Majówka z sandaczem

/ 9 komentarzy / 2 zdjęć


Tak, tak, ten tytuł to nie pomyłka choć być może niektórym z Was podniesie nieco ciśnienie. Niepotrzebnie. Ale po kolei:

Nie tak dawno kupiłem nową wędkę. Szukałem, czytałem fora, porównywałem, w końcu wybór padł na jedną z delikatnych okoniówek. Wędkę kupiłem w poniedziałek, na testowanie przyszło mi czekać do soboty, tuż przed majówką. Byłem bardzo ciekaw jakie to będzie łowienie – czy naprawdę jest taka czuła i łowna jak piszą o ultraspinningu na forach inni użytkownicy? Niektórzy twierdzili że kij ten łowi niemal sam, zaczęło mi się więc udzielać nieco irracjonalne myślenie. Nigdy nie łowiłem takim delikatnym wędziskiem, do tej pory używałem taniego, teleskopu 2.7m 10-35g. Studziłem więc głowę naładowaną informacjami o magicznym kijku. Cały tydzień przyszło mi czekać aż w końcu przyszedł wyczekiwany dzień próby. Wybrałem się na okoliczną rzeczkę – założyłem główkę 3g z małym twisterkiem i zaczynam łowienie. Drugi rzut i czuję pod ręką charakterystyczne „tyr, tyr, tyr” – uwiesił się mały okonek. Biorąc pod uwagę posuchę ostatnich dwóch miesięcy, sam fakt że uczepił się pyszczkiem jakikolwiek okoń był bardzo budujący. Przy okazji przypomniałem sobie jak to jest czuć branie na ręku, posucha spowodowana przedłużającą się zimą spowodowała że zacząłem już zastanawiać się czy to faktycznie brak brań czy też ja ich po prostu nie czuję. Przez następne kilka godzin złowiłem kilkanaście okoni, wszystkie praktycznie w ten sam sposób. Branie następowało w momencie kiedy zatrzymywałem przynętę lub zmieniałem kierunek prowadzenia przynęty. Nowa wędka dała mi bardzo dużo przyjemności z łowienia, cieszyłem się więc z udanego zakupu.



Następnego dnia rano udałem się w dokładnie to samo miejsce, mając nadzieję na bardziej udany połów. W końcu większość wczorajszych okoni to niewielkie sztuki. Niestety, tego dnia częstotliwość brań była wyraźnie mniejsza, przez 2 godziny złapałem 3 lub 4 maluszki, drugie tyle się wypięło. Być może na taki stan rzeczy wpłynęło wyraźne obniżenie się poziomu wody. A może były inne tego przyczyny. Nie namyślając się długo postanowiłem odwiedzić łowisko o którym słyszałem że jest atrakcyjne pod względem występowania pasiaków ale nie miałem jeszcze okazji tam łowić. 15 minut później byłem na miejscu. Nad wodą powitał mnie pan łowiący na gruntówki, oraz bezdomny kot który łasił się do wędkarza w nadziei że dostanie jakąś rybę. Człowiek ten nie był zadowolony ze swojego połowu ale zdradził że jakieś 20 minut wcześniej inny wędkarz złowił przy nim sporego garbusa. Tego mi właśnie trzeba – pomyślałem i udałem się w poszukiwaniu dogodnego stanowiska. Nie było o nie trudno, nabrzeże obfitowało w wymyte wyrwy z łagodnym dnem, po chwili przechodzącym w toń, do tego wszędzie pełno zwalonych przez bobry drzew. Zmontowałem wędkę, założyłem małego twistera na 3-gramowej główce i zacząłem obrzucać miejsca które wydawały mi się być dobrymi kryjówkami pasiastych rozbójników. Na branie nie trzeba było bardzo długo czekać, nie wykonałem 10 rzutów gdy poczułem energiczne i mocne „tyr, tyr, tyr”. Zacinam i czuję że ryba „siedzi” i kotłuje się uczepiona do żyłki, ta kręci kółka na powierzchni wody, w miejscu stykania się z nią a ja oczyma wyobraźni widzę już swój okoniowy rekord. Po krótkiej chwili widzę jednak pod powierzchnią wody wydłużony kształt. Pierwsze co mi przyszło do głowy to że uczepił się szczupak. Ryba zaczęła szamotać się na powierzchni wody, spodziewałem się więc szczupakowej świecy. Zamiast świecy szczupak ukazał mi swoje pionowe paski. Sandacz! Nigdy przedtem nie złowiłem sandacza, w ogóle moje dotychczasowe wędkarskie dokonania były (i są dalej) skromne. Na jego widok poczułem uderzenie adrenaliny. Tylko spokojnie, jest już przy samym brzegu, tylko spokojnie – powtarzałem sobie w duchu. Szybko wysunąłem zdobycz na brzeg. Zgłupiałem – nie spodziewałem się sandacza. W tamtym roku kilkakrotnie próbowałem złowić mętnookiego, nawet nie raczył powąchać mojej przynęty. A teraz połasił się na małego twisterka! Z drugiej strony, krótki wędkarski staż podpowiadał mi że może po prostu mało jeszcze widziałem i nie jest to nic dziwnego. Zgłupiał chyba też kot łachudra na widok ryby. No i zaczęło się! Sandacz wyrywa mi się z ręki, kot próbuje zabrać mi zdobycz, ja przeganiam kota, żyłka się plącze, mało nie łamiąc szczytówki, sandacz kaleczy mi dłoń płetwą grzbietową. Po chwili jednak sytuacja opanowana. W czasie walki ryba wypięła się sama, kot gdzieś uciekł, odmierzam więc szybko długość ryby na wędce. Oczywiście nie wziąłem ze sobą miarki, no bo po co? Na szczęście ryba idealnie wpasowuje się długością w odcinek miedzy końcem dolnika a naklejkę na blanku i szybko wypuszczam rybę do wody. Po krótkim odpoczynku na moich rękach, ryba odpływa w toń a ja zostaje na brzegu dumny jak paw, z rozciętą ręką i …pieczącym karkiem. Nie wiem co się wydarzyło – chyba w czasie walki z kotem o rybę zahaczyłem o kolec rosnących przy brzegu krzaków.

Branie nastąpiło prawie pod moimi nogami w miejscu gdzie delikatnie opadający brzeg przechodził w ostry spadek dna. Cały hol trwał nie dłużej niż pół minuty, trudno było mówić o jakiejkolwiek walce. Mimo to byłem szczęśliwy, to moja największa ryba. Porzucałem jeszcze trochę w poszukiwaniu mniejszych kuzynów mojej zdobyczy ale jedyny kontakt z okoniem polegał na sporadycznym odprowadzeniu przez rybę przynęty. Spakowałem się więc do samochodu i czym pędem do domu zmierzyć odcinek wędki i pochwalić się żonie. Oczywiście w miarę upływu czasu w czasie jazdy, w mojej głowie złowiony „potwór” osiągał co raz to bardziej imponujące rozmiary. Na oko po złowieniu miał ok. 50cm, pod domem już wydawał mi się podchodzić pod 60kę albo i lepiej. Ostatecznie pomiar odcinka wędki wskazał 48cm. Trochę rozczarowany tym faktem, pocieszałem się że tam gdzie go złowiłem obowiązuje limit 45cm więc nie będzie już mi kolega z pracy dogryzał że mój dotychczasowy rekord należał do niewymiarowego szczupaka. Przynajmniej tyle dobrego.

3 dni później pojechałem tam raz jeszcze. Tym razem obrałem inne stanowisko, z dala od sandaczowej toni, w końcu moim celem był okoń. Po godzinie miałem dosyć bezowocnego biczowania wody, zmieniłem więc znowu miejsce. Kilka, kilkanaście rzutów i czuję branie, zacinam, ryba siedzi, krótki hol i moim oczom ukazuje się.. sandacz. Ta sama więc procedura, ślizgiem wyciągam rybę na brzeg, odczepiam przynętę, sandacz znowu kaleczy mi rękę – choć tym razem delikatniej, w końcu bardziej na tą płetwę uważałem. No i przecież większe już miałem obycie z sandaczami, przecież to mój drugi w życiu! Jego długość nie dochodzi do naklejki na blanku więc szacuję ok 47cm i wypuszczam rybę do wody. Ryba połasiła się na większego ciut twisterka na małej główce. Nie chcę więcej sandaczy, przyjechałem tu na okonie, zmieniam więc stanowisko raz jeszcze. Znowu bezowocne biczowanie wody, udaje się więc na stromą skarpę z której łowiło dwóch wędkarzy na drop shota. Chwalili się dwoma, ponoć sporymi garbuskami, montuję więc zestaw i próbuję swoich sił tą metodą. Nigdy nic w taki sposób nie złowiłem a tu nagle bang i siedzi na końcu żyłki…sandacz…nie inaczej. Tym razem miałem już dosyć, zsunąłem się ze skarpy do brzegu, odczepiam rybę (nauczony poprzednimi doświadczeniami z ostrą płetwą grzbietową chwytam ją na wysokości skrzel od strony brzucha), na szybko odmierzam rybę wędką – ok 46cm i wkładam do wody. Mętnooki szybko odpływa w toń a ja wracam na skarpę. Ciekawe czy będziesz taki chętny na współpracę ze mną jak skończy się okres ochronny – pomyślałem sobie. Porzucałem jeszcze trochę, wydaje mi się że jakieś brania miałem – nie znam dobrze jednak tej metody (drop shot) więc trudno było mi je rozpoznać. W drodze do samochodu zaczepił mnie wędkarz pytając o wyniki. Na informację o dwóch sandaczach zaczęły mu się świecić oczy. Przypomniałem mu więc do kiedy trwa okres ochronny. Ten tłumaczył się że pozwolenie ma dopiero od nie dawna i nie znał okresów. Przerażające jest to nad wodą jest pełno takich dziadów.

Na moją sandaczową miejscówkę pojechałem w poszukiwaniu okoni raz jeszcze pod koniec majówki. Oczywiście ten sam scenariusz, okonie odprowadzają gumkę i nic. A na koniec łasi się sandacz. Tym razem miałem ze sobą miarkę – ryba miała 45cm. Co ciekawe, najmniejsza ze złowionych walczyła najzajadlej. Przynęta zapięta była nieco głębiej niż przy poprzednich trzech przyłowach, na szczęście mam ze sobą zawsze multitoola i po chwili rybka cieszyła się wolnością.

Tak zakończyło się moje majówkowe łowienie. Mam nadzieję że kiedy przyjdzie sezon na sandacza ten nie wypnie się na mnie i jeszcze kiedyś się spotkamy. Widok odprowadzanej przynęty przez tą przepiękną rybę czy moment kiedy uwolniona, znika w ciemnej toni jest niesamowity. Póki co nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu, być może w inne miejsce, bo chciałbym podreperować swoje mizerne okoniowo-szczupakowe wyniki. Czego życzę i sobie i Wam wszystkim!

Pozdrawiam,

Konrad

 


4.9
Oceń
(16 głosów)

 

Majówka z sandaczem - opinie i komentarze

grisza-78grisza-78
0
Cóż za natrętne sandacze ;) Wspaniała przygoda, bardzo ciekawie opisana. Ode mnie oczywiście *****. Pozdro! (2013-05-08 08:47)
Lin1992Lin1992
0
Dobry wpis.Miło się czytało :) (2013-05-08 09:49)
użytkownik116538użytkownik116538
0
Ciekawy wpis, 5 leci :) (2013-05-08 12:26)
karateka994karateka994
0
***** (2013-05-08 13:56)
arbusarbus
0
Ciekawy wpis (2013-05-08 14:22)
rafal93rafal93
0
naprawde fajny wpis ;) piątka a tak poza tym możesz sie podzielić jaki to kijek sam mam w planach zaopatrzyć sie wjakiś spining ;) (2013-05-08 19:26)
damiangrzeskowiakdamiangrzeskowiak
0
*****. (2013-05-08 20:59)
gravediggiegravediggie
0
Cieszę się że się podoba :) Dzięki za komentarze i oceny, "magiczny kijek" to Mikado Lexus Sapphire 2.6m cw do 13g, pozdrawiam! (2013-05-08 22:15)
rafal93rafal93
0
Lubię kije mikado pożądne i w przystępnych cenach ;) (2013-05-09 14:56)

skomentuj ten artykuł