Łowiska zachodniopomorskie cz 27. Nadzieja umiera ostatnia.


Zawsze jest nadzieja.
 
            Chciałem dzisiaj opisać kilka zdarzeń z mojego wędkarskiego notatnika, które potwierdzają zasadę, że nigdy nie można rezygnować, jeśli nawet widzimy że komuś nie wychodzi. To, że ktoś nie złowił nie znaczy , że my nie złowimy. Przecież tak jak nie ma dwóch takich samych wędkarzy to i inne składowe muszą też być zawsze inne. Choćby sprzęt. I nie chodzi tu o jego cenę czy elegancję. Często przychodząc nad dane łowisko pytamy napotkanych łowców co bierze! Jednak robimy to bardziej sondażowo ogólnie niż na poważnie. Często takie pytania dają nam pewną wskazówkę. Jednak często szczególnie jak mówią, że nie bierze to raczej nie wierzymy. Z różnych zresztą przyczyn. Najczęściej mamy zaufanie do własnych umiejętności albo nie doceniamy innych. Jednak nie jest to takie proste. Niekiedy wystarczy inny kąt rzutu, inna przynęta, inne prowadzenie, inny kolor i my łowimy a inni nie. Dawno temu nad Łebą byłem z Kolegą ze studiów ( pozdrawiam Cię Adam) i okazało się że w z pozoru pustej rzece jest dużo ryb. W ogóle Adam był leworęczny więc łowił kołowrotkiem zamocowanym ku górze wędziska (dziś tacy jak on mają sprzęt dla leworęcznych). Już to wydawało mi się dziwaczne ale co tam fajny kolega więc łowimy. Po około 10 minutach rozdzielamy się bo Górna Łeba powyżej Bożego Pola jest raczej rzeką dla jednego. Spotykamy się po czterech godzinach łowienia. Wynik: ja – zero, nie licząc kilku niewymiarków. Adaś przynosi 3 pstrągi czterdziestaki. Zaaferowany pytam na co? On pokazuje mi Meppsa Aglie 2 ze srebrną paletką (jego ojciec pływał wówczas na trawlerach więc miewał takie fajne błyskotki). Jestem mocno zdziwiony. Bo ja przez ten cały czas łowiłem też na taką samą błystkę i nic. Kije podobne, żyłka ta sama. Pytam go gdzie tkwi sekret! A on mówi. Od lat jak przychodzę nad rzekę to nie idę ścieżką którą wydeptali wędkarze. Wchodzę tylko tam gdzie nikt nie stał, gdzie trzeba wydeptać trawę, nagiąć pokrzywy, przydeptać łoziny. Jest trudniej się poruszać, ale zaskakuje pstrągi z takiej perspektywy jak rzadko kto. Prawda , że genialne. Nam się z reguły nie chce. Bo krzaki, bo komary bo……. . Radzę jednak spróbować i w rzekach i jeziorach tego sposobu.
            Inne zdarzenie wiąże się z rutyną starszych wędkarzy i ich lekceważeniem młodych adeptów wędkarstwa. Z reguły robią coś źle. Ale często robią z braku wiedzy coś niby głupiego, a wyniki okazują się lepsze. Kiedy prowadziłem koło wędkarskie w SP 18 w Koszalinie (pozdrawiam wszystkich którzy jeszcze łowią i już przestali) tradycją było, że w weekend zabierałem jednego, dwóch uczniów na moje wyprawy wędkarskie. Jednego dnia wyjechałem na jezioro Płociczno koło Gołogóry z Grzesiem R. Wchodzimy do wody. Jest wrzesień. Szczupak tylko na nas czeka. Pogodnie. Ja idę pierwszy, a jakże chłopaka wydawało się zostawiam bez szans. Łowimy z 15 minut gadamy. Bez brań. Zaczynam się niepokoić. Może zmienić łowisko. Wtedy nagle Grzesiek brodzący za mną jakieś 10 m sygnalizuje branie. Faktycznie jest ładny szczupaczek. Długi czas był rekordem naszego koła (jeśli dobrze pamiętam 1,64 kg). I tak znowu się okazało, że nie kto pierwszy ten lepszy, że liczy się szereg innych czynników o których często nie mamy pojęcia.
            W tamtym roku pojechałem na jezioro Topiele koło Sianowa. Myślę sobie po pracy troszkę pomacham wędą. Zajeżdżam, przebieram się , składam sprzęt. Wieje ostro, gdzieś majaczą deszczowe chmury. Myślę zobaczymy. Wchodzę do wody, spotykam gościa z gruntówką. Mówi do mnie. Panie. Pięć godzin chodziłem za szczupakiem. Dziś nic nie wyda. No myślę sobie. To lipa. Ale jak już jestem żal nie porzucać. W ten dzień miałem trzy bardzo ciekawe brania. A wiecie, że bywa znacznie gorzej. Gdybym posłuchał faceta to nic tylko sprzęt zwijać i do domu. Jak wracałem zapytał. Nic. Odpowiedziałem nic bo ryby wypuszczone i tak by nie uwierzył.
            Innym razem kolega Piotrek nauczył mnie przypadkiem, jak ważna jest wiara w przynętę. Na początku lat dziewięćdziesiątych mieliśmy zajawkę na ciekawe pstrągowe woblery. Kupiliśmy po kilka takich w Słupsku na Tuwima i pojechaliśmy na Studnicę. Niestety kilka się urwało i został mi tylko jeden. Taki jakiś słabo chodzący, no nie wiem słaby  nie podobał mi się za Chiny. Zacząłem łowić na obrotówkę, a Piotrek zawiązał tego woblera i bez moich kompleksów zaczął rzucanie. Nie przywiązywałem wagi do tego co się dzieje , aż do momentu kiedy idąc po dwóch stronach rzeki zauważyliśmy leżący w poprzek pień drzewa. Kiwnęliśmy do siebie głowami, że najpierw obławiam go ja, a potem on. Wykonałem trzy piękne rzuty. Błystka chodzi cudownie. Woda czysta, a ryby brak. Po ostatnim rzucie sięgnąłem do kieszeni po gumę do żucia od niechcenia patrząc na rzuty Piotrka trefnym woblerem. Po drugim rzucie z pod pnia wyskoczył piękny potok. Piotrek szczęśliwie go wyholował, a ja patrzyłem jak na taką marną według mnie przynętę kolega obija mi dupsko w codziennej wędkarskiej rywalizacji. I może nie chodziło o samego woblera, może o prowadzenie, kąt rzutu, szybkość prowadzenia – wszystko jest ważne.
            Swoją drogą niektórzy wędkarze są jakby wynalezieni tylko do narzekania. Już od wyjścia z samochodu zawsze coś im się nie podoba. Nie to łowisko. Jakbyśmy pojechali na Trzebień to byśmy „nawalili”. Albo . Dziś pełnia. Ryby nie będzie. Albo. Rybacy przełowili. Których na wodach PZW Koszalin akurat nie ma ale co tam. Częste jest też za mało zanęty, albo ciekawsze „przenęcone”. Fajne też jest. Gdybym miał wodery! Jakby na wodery coś brało.  Ciekawie brzmi zawsze. Gdybym miał żółte białe robaki. Albo na lodzie. A bo on ma ochotkę. Kiedyś na jeziorze Ciszęciono łowiliśmy z lodu od rana bez żadnych efektów. Mróz był jak mówią górale sakramencki z minus 15. Podszedłem do gości co łowili na górce. Gadamy. Okazuje się, że ekipa jest z Miastka. Że kiedyś to Panie były garbusy. Jak je zaciąłeś na 50 metrze i szybko wyciągałeś to nie zdążyły wyrównać ciśnienia i napuchały jak balony. Ale dziś nic, bo zimno i w ogóle. Patrzę , że faktycznie pod dziurą jest z 30 m głębokości. Na moim kołowrotku już powoli widać koniec szpuli. Wrzucamy w te same dziury różne błystki. Poziomki, mazurskie „oblanki”, sklepowe świecidełka i dalej nic. Wreszcie przypominam sobie , że przecież mam dwie błystki na które nigdy nie łowię bo wydają mi się zbyt wielkie i jakieś nie takie tylko z jednym haczykiem. Były to fińskie Kuusamo w kolorze srebro-mosiądz. Już w drugiej dziurze zapinam serię 5 okoni po pół kilo. Faceci zdziwieni, ja jeszcze bardziej. Przecież je kupiłem bo ładnie wyglądały, ale bez przekonania. Po godzinie brania ustają. Faceci na odchodne spisują nazwę, obiecując, że kupią sobie takie. Notabene od tamtej pory już na nie, nie łowiłem, bo zawsze wydają mi się za ogromne itd.. Tak to bywa.
            Innym razem na Jeziorze Bobięcińskim łowiąc od dwóch godzin obok wyspy spotykam znajomego autochtona Zbycha. Witamy się, gadamy. Mówi, że idzie do domu bo wyrąbał siekierą z 50 dziur, a brań nie ma. Zniknął za wyspą, a mi nie chciało się już też robić nowych dziur, więc wrzuciłem błystkę w jego otwór w którym przed chwilą łowił. Jakież było moje zdziwienie jak raz za razem wyciągnąłem na lód ponad 70 okoni. A potem znów nic. Kiedy go spotkałem po kilku dniach nie chciał mi uwierzyć w taki obrót sytuacji. Jednak ja wiem że i tak bywa.
            Na koniec przypadek mojej mamy mówiący o tym, że zarówno na rybach jak i w życiu trzeba się kierować własnym rozumem i do rad podchodzić z dużą rezerwą. Jeździmy czasem nad zatokę Jeziora Bobięcińskiego między wsią Bobięcin a Żydowem. Ja idę na okonie mama z racji wieku siedzi sobie i łowiąc odpoczywa w pięknych ostępach nomen omen Głuszy. Pewnego lipcowego poranka miała chęć połowić liny, które się do tej zatoki często zapuszczają. Jednak z rana nic nie brało, a na domiar złego nad jeziorem pojawili się płetwonurkowie. Narobili hałasu. Potem podeszli do mamy mówiąc, że pływali tu dwie godziny i żadnych nawet małych ryb tu nie znaleźli. Zmartwiła się kobieta. Ale, że nad wodą to najbardziej lubi być, łowiła dalej. W kolejnej godzinie na rosówkę złowiła piękne 3 liny zwane prze niektórych złocistymi prosiaczkami. Może kłamali, może przypłynęły może…

 


3.8
Oceń
(10 głosów)

 

Wedkuje.pl poleca

 

Łowiska zachodniopomorskie cz 27. Nadzieja umiera ostatnia. - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł