Łosoś w ostatnim rzucie. Morrum. Szwecja.

/ 2 komentarzy / 11 zdjęć


Już rok minął od tamtej chwili, kiedy przyrzekliśmy sobie, że znów spotkamy się nad szwedzką rzeką Mörrum.


Kto zasmakował tej przygody, holi potężnych troci i łososi, ten tak łatwo nie odpuści. Mörrum, to przede wszystkim mekka dla muszkarzy. Ale również spinningiści mają tu wielkie pole do popisu. Każda pora roku nad Mörrum ma swoich „wyznawców”, którzy przybywają z najdalszych zakątków świata, żeby przeżyć przygodę życia podczas zmagań z metrowym salmonidem.


Jedne ryby zstępują po tarle do morza, są wygłodzone i walą w każdą przynętę, która znajdzie się w pobliżu ich pyska. Inne z kolei nie przystąpiły do tarła, ale powróciły do rzeki, miejsca swoich narodzin. Jeszcze inne wchodzą z morza do rzeki, aby pod koniec roku, przybrawszy barwy godowe, przystąpić do tarła. Po wejściu do rzeki trocie te nie pobierają już pokarmu, ale atakują przynętę na zasadzie refleksu przepędzenia potencjalnego konkurenta. Prawie każdy odcinek rzeki od jej ujścia w okolicy miasta Karlshamn aż do miejscowości Svängsta ( 20 km powyżej ujścia) nadaje się do łowienia metodą spinningową i muchową.


W sobotę 12 września stanęliśmy wreszcie przed domem Kronlaxfiske i zakupili śmy licencje na trzy dni łowienia. Właściciel sklepu wędkarskiego „Domu Łososia” , rodowity Duńczyk, przywitał nas jak starych znajomych i przekazał pierwsze informacje na temat warunków panujących nad wodą. Nie były one sprzyjające, bo z racji suchego lata poziom wody opadł i z morza do rzeki weszło mniej ryb niż zwykle. Pierwszego dnia po wielogodzinnych marszach wzdłuż Mörrum i wytężonym przeczesywaniu wody przy wodospadach, kaskadach, nawisach konarów i skałach wróciliśmy do domku o kiju. Mieliśmy zaledwie parę agresywnych pobić na muchę i błystkę, kolega Andrzej zaliczył po 5 sekundowej walce spad dużej troci


Było już grubo po godzinie 20-stej, kiedy po 10 godzinach polowania na salmona dojechaliśmy do domu. Padłem jak kłoda na fotel w pełnym rynsztunku. Kolana odmawiały posłuszeństwa po całodziennym łażeniu po wertepach. Zapadłem w nerwowy sen przerywany piskiem elektronicznych wskaźników brań. Kolega miał jeszcze na tyle siły, aby na nadchodzącą noc ustawić przed tarasem domku jeziorowe gruntówki. Godzinka odpoczynku i kolacja wystarczyły aby choć trochę zregenerować siły. Zasiedliśmy na tarasie i przy drinku zaczęliśmy omawiać wrażenia minionych godzin. Nadchodzący dzień miał być dniem wytchnienia. Należało przygotować więc sprzęt na kolejny dzień łowienia na rzece.  Zabraliśmy się do przygotowania przyponów z muchami tubowymi. Dwumetrowe fluocarbonowe przypony wiązane do masywnych kotwic Ownera uzbroiły nam muszki, które na trzymetrowych kijach katapultowaliśmy pod drugi brzeg, puszczając je z biegiem rzeki. Na żylce głównej dowiązany był 15 gramowy ciężarek umocowany w korku. Umożliwiał
on oddanie rzutu muchą, a po opadzie do dna, wlókł się po nim, hamując nieco wolny spław muszki tubowej. O to właśnie chodziło, aby muszka swobodnie sobie spływała i...łowiła. Taktyka była taka sama, jak 2 dni temu: 8 kilometrów marszu i obłowienie muszkami i błystkami wszelkich atrakcyjnych miejsc w rzece.


Nawet nie zauważyliśmy, gdy kolejny dzień zacząl chylić się ku końcowi. Bylo już po 18-stej. Umordowani przebytymi kilometrami i spinningowaniem dość ciężkim sprzętem, zbliżaliśmy się po mału do parkingu. Kolega zwinął już wędki i podążył do auta. Ja postanowiłem wytrwać jeszcze pół godziny. To była dosłownie ostatnia prostka. Szybki i nieco głębszy nurt z impetem rozbijał się o wielkie głazy tworząc wspaniałą kaskadę. Tym razem puściłem w bój 15 gramową blaszkę More Silda uzbrojoną w pojedynczy morski hak. Niebiesko srebrna imitacja śledzika wesoło podskakiwała na falach obijając się o podwodne głazy. Wtem przytrzymanie...Cholerny zaczep...sekunda na przekleństwo...niepotrzebnie, bo "zaczep" ruszył w górę rzeki. Adrenalina i pełna koncentracja. W czystej przezroczystej wodzie widziałem wyraźnie godowy hak na żuchwie łososiowatego samczyka. Łosoś odjechał pod prąd a hamulec kołowrotka zaterkotał jak szalony. Nie czułem już zmęczenia, ale żałowałem tylko,że akumulatorki mojej kamery akcji były już dawno wyładowane. Nie doczekały się... :-). Lewą ręką przytrzymywałem wędkę z szarżującą rybą, prawą sięgnąłem po komórkę i zacząłem kręcić wyczyny ryby. Ryzykowne to przedsięwzięcie, ale...udało się.


Mam piękną pamiątkę. Po 10 minutach salmon wylądował w podbieraku. Nie był duży,  70 cm, ale mój,wychodzony i wypracowany, jak nigdy...Dla takich chwil warto żyć! Kolega strzelił parę pamiątkowych zdjęć. . Tego wieczoru uszczęśliwiony wracałem do naszej bazy wypadowej
nad jeziorem, dumnie prezentując moim Bliskim Łososia ostatniego rzutu :-)

 


5
Oceń
(11 głosów)

 

Łosoś w ostatnim rzucie. Morrum. Szwecja. - opinie i komentarze

aldentealdente
+1
Najbardziej wkurza to, że redakcja samowolnie usunęła z pozycji zdjęcia głównego to zdjęcie, które ja zamieściłem jako "zdj. tytułowe". Zastąpili je zdjęciem, które jest technicznie słabsze i na dodatek je powiększyli. Takie działanie na pewno nie służy ulepszeniu tego portalu! (2015-10-02 17:35)
slawekkiel17slawekkiel17
+1
Gratulacje Andrzeju. Nagroda za wytrwalosc. Nie kazdego dnia lowi sie Lososie, nawet na Morrum. Przyjdzie taki dzien, ze wyciagniesz metrowa rybe z tej rzeki. Pozdrawiam Slawek *****5-ka (2015-11-04 17:51)

skomentuj ten artykuł