Mój prawdziwy pierwszy raz na rybach

/ 2 komentarzy

Z pamiętnika........

Mój prawdziwy pierwszy raz.....

Pisałem już o moim pierwszym razie i opowiadałem o nim wielu osobom. Rzecz dotyczyła pierwszego złowionego przeze mnie szczupaka, rybę która odmieniła moje podejście do wędkowania, zmieniła w jakimś stopniu również moje życie. Teraz jednak, chciałbym podzielić się z Wami opowieścią, jak to wszystko, tak naprawdę się zaczęło. Gdzie i kiedy ? Co spowodowało, że ryby stały się moim życiem? Jak zrodziła się obsesja, która trwale odcisnęła piętno w moim sercu i życiu zawodowym.
Miałem wtedy siedem lat i spędzałem wakacje u Babci, w miejscu w którym wychowywałem się do trzeciego roku życia, miejscu wielce magicznym. Magię tę tworzyła przede wszystkim moja opiekunka, super Babcia, cud kobieta. Magia ta, to również różnorodność drzew, krzewów, kwiatów, dzikiej bez ingerencji ludzkiej przyrody, zwierzyny oraz ….mojego ukochanego stawu. Zbiornik mój wspaniale wkomponował się w ten cudowny krajobraz. Las i staw tworzył fantastyczne dzieło matki natury, miejsce w którym zatracałem się do nieprzytomności. Pomimo młodego wieku, byłem w stanie znaleźć tam ciszę i spokój a w moim stawie podziwiać pływające ryby, magiczny rechot żab, szum strumyka, który wpadał do mojego stawu i nadawał temu miejscu niecodzienny klimat. A jakie tam były zachody słońca!!! Kiedy majestatyczne słońce, zniżało się stopniowo do granic horyzontu, nadawało niebu lekko czerwonkawy kolor. Broniąc się przed ciemną nocą, mieniło się jeszcze przez chwilę, pełną paletą odcieni pomarańczu. Oddalając się, pozostawiało za sobą kolorowe smugi, za którymi bardzo delikatnie rozświetlone resztki słońca bledły, a niebo stawało się coraz to ciemniejsze. Właśnie wtedy wołała mnie Babcia do domu.
Co może być wspanialszego niż piękno natury? To wszystko nadaje przecież życiu sens i właściwy rytm.
Miejscem w którym się wychowywałem i spędzałem każdą wolną chwilę, był stary przedwojenny pałacyk, który w spadku po sobie pozostawił dziedzic, były właściciel naszej wioski. Mieszkało w nim kilka rodzin i min. moja Babcia. Rozległą przestrzeń wokół pałacu z jednej strony wypełniały pola, lasy i dwa stawy a z drugiej PGR.
Stawy jak pisałem wyżej, były dwa, jeden głęboki, otoczony drzewami, z kładką do wędkowania dla kilku osób i co ważne z pięknymi rybami. Obok nich ogródkowe uprawy mieniące się rozmaitymi barwami. Z jednej strony jaśnieją, mieniąc się złotymi kłosami, z drugiej zielenieją sadzonkami ziemniaków i plantacją ogórków, a jeszcze gdzie indziej czerwienieją, pachnącymi, soczystymi pomidorami. Z drugiej zaś soczysta zieleń rozległych łąk, zachęcająca do pozbycia się obuwia i biegania po miękkiej, wilgotnej z rana trawie, będącej doskonałym miejscem do słodkiego wylegiwania się na pachnącym „dywanie”, z którego można było obserwować błękit czystego nieba. Dopiero tutaj można w pełni uzmysłowić sobie łączność człowieka z naturą i funkcjonować w zgodzie z wyznaczonym przez nią harmonogramem. Co pływało w moim stawie? Przede wszystkim karasie, prawdziwe złote karasie, z czarnymi jak smoła grzbietami, okrągłe jak paletka do pig-ponga i waleczne jak łososie. Oprócz nich głównymi lokatorami mojej wody były sazany, okonie, liny i w mniejszej ilości szczupaki. Drugi staw otoczony z jednej strony lasem, z drugiej ogromnymi drzewami kasztanowca, był niedostępny do wędkowania. Wody w nim było bardzo mało, a brzegi zaszlamione i mocno zarośnięte kosaćcem, pałką wodną i turzycą. Nikt tam nie łowił, choć wszyscy mówili, że szczupaki pływają tam wielkie jak noga! Na samą myśl, dreszczyk przeszywał mnie całego. Nie miałem ułatwionego wędkarskiego życia. W mojej rodzinie nikt nie wędkował. Ojca ta profesja nie pociągała, dziadek mój zmarł kilka lat wcześniej, a wuj który mieszkał na parterze pałacyku, miał swoje zasady i nas „łepków” tylko znad wody wyganiał. Mama była też przeciwna mojej niecodziennej pasji, z powodu młodego wieku nie dawała mi samemu chodzić nad wodę, ale od czego są Babcie! Babcia była moim adwokatem w tamtych czasach i to dzięki niej, mogłem nowe hobby w sobie należycie pielęgnować. Pewnego dnia poszliśmy zakupić wędkę,a że sklep był niedaleko( las leszczynowy rósł za naszym ogródkiem) w ciągu kilku minut wędzisko było gotowe. Tu o dziwo z pomocą przyszedł wuj. Pięknie wystrugał mi całą wędkę ze skórki leszczyny, zostawiając ją jedynie na rękojeści. Z domu dostałem od Babci kawałek nitki i szpilkę. W prezencie od wuja dostałem spławik, wystrugany przez niego własnoręcznie z topolowej kory. Teraz jakaś przynęta i łowienie ryb stawało się tylko kwestią czasu. Niestety na moją wędkę czepiały się tylko malutkie karaski, które jednak z wielką dumą przynosiłem do domu jako trofeum na kolację. Babcia próbowała mi wytłumaczyć, że takie maleństwa trzeba wypuszczać bo muszą one jeszcze podrosnąć. Rozumienie jej słów było dla mnie bardziej niż trudne ale dziś wiem, że to ona właśnie była pierwszą osobą, która nauczyła mnie szacunku do ryb, tłumacząc odpowiednio jak należy z nimi postępować, aby w przyszłości łowić większe sztuki. Podczas jednej mojej zasiadki, zająłem dumnie jedno z wolnych miejsc, obok starszyzny. Z jednej strony miałem sąsiada, z drugiej mojego wuja Kazika. Obaj łowili średniej wielkości karasie, a ja nie miałem nawet brania. W pewnym momencie spławik drgnął. Po chwili zakołysał się, lekko drgając, po czym zniknął pod wodą.
Tnij !!! – krzyknął wuj.
Zaciąłem..... ale ryba, która była na haczyku, nie ułatwiała mi zadania. Szalała straszliwie a rzucając się, pieniła wodę rozrywając ją na małe kawałki. Powoli próbowałem rybę podciągnąć do brzegu.....a gdzież tam!!! Jakie powoli!
Ile tylko sił było w siedmioletnich rękach, tak mocno i szybko chciałem zobaczyć ją na brzegu. Niestety ryba była lepsza ode mnie. Urwała haczyk (SZPILKĘ), porwała nitkę i rozwiała wszelkie marzenia o prawdziwym, przeznaczonym dla dorosłych trofeum. Ze złości wyrzuciłem kij do wody. Spać tego wieczoru nie mogłam wcale. Nie dość, że straciłem cały zestaw to jeszcze w tak głupi sposób pozbyłem się mojej leszczynki. Rzucałem się na boki i mamrotałem coś przez całą noc pod nosem. W końcu poległem. Z samego rana, za sprawą Babci, czekała już na mnie niespodzianka. Nowa, najprawdziwsza w świecie żyłka! Prawdziwa tęczanka...całe 3 metry! Całości szczęścia, dopełniał ciemny kuty haczyk, w rozmiarze co najmniej 1/0. To wszystko uprosiła u swojego szwagra. Pamiętam, że ubranie się zajęło mi minutę, spałaszowanie śniadanie następną, jeszcze tylko trampki i już szukałem nowego kija. Na znalezienie nowej leszczynki nie było czasu. Wpadłem do ogródka. Były tam zagony grochu i z których bez wahania wyciągnąłem jedną, najdłuższą tyczkę. Zawiązałem żyłkę, a Babcia nawlekła spławik i dowiązała haczyk. Pozostało znaleźć coś na haczyk. Robaków nie było nigdzie, ze względu na suszę. Pochowały się gdzieś głęboko. Pobiegłem do kuchni. Złapałem kawałek chleba. Zajrzałem do miski, były tam, kilkudniowe, lekko kwaśne już pyzy, przeznaczone na skarmienie kur. Złapałem dwie i pobiegłem z kolegą nad staw. Stanęliśmy nad brzegiem. Cały zbiornik pokrywała rzęsa. Myślałem gdzie zarzucić zestaw. Nagle zauważyłem, po mojej prawej stronie fale i poruszający się kożuch z rzęsy. To żerujący karp, podążał przy brzegu na swoją stołówkę. Ekspresowo na haczyk założyłem pyzę i podrzuciłem karpiowi. Przepłynął. Spróbowałem ponownie. Tym razem skutecznie. Spławik zginął pod wodą. Zaciąłem. Jest! Karp szalał i walczył jak wściekły ale ja nie dawałem za wygraną. Wiedziałem, że mam większe szanse niż ostatnio. Miałem przecież prawdziwą żyłkę i haczyk! Jednak słabym ogniwem okazała się sama wędka. Wysuszona tyczka nie amortyzowała w żaden sposób odjazdów i szarpnięć karpia. W jednej chwili pękła na pół. W ręku została mi tylko jedna jej część a druga wraz z karpiem oddalała się spokojnie na środek stawu. W jednej chwili mój kolega, ośmioletni Piotrek skoczył do wody i złapał brakujący element mojej wędki. Oddał go w moje ręce i z jego pomocą wyciągnąłem smoka na brzeg. Był ogromny, takiego jeszcze chyba nikt na naszym stawku nie złapał. Piękny czarno złoty sazan, ledwie dawałem radę trzymać go na rekach ale on walczył ze mną cały czas. Raz po raz wił się i spadał z rąk na ziemię. Zdjąłem szybko buzę dresową i owinąłem nią karpia. Związałem go rękawkami i poszliśmy do domu. Piotrek darł się w niebogłosy.
Ludzie, ludzie!!!.... złowiliśmy rekina!!! Wszyscy wybiegli na podwórko. Każdy podziwiał mój łup a ja dumny byłem z siebie jak nigdy dotąd. Wszyscy mi gratulowali a w szczególności oczywiście moja Babcia. Była ze mnie dumna, a ja cieszyłem się takim właśnie stanem rzeczy. Wujek przyniósł wagę, położył na niej złowionego karpia i uroczyście zakomunikował;
Całe pięć kilo!!! Kochani waży pięć kilogramów.
Z minuty na minutę stawałem się większy i zyskiwałem uznanie starszych a w szczególności mojego wuja, który podszedł do mnie, pogratulował po czy zniknął w swojej komórce.
Zazdrośnik... i kiedy tak pomyślałem, stanął przy mnie właśnie on. W ręku trzymał pięknego, dwuczęściowego bambusa!!!
Dla takiego wspaniałego wędkarza – powiedział …. musi być wspaniała nagroda!!! To dla Ciebie Jacku – dodał ….Twoja nowa wędka!!! Mam nadzieję, że teraz dopiero zaczniesz łowić same duże ryby. W taki właśnie sposób stałem się posiadaczem nowego, super nowoczesnego jak na tamte czasy zestawu. Kiedy tylko rodzice dowiedzieli się o moim sukcesie, zakupili mi kołowrotek i kilkanaście metrów żyłki. Pomimo tak młodego wieku, łowienie stało się moją pasją. Nad wodą przesiadywałem od rana do wieczora, oczywiście z moją nową, super łowną bambusówką!

 


4.9
Oceń
(13 głosów)

 

Mój prawdziwy pierwszy raz na rybach - opinie i komentarze

marek-debickimarek-debicki
0
Gratuluję spomnień, emocji i pięknego opowiadania. Pozdrawiam i *****pozostawiam. (2014-06-19 12:29)
areqareq
0
super napisane, wspaniałe wspomnienia ! Pozdrawiam, (2015-11-05 13:50)

skomentuj ten artykuł