Zaloguj się do konta

Kropkowane rozpoczęcie sezonu 2014

Dzień jak co dzień, praca, dom, obowiązki, wizyty na forum, myśli i marzenia, którymi zaprzątnięta jest głowa.
Ryby!!!
Zawsze, kiedy czegoś nie można, robiłbym to bez opamiętania! Znacie takie uczucie? Kiedy możemy wędkować, łowić szczupaka, to albo nie mamy czasu, albo pogoda nie taka, ciśnienie norm wędkarskich nie trzyma.....
A kiedy nadchodzi okres ochronny, zasłużony choć długi, ciągnący się jak..... najdłuższy papier toaletowy, to głowa nasza myślami, goni za przebiegłym „patronem” naszego forum. Nie możemy tego magicznego otwarcia sezonu się doczekać. Dlaczego tak jest??? To pytanie , na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ja w postanowieniu noworocznym, obiecałem sobie znaczną poprawę w tym temacie.
Ale do rzeczy. Któregoś niekoniecznie pięknego dnia, wymyśliłem sobie wyjazd na pstrągi. Gdzie jeszcze wtedy nie wiedziałem. Niedługo po tym, pokazało się światełko w tunelu. Zacząłem zmawiać się na wyjazd z Damianem. Po kilkudniowych prowadzonych wspólnie, negocjacjach ustalamy ostatecznie; wtorek 14-go stycznia, godzina 7.00. Pogoda ładna, taka nie zimowa więc trzeba to wykorzystać. Ja mam 250 km drogi więc taki stan pogodowy i plusowa temperatura bardzo mi odpowiadała. W międzyczasie namawiam kolegę Tomka na wspólny wyjazd. Po pierwsze, żeby było raźniej a po drugie taniej. Koszty paliwa każdy wie jakie są. Długo kolegi namawiać nie musiałem. Wizja spotkania z rekordowymi pstrągami, magiczną piątką i szóstką z przodu wymiaru, przekonała go od razu. Teraz jeszcze tylko opłaty za wody górskie Okręgu zamojskiego i możemy jechać. W międzyczasie zmiana pogody, opady śniegu, minusowa temperatura ale tym razem nie zrezygnujemy! Jedziemy. Godzinę zero ustalamy na 3.30, szybkie pakowanie i na 7.00 powinniśmy być na miejscu. Tak też umawiam się z Damianem.
Ze snu wyrywa mnie sygnał telefonu....
-O kurcze trzeba już wstawać, a ja jak pijany – bełgoczę.
Trzy ostatnie noce przesypiam jedynie 10, 5 godziny. Spoglądam na telefon, to nie budzik to sms od Tomka.
-Wstałeś???
-Aha...- odpisuję zaspany ale zadowolony.
-To gdzie jesteś?
Patrzę na zegarek....o szlag by to trafił. Zaspałem!!! Jest już 3.45!!!
Szybka mobilizacja i w niecałe 10 minut się ogarniam. Szukam winnego tego zajścia...jest gagatek!!! To ja....zamiast trzeciej ustawiłem budzik na piątą. A już wietrzyłem podstęp mojej żony, która niechętnym okiem patrzyła na ten wyjazd.
Nieważne, pomimo mojej wpadki panuje pozytywna atmosfera. Pakujemy szybko graty i wyjeżdżamy. Ja jednak cały czas myślę, mam takie wrażenie, że o czymś zapomniałem. Eksternistycznie, uruchamiam przegląd myśli..... kołowrotki, wędki....czapka, buty..karta jest ok!
Przez drogę rozprawiamy o naszych wcześniejszych sprzed kilka lat wspólnych wypadach i wędkarskich wyczynach. Pada hasło – kawa! I nie wiem dlaczego, to słowo tak na mnie zadziałało. Od razu przypomniałem sobie czego nie wziąłem, po pierwsze, mniej ważne... wobków mojego wykonania do przetestowania, po drugie, ( i tu się zaczyna) zezwoleń i wydrukowanych rejestrów!!!!
Jest godz 4.30. Przejechaliśmy już prawie 60 kilometrów.
-Wracamy??? - pyta Tomek.
-Zatrzymaj się.... - mówię.
-Pomyślmy....jak się wrócimy to mamy w plecy 120 kilosów i trochę grosza, ale co więcej spóźnimy się jakieś 1,5 godziny. Wtopa straszna.
Stoimy na poboczu i siorbiemy kawkę z termosiku ( dobra skubana)
-Słuchaj - mówię do Tomka.
-....a może zadzwonię do Damiana? Może nam pomoże?
W końcu mamy takie czasy jakie mamy, komputeryzacja całą gębą. Jest szansa na załatwienie tej sprawy na odległość.
Wysyłam sms-a do Damiana.
-Wstałeś???
-Powoli, wstaję.
-Mogę zadzwonić?
-Tak (zaspane takie)
Dzwonię....
-Damian...... ( i tu opowiadam mu o wszystkim)
-Spoko, jedźcie uważnie , coś się wymyśli.
Uff, trochę mi ulżyło bo to druga moja wpadka, podczas tak krótko trwającego dnia. W całkowitej ciszy wjeżdżamy w teren zabudowany. Na tablicy widnieje napis...”Szczęście”
-Tomek – mówię dość cicho.
-Chyba będzie dobrze???
-Spoko, znając Twojego „fuksa” damy radę.
Mijają kolejne minuty i przejechane kilometry. W międzyczasie mam telefon od Damiana.
-Opłaty zrobione, z przygodami ale są, rejestry wydrukowane. Uważajcie po drodze, bo oblodzona.
Z małymi przeszkodami ale w końcu się spotykamy. Dojeżdżamy na miejsce połowu, które wybrał Damian.
Krótkie powitanie, rozmowa, strzemienny i jesteśmy gotowi do połowu. Decydujemy się iść wszyscy razem w jedną stronę i łowić na mijanego. Pierwsze minuty nie przynoszą ryby a utrzymujący się mrozek utrudnia wędkowanie. Przelotki zamarzają co chwila, trzeba je nieustannie "konserwować" Jako pierwszy swoim Storkiem pstrąga kusi... oczywiście Damian, ale chcąc podnieść go na kiju, kropek daje dyla. Następnym, który ma kontakt z rybą jest Łukasz. Do koguta wychodzi mu pstrąg ale pomimo usilnych starań ze strony łowcy ataku nie ponowił. Tomek jako trzeci ma branie i po krótkim holu spina zgrabnego tęczaka. Ja jako ostatni mam kontakt z rybą. Na żyłce robi mi się broda ale jaka! Nie ma szans na jej rozplatanie. W tym czasie wobler cały czas penetruje łowisko. Nagle podwiał wiatr, taki „boży wiatr”. Nie wiem jak to się stało ale cała żyłka rozplątała się w mgnieniu oka!!! Do tej pory jak o tym myślę dostaję gęsiej skórki! Kiedy zacząłem ściągać żyłkę, poczułem tępe przytrzymanie. Pstrągas zrobił dwa młynki i tyle go widziałem. Był żal, ale w końcu chociaż widziałem rybkę. Przechodzę koło Damiana, opowiadam mu o zajściu i znajdujemy wspólnie na mój ból lekarstwo. Dwa kieloneczki zbawiennego naparu, uśmierzają żale.
Dochodzimy do fajnej miejscówki, niedaleko mostu i tu właśnie Damian wyciąga pierwszego kropka naszej wyprawy.

Przez dłuższy czas niewiele się dzieje. Po małym co nieco, postanawiam zmienić woblera na zaczerwienionego pstrągowego Krakuska. Drugi rzut i pierwszy pstrąg ląduje na brzegu i choć pstrąg nie był duży, to i tak piękny banan rysuje się na mojej twarzy. W kolejnym rzucie, z tego samego miejsca wyjmuję kolejnego!!! I teraz to dopiero jest radość. Myślę sobie, że nic milszego nie może mnie już dziś spotkać. Jednak szybko zmieniam zdanie kiedy po kolejnym rzucie holuję następnego pstrąga. Podchodzę do super miejscówki, gdzie szybki nurt łączy się z cofką. Na środku leży powalone przez bobry drzewo a pod moimi nogami wymyta przez wodę jama w piaszczystej burcie. Myślę sobie... i tu cię mam pstragasku! Rzut i............cholerny zaczep. Los mojego łownego, pstrągowego woblera wisi na.......cienkiej żyłce. Kilka pstryknięć i na szczęście….. wobek ląduje pod moimi nogami. Szybko zmieniam przynętę, w końcu nie mogę jej stracić, nie takiego championa. Przechodzę kilka fajnych miejscówek i nic. Decyzja może być tylko jedna, zmiana na pozycji rozgrywającego. Do gry wraca „czerwony” Krakus. W drugim rzucie mam pstrąga i po chwili kolejnego. Pięć sztuk na rozkładzie, jest nieźle. Gdyby przed łowieniem ktoś zaproponował mi taki układ, brałbym w ciemno. Wracamy. Po drodze z Damianem czytamy moją książkę, podobno jest niezła. Miała fajny wstęp a i zakończenie niczego sobie, chociaż wspólnie stwierdziliśmy, że końcówka mogłaby być ciut dłuższa. Kierowcom do czytania jej nie daliśmy bo mogliby zbytnio przeżywać ją emocjonalnie. Damian „wyrywał sobie włosy z głowy”, że tyle naobiecywał nam grubych „lorbasów” a tu nic. Nie wiem ale w duszy chyba zaczął się modlić, żeby ktokolwiek złowił bohatera jego opowieści. Postanawiamy więc, podjechać na łowisko specjalne, ot taki prawie rów melioracyjny. Wysoka woda i zanieczyszczenia które ze sobą niesie utrudniają wędkowanie. Obok mnie łowi Łukasz. W kolejnym z kilkudziesięciu wykonanych rzutów ma ostre branie. I to jakie!!! Gruby pstrąg rzuca się jak oszalały, żeby pozbyć przeklętego dla niego wabika. Wykonując młynek za młynkiem, zbiera na żyłce masę nieczystości (przeważnie roślin) utrudniając hol. Podbiegam, żeby mu pomóc. I na szczęście, że byłem blisko, bo pstrąg wbił się już pod dość grubą, przybrzeżną pokrywę lodową. Kruszę nogą lód i w drugiej próbie podbieram rybę. Co prawda nie ja ją złowiłem ( choć takie miałem plany) ale podbierając ją stałem się jakby....takim... ojcem chrzestnym sukcesu Łukasza. Piękny grubas!!! Kilka fotek, moje gratulacje i uwalniamy „kropeczka”. Tomek i Damian, którzy do nas doszli po chwili, nie bardzo chcieli uwierzyć w taki sukces, ale zdjęcia rozwiewają ich wszelakie wątpliwości. Kropek miał 55 cm, piękny zasiedziały cwaniak, którego Łukasz namówił na krótką, wędkarską konwersację. Wracamy do aut, żegnamy się umawiając na kolejne, „kiedyś tam” spotkanie. Przed nami ponad 250 kilosków, masę przeżyć i cały dzień marszu w nogach.

Dziękuję Damianowi i jego bratu Łukaszowi, za wspólne wędkowanie, za zorganizowanie tak udanego dnia i otwarcia sezonu wędkarskiego. Za to że był i za to że mu się chciało. Było bardzo miło i przyjemnie, ot taka przyjacielska wyprawa wędkarska. Dorośli faceci i wspólne, niezapomniane chwile spędzone nad wodą, czyli kwintesencja tego czym jest dla mnie wędkarstwo.

Opinie (4)

kostekmar

Bardzo fajnie. Gratuluję udanej wyprawy i postawy!!! Pstrąg potokowy to bardzo piękna i waleczna ryba, a takich rozmiarów jak Twój to niebywały cwaniak. Piątal i połamania!!! [2014-01-31 20:29]

kaban

Mogę tylko pozazdrościć. [2014-02-01 13:16]

Tomekoo

Piękne rozpoczęcie , u mnie nie było już tak fajnie ... ślady po mięsiarzach itp ... Gratki wypadu no i fajnego wpisu ;-) Pozdro ***** [2014-02-01 14:40]

kamil11269

Gratuluję takiego rozpoczęcia sezonu! Ja za niedługo rozpocznę sezon od pierwszej zasiadki, tylko jeszcze poczekam ze 2 tygodnie na uzupełnienie sprzętu i nad wodę! Pozdrawiam. [2014-02-02 12:24]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej