie. Do tego słoneczna pogoda, przedpołudnie i zakole za główką ze spokojną wodą, zagłębienie w dnie i „wyjście” z niego na piaszczystą płyciznę. Ci oni tam są. Specjalnie dla nich kupiłem nową bolonkę. I pamiętajcie…ciiiiszaaaa.

Ok., wrzucam temat na bloga, pakuję manele i pędzę na wieś. Na 16:00 jestem umówiony z miętusami. Nie wiem tylko, czy zaproszenie do nich dotarło.

 


5
Oceń
(32 głosów)

 

Kleń po Mistrzowsku - opinie i komentarze

użytkownik105460użytkownik105460
0
Kolejny Twój tekst, który wyrywa mnie z trampek:) Właśnie go przeczytałem na głos żonie. Fragment o nurku boski, Usmialiśmy się oboje setnie. Rewelka! (2013-04-06 12:09)
HalnyHalny
0
Świetny tekst i jakie przeżycia to właśnie nazywam wędkowaniem i pasją. Tak trzymać!!! Piątal za podejście do tematu-szkoda że nie można więcej. (2013-04-06 14:53)
kabankaban
0
Moje podejście do łowienia kleni jest zgoła inne i jak dla mnie to najlepsza ryba do łowienia przez cały rok. Wolę je łowić na spinning i tylko w "okresie wiśniowym" zmieniam trochę podejście co do wyboru metody i przynęty. Ja ostatniego klenia zabrałem kilkanaście lat temu na kolację dla mamy i po tym jak większość wylądowała jako karma dla kur powziąłem decyzję o "nigdy więcej"... .Pozdrawiam. (2013-04-06 17:34)
MateuszR86MateuszR86
0
Bardzo przyjemnie się czytało. 5 (2013-04-07 11:11)
pawel75pawel75
0
Świetnie się czytało ! Oczywiście zostawiam piąteczkę (2013-04-08 19:38)
CYTRYNA777CYTRYNA777
0
Witam Dziś na łowisku Port Praski 3 szt jaź i 2 karasie na pinkę haczyk 0,12 i przypon 0,16 od 8.00 do 16.00 Pozdrawiam (2013-04-14 17:48)

skomentuj ten artykuł