Łowiska zachodniopomorskie. Cz.13. Znaleźć rybę..... .


Wędkarz łowi to oczywiste ale czasem……   !
 
            Znalezione ryby! Czy wam to się też zdarzyło? Ja miałem tak cztery razy w życiu z tego trzy razy na tym samym łowisku. Pierwszy raz ryby „znalazłem” idąc z Ojcem od rzeczki którą w Koszalinie nazywano „Nutrie”. (Jest to jeden z cieków uchodzących do Jeziora Lubiatowskiego). Miałem wtedy może z osiem lat. Byłą wczesna wiosna, właśnie wtedy na tego typu wodach trwa ciąg ryb z jeziora do wolno płynących rzeczek na tarło lub za cieplejszą i lepiej natlenioną niż w jeziorze wodą. Szliśmy tak w stronę rzeczki którą nazywa się do dziś w tych okolicach „Manówką”. Wędrowaliśmy do miejscowości Bonin by stamtąd autobusem numer 13 dostać się do domu do Koszalina. O samochodzie jeszcze wówczas nawet nie marzyliśmy. Po minięciu jakichś trzcin zauważyłem na ledwo zieleniącej się wiosennej trawie „ żmiję”. Przestraszony zrobiłem krok w tył. Ojciec idący za mną już też ją zauważył i zaczął się śmiać. Byłem zdziwiony bo nagle schylił się i chwycił mocno „ żmiję „ w rękę.  Krzyknąłem co robisz? Ale było już za późno. Już ją miał. Z uśmiechem powiedział, że to nie żadna żmija tylko węgorz . Wyglądał pięknie Miał z kilogram. Obok wił się jeszcze drugi trochę mniejszy. Wiem , że to nie wędkarstwo ale nie takie rzeczy świat widział. Instynkt łowcy w niektórych ludziach jest bardzo duży. Naukowcy twierdzą, że wręcz atawistyczny. Po powrocie do domu zacząłem się interesować biologią węgorzy. I okazało się , że to ciekawsze niż niejedna książka historyczna czy przygodowa. Węgorz wszak na tarło płynie do Morza Sargassowego. A potem małe ledwo urodzone węgorzyki prądy morskie roznoszą na cały świat. Kiedy węgorz dotrze w głąb lądu do najdalszego akwenu to tam rozpoczyna bytowanie. Kiedy nadejdzie ten ważny czas rozrodu pcha się przez rzeki, kanały, przepusty, rowy i inne cieki do morza w naszym przypadku Bałtyckiego by popłynąć do swojego miejsca tarła. Skąd to wie i dlaczego tak jest do dziś jest powodem wielu sporów naukowców od ichtiologii. Zostawmy im ten temat i wróćmy do naszych węgorzy. Pewna ich grupa podejmuje wiosną wędrówkę do morza. Jeśli w międzyczasie woda w danym rowie przestała płynąć czyli wyschła, ryba ta może przebyć niewielkie odcinki bez wody i płynąć dalej. I widocznie dlatego napotkaliśmy wówczas na swojej drodze te dwie tajemnicze ryby.
            Ten przypadek był pierwszy. Natomiast następne trzy jak już wspomniałem spotkały mnie na tym samym łowisku, a jest nim Wielkie Jezioro Bobięcińskie. Ten ponad pięćsethektarowy lobeliowy zbiornik słynie z wielkich okoni i sielawowych szczupaków. Jest to łowisko piękne, surowe i bardzo trudne do łowienia z marszu. Nalży go poznać by mieć jakieś pozytywne efekty. Łowię tam już 40 lat i cały czas mnie zaskakuje. Na przykład tym , że już trzy razy znalazłem tam ryby. Pierwszy był szczupak ok. 5 kg W pewien lipcowy dzień szedłem od strony Cybulina łowiąc okonie na boczny trok. Pogoda ładna brania niezłe, widoki cudowne więc byłem bardzo zadowolony. Po kilkuset metrach przy małej zatoce zauważyłem w liściach grążeli grzbiet szczupaka. Myślałem w pierwszej chwili, że jest martwy. Jednak gdy podszedłem bliżej okazało się, że ryba oddycha. Wystarczyło podebrać go podbierakiem, nie miał siły uciekać. Po oględzinach nic nie wskzywało na obrażenia zewnętrzne. Czasem wszak ryba wymknie się jakiemuś zwierzowi, ale wtedy widać obrażenia , a tu nic. Oczywiście mogły być obrażenia wewnętrzne , ale te stwierdzić było trudno. Do dziś zachodzę w głowę co mu się stało. Kolega się śmiał, że może coś mu zaszkodziło albo zwyczajnie się źle poczuł.
            Kolejne dwie ryby „ znalazłem” tam jednego dnia. A były to ryby niebagatelne. Leszcz ok 5 kg i lin ok. 3 kg. Tego dnia łowiłem z mamą na tak zwanej „Ślepej zatoce” okonie i płotki. Jednak po 9 postanowiłem pochodzić ze spinningiem za okoniami i szczupakami. Po wyjściu na jezioro zauważyłem przy zielsku ogromnego leszcza. Był brunatno-złocisty. Wielki jak prosiak. Ledwo dyszał. Leżał jak kłoda. Jednak dał do siebie podejść i wprowadzić do podbieraka. Po krótkich oględzinach sprawa się wyjaśniła. Miał wysypkę tarłową i widać tak się zmęczył godami, że musiał odpocząć. Puściłem go wolno może dzięki niemu będzie więcej takich „łopat” w łowisku.
            Szedłem dalej rozmyślając nad tym zdarzeniem. Po około godzinie doszedłem do zatoki zwanej „Zatoką ze śluzą”. Rzuciłem pod wystający nad wodą korzeń i zdziwiony spostrzegłem wielkie cielsko lina. Zielony prosiaczek leżał na boku i ciężko dyszał. Wystarczył jeden ruch podbierakiem i już mogłem go obejrzeć. Widać było na lewym boku ślad po ataku innego zwierzęcia. Ślad świeżutki ledwie co zrobiony. Taki lin raczej by nie przeżył. Wyrwa na ciele był zbyt duża. Ten już nie doprowadzi do zwiększenia populacji w tym łowisku. Wracałem do domu dumając nad tymi dziwnymi wypadkami jakie mi się tego dnia zdarzyły. Łowić to jedno , znaleźć to całkiem coś innego. Łowienie jest o wiele ciekawsze i daje rybom większe szanse.     
 

 


3.7
Oceń
(11 głosów)

 

Łowiska zachodniopomorskie. Cz.13. Znaleźć rybę..... . - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł