Zaloguj się do konta

Krąp jak dąb i znikajaca kukurydza

Był sam Środek letniej kanikuły. Panował przesadny upał, a wiatr, jakby na złość, ustał zupełnie. Jedyną formą wędkowania, która mogła przynieść ulgę w taki dzień było brodzenie. I to nie takie jak na fotografiach z alaski, gdzie oddychające śpiochy opięte są idealnie membraną kurtki, do tego kamizelka o stu kieszeniach... o nie. Postanowiłem się wybrać na brodzenie w kąpielówkach i koszuli. Do tego obowiązkowo jak największy kapelusz. Aby być w wodzie na wschód słońca, wyszedłem z domu o w pół do czwartej i skierowałem samochód nad Wkrę, tam, gdzie za niewielką wysepką łączą się dwa nurty i wpadają razem w głęboki, kamienisty lej. Nie nastawiałem się na spektakularne sukcesy wędkarskie, ale głównie na chłodzenie.

 Z przyjemnością zsunąłem się do rwącej rzeki, kiedy pierwsze promienie słońca już igrały na kamiennych bystrzach. W tym miejscu Wkra jest niesamowicie skomplikowana. Trzeba mieć dobre okulary polaryzacyjne i wyczucie, aby nie wdepnąć w rwący dołek, lub nie podjeść w takie miejsce, gdzie ryby maja wędkarza jak na talerzu i po prostu czmychają. Postarałem się stanąć pomiędzy bujającymi łanami wodorostów, skąd miałem doskonały widok na moja rynienkę. Woda była tak krystalicznie czysta, że widziałem doskonale, gdzie dokazują kiełbie, a gdzie przykleiło się stadko ładnych jelców. Wziąłem się za łowienie techniką "na widza". po prostu wstawiałem czerwonego robaczka na dno, lekko przytrzymywałem żyłkę a resztę już robił prąd i rozjuszone rybki. Kiełbie atakowały dżdżownice jak barrakudy - z rozpędu, następnie tarmosiły pyszczkami w stylu rekinim. Dobrze, że natura nie dała im zębów bo myślę, że wtedy niejeden ciurek stałby się równie groźny jak amazonka. Jelce nie chciały współpracować, natomiast trafiła się płoć, po niej kolejna. Na kamieniach panował coraz większy ruch. Kiełbiki pogonił okoń, a od strony brzegu, czyli najgłębszej części łowiska, oderwał się wrzecionowaty cień i, spokojnie falując płetwami, przedefilował poprzez swój rewir. Na to czekałem. Wyjąłem z kieszeni koszuli zawiniątko. Miałem w nim ugotowaną wieczorem kukurydzę. Wrzuciłem kilka ziaren i patrzyłem co się stanie. Jedna zniknęła, jak tylko dotarła do granicy cienia, rzucanego przez drzewa, druga i trzecia też - podręcznikowo. Uśmiechnąłem się i założyłem ziarenko na swój zestaw po czym cicho i dokładnie podałem smakołyk w strefę podwodnego cienia. 

Przy tej metodzie nie liczy się branie odczuwane na szczytówce, wszystko po prostu widać! I właśnie teraz zobaczyłem krótki błysk białego pyszczka, po którym nie było już widać kukurydzy. Zaciąłem od razu. I zaczęło się - potężna szamotanina przewaliła się przez całe to płynące akwarium. Coś dużego fikało energiczne koziołki ponad kamieniami. W takich warunkach hamulec dokręcam raczej mocno - tu nie ma miejsca na odjazdy bo z jednej strony korzenie nawisu brzegowego a z drugiej faluje podwodna dżungla. Cała nadzieja w dobrych węzłach na żyłce 16-tce i miękkiej wędce. Spodziewałem się klenia, jednak sposób walki tego amatora kukurydzy był zupełnie inny. Ryba buksowała w rynnie, waliła w kamienie a jeśli odjeżdżała, to tylko po to, aby nabrać wysokości do buksowania i przyciskania. Była to bardzo silna ryba a ja nie miałem podbierka. Kleniki zazwyczaj łapałem za kark ale to? W końcu przeciwnik zaczął słabnąć, momentalnie wymanewrowałem go w spokojniejsze okienko i poprowadziłem do ręki. Ki diabeł? Ciemne, prawie czarne łuski i do tego czerwone płetwy, tarłowa certa? Niemożliwe. Chwyciłem rybę ponad łukiem skrzelowym i szybko przycisnąłem do koszuli. Rany boskie, to krąp. I to jaki! Po chwili położyłem go na trawie i trzęsącymi się rękami ułamałem jakiś patyk na długość ryby i zatknąłem w kapeluszu. Wypuściłem tego diabła na szerokiej, piaszczystej płani, aby jeszcze mu się przyjrzeć. Popruł najkrótszą drogą do swojego głęboczka a ja spokojnym krokiem łowcy pobrodziłem do samochodu. W domu miarka pokazała przy patyku 42cm. Żyć nie umierać! Niech mi teraz ktoś powie, że krąp to nie jest sportowa ryba. A morał mam z tego taki, że w mojej koszuli do brodzenia przydała by się kieszeń na aparat fotograficzny.

Opinie (14)

Sebastian Kowalczyk

Uwielbiam łowić na upatrzonego. Raz, że to świetna zabawa, a dwa to można się bardzo dużo nauczyć o zachowaniu ryb. ***** [2013-11-02 11:59]

mateusz-falkiew

bardzo fajnie opisana relacja z wędkowania [2013-11-02 12:12]

troc

     Wypisz, wymaluj- pod koniec lat 70 łowiłem w ten sam sposób w Dolinie Pięciu Stawów w Szwajcarii Połczyńskiej leszcze wygrzewające się wśród gałęzi zatopionych drzew. Adrenalinka niesamowita a efekty również niczego sobie......Pozdrawiam i ***** pozostawiam. [2013-11-02 12:43]

micek009

Ciekawa historia, a krąp tej wielkości tylko pogratulować. Z mojej strony piątka i życzę więcej takich okazów. [2013-11-02 13:52]

Marcinm81

Bardzo ciekawy opis wyprawy daję 5-kę. Pozdrawiam I więcej takich zabaw. [2013-11-02 16:42]

garbus

fajny tekścik na wejście pozdrowionka i do zobaczenia w Lubniewicach Olinie ;-) [2013-11-02 18:01]

weekendowy moczykij

relacja z wyprawy na *****Pozdrawiam i połamania [2013-11-02 18:54]

kaban

Tekst taki jakie lubię najbardziej. Pozdrawiam. [2013-11-02 19:29]

rysiek38

jak na ten gatunek to medalik pewnie by był czyli pomyśl nad ta kieszonka na przyszłosc choć mi kiedys ani aparat nie pomógł, chciałem sobie zrobić sam fote ze sporym szczupłym na tle miarki i skończyło się kapielą telefonu i szlag go trafił a szczupły spokojnie odpłynał [2013-11-02 21:03]

Zander51

Witamy w naszym gronie Olinie. Pewnie to stara historia, bo wiemy, czym się teraz zajmujesz. Fajny debiut literacki. Na upatrzonego fajnie się łowi z lodu na niewielkiej głębokości... [2013-11-03 06:40]

janglazik1947

Najważniejsza jest ta zabawa, a przy okazji skacząca adrenalina.To nas pociąga do takich wypraw. Wielka piątka za artykuł . A ten krąpik ho, ho, ho ! [2013-11-03 13:46]

paawel1

Witaj Olin. Programy masz naprawdę fajne. Ale widać że masz talent nie tylko do prowadzenia programów ale także do pisania ciekawych opowiadań o wyprawach wędkarskich. Może znajdziesz czas aby opisać więcej swoich wypraw. Miałem kiedyś okazję wędkować na Wkrze w okolicach miejscowości Sobieski, naprawdę ciekawa i dzika rzeka. Oczywiście !@#$% i Pozdrowionka [2013-11-03 14:49]

Norbert Stolarczyk

Kocham te uczucie rosnącego ciśnienia łowiąc "na upatrzonego", weźmie czy nie weźmie :) Fajne opowiadanko Olin. Pozdrawiam. [2013-11-04 21:38]

groniar

Dawniej łowienie na spławik, brodzenie w woderach a szczególnie przepływanka to było coś .Teraz zostało tylko coś czyli grunt.Gratuluję artykułu ***** i Pozdrawiam [2013-12-09 23:29]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Maj z rodzicami.

Kiedy widzę małych chłopców nad naszymi wodami, zastanawiam się częst…

Aktorzy kontra ryby

[p] Spinningowe zawody wędkarskie Puchar Aktorów Lubniewice Woiński SPA…