Leszczowy amok
Mirosław Klimczak (Zander51)
2012-02-23
…czyli druga opowieść o moich niezwykłych połowach leszczy. Znowu Łyna, pod Granicą Państwa.
Mam urlop, który w zasadzie całkowicie poświęcam połowom ryb na Łynie a w szczególności polowaniom na dużego szczupaka. Pływamy swoim cyklem dobowym ze Zbyszkiem, czasem z jego bratem Mironciem, albo Ryśkiem. Każdy ma swoją łódkę, Zbyszek sobie sam zrobił, my wypożyczamy z koła. Płyniemy na ryby około 16.00 , zostajemy na noc i wracamy na obiad. I tak codziennie…
W nocy łowimy leszcze i sandacze na trupka, pozostały czas poświęcamy połowom szczupaka.
Tak jakoś mi się trafiało pechowo, że nie mogłem znaleźć dobrego, nocnego łowiska. Bo jak trafiłem na dobrą miejscówkę sandaczową, to nie bardzo pasowała leszczom i odwrotnie. Stawiałem raczej na sandacze, ale te brały późnym wieczorem i nad ranem. Pozostałą część nocy nudziłem się okropnie jak nie mogłem zasnąć. A bywało i tak, że sandacz w ogóle nie żerował i to już była długa, nudna noc. Tylko leśne nocne zwierzaki przypominały mi, że jestem na rybach i to w łodzi. Raz „zapomniałem się” we śnie, wstałem i chciałem pójść do łazienki zrobić siusiu. Postawiłem nogę na burcie i…przypomniałem sobie, że do łazienki nie idę po schodach, bo mieszkam w M-3 a nie w domku…
Poznaję starszego pana, który przyjeżdża rowerem z niedalekiej wsi. Lubię z nim pogadać, bo człowiek życzliwy i ma dużą wiedzę. Opowiada mi, jakie ryby łowił w tym miejscu, gdzie łowi teraz ; o wielkich węgorzach, leszczach, kilogramowych płociach…Najlepsze połowy były jak była niska woda, kiedy wystawały z wody karcze ściętych dawno temu drzew. Dziadek łowił na „peluchę”, na robaki, rzadziej na pszenicę. I zawsze tylko w dzień. Więc nie wyraził sprzeciwu, gdy go spytałem, czy mogę tu czasem połowić w nocy. Jak się nie widzieliśmy to mi zostawiał na pomoście trochę pszenicy a ja jemu rosówki i groch. Skoro świt spływałem ze stanowiska i szukałem metrowego szczupaka…
W sklepach pojawiły się świecące spławiki na baterie. Fajne, proste w konstrukcji, świecące ciepłym, różowym światłem. Przy braniu świeciły intensywną czerwienią. Ale były nieszczelne i szybko korodowały. Pozostały świetliki. Były mało trwałe, czasem i 6 godzin nie wytrzymywały. Ale to i tak była rewolucja, bo można było łowić nocą na spławik. A ja zawsze uważałem, że najlepsze połowy są na nęconym łowisku w zasięgu spławikowej wędki, ze względu na precyzję nęcenia.
Tego lata testowałem zanętę W.R. Kremkusa, wielokrotnego mistrza świata z Niemiec. Koledzy nęcili samym grochem, pęczakiem lub kto miał , to i pszenicą, ale dla mnie to było za mało. Dużo czytałem i doszedłem do wniosku, że zanęta zapachowa preferująca upodobania leszczy do konkretnych zapachów i smaków szybciej ściągnie je w łowisko. Konkurencji w nocy mieć przecież nie będą. Do tej zanęty dodawałem i inne składniki ( coprah & melase, arachidy, bisquit, itp. ) i atraktor leszczowy Kremkusa. Zanęta pachniała nieziemsko. Gdy miałem więcej rosówek , to i dodawałem kilkanaście posiekanych i przeważnie pęczak. Tania i łatwa w przygotowaniu przynęta , którą leszcze bardzo lubią. Ale przynętą nr 1 był groch i rosówki. No i przyszły efekty. Łowiłem po 5-12 leszczy, ot takich do 1,5 kg. Większe leszcze w tamtych latach były niestety rzadkością.
Nie było mnie kilka dni na Łynie. Żonka kije mi schowała, bo odkładałem położenie terakoty w przedpokoju od końca roku szkolnego. Nie wytrzymała i postawiła na swoim. Nie miałem wyjścia, trzeba było poświęcić czas domowi…
Nadszedł dzień 10-go lipca. Na przystani wielkie zdziwienie, brakuje dobre pół metra wody. Co za diabeł ? Ledwie zepchnąłem łódź na wodę. Ale zmartwiony nie byłem. Uważałem, że łatwiej będzie namierzyć drapieżniki, bo przecież będą musiały zejść w koryto. Była pełnia, ciepło, zapowiadała się parna noc. Tak wyszło, że popłynąłem sam i jakoś tak mi było nieswojo. Pogoda niepewna, burza bardzo prawdopodobna i mimo, że człowiek miał swoje lata, to łowienie z trzaskającymi piorunami nad głową nie należało do moich ulubionych chwil nad wodą. Silny południowy wiatr spychał mnie z nurtem w dół rzeki. Nie było jak spinningować. Kotwica za mała i nie utrzymywała mnie w miejscu przy takim wietrze a dryfowanie groziło zahaczeniem kotwicy pod zatopionym drzewem i definitywną stratą jej. O dryfowaniu z żywcem też mogłem zapomnieć.
Wbiłem się dziobem łodzi w brzeg. Postanowiłem zjeść kolację póki jeszcze jest spokojnie i obmyślić strategię na nocne łowy. Około godziny 20-tej wiatr ucichł, burza zmieniła kierunek i „poszła do Ruskich”. Odetchnąłem z ulgą. Postanowiłem popłynąć na miejscówkę dziadka. Po drodze próbowałem złowić kilka uklei na noc i złowiłem tylko dwie. Pouciekały bidulki w gałęzie zatopionych drzew.
Podpływam na stanowisko a tu wystają te karcze, o których opowiadał dziadek. Przywiązuję łódkę dalej niż zwykle i przygotowuję zanętę. Gruntuję łowisko i zdziwienie. Zestaw trafia na płaskie dno. A więc doczekałem się. Sięgnę swoją spławikówką tuż za spad brzegowy. Rozdrabniam zanętę i wpadam na „szatański” pomysł. Wrzucam groch do nawilżonej zanęty, by lepiej przeszedł atrakcyjnym zapachem. Wkrótce przekonałem się jaką palnąłem głupotę…
Zaczyna siąpić drobny deszcz. Niebo zasłoniły ciemne chmury. Taki deszcz przeżyję i do lasu uciekać nie będę...
Brania zaczęły się około 23-ciej. Zestaw prze gruntowany i lekko przeciążony spływa pod skos brzegowy. Podniesienie spławika i odjazd w nurt. Zacięcie i jest leszcz. Kolejne zarzucenie wędki i po chwili kolejne zniknięcie seledynowego światełka w nurcie. I kolejny leszcz. I kolejny. Czwartego leszcza zrywam, pęka przypon 0,12 . Wrzucam kulkę zanęty i zakładam przypon 0,14 . I nie ma brań. Na 0,12 od razu odjazd i znowu kilowy leszcz w podbieraku.
Nie przykryłem dokładnie wiaderka z zanętą i przemokła na deszczu. Kiepska sprawa. A najgorsze jest to, że groch jest coraz bardziej twardy. Co za licho, nie ugniata się już w palcach, wręcz zrobił się twardy jak kamień. Nie mogę założyć go na haczyk. Wbijam mocno hak, to groch pęka na dwie połówki. No nie...
Wygrzebuję groch z zanęty, może trochę przeschnie…Łowię na połówki o ile uda mi się wbić haczyk. Innej przynęty nie mam. I jest branie. Zacięcie i pudło. Kolejny raz to samo i kolejny. Wrzucam zanętę, która w zasadzie spływa ze stanowiska, bo kulki ulepić nie mogę. Leszcz w łowisku, tyle pustych zacięć a on ciągle żeruje. Co robić…
Około 1-wszej przestało padać. Wyszedł księżyc i świeci jak latarka tuż nad moją głową. Zaraz, może jakiś groch wysypał się z woreczka, może znajdę coś w torbie…Znalazłem kilkanaście ziaren. Połowę rozgniotłem w tym podnieceniu, ale jakoś zakładam na hak. Zarzucam i po chwili seledynowe światełko znowu niknie w otchłani wody. Co za miłe uczucie…
O 3-ciej ten amok się skończył, leszcze definitywnie odpłynęły. Do dzisiaj zachodzę w głowę jak to możliwe, że przy dwóch typach pogody, na dużo płytszej wodzie niż zazwyczaj i przy tylu pustych zacięciach udało mi się łowić leszcze przez cztery godziny praktycznie bez przerwy…