Mój wędkarski życiorys...

/ 7 komentarzy

Czymże jest dla mnie wędkarstwo? Można by spytać. Odpowiedź była by krótka, oczywista zdawać by się mogło. Całym życiem. Zacznijmy może od początku. Wirus wędkarstwa drąży me ciało od lat przedszkolnych. Wyrył w mojej białej karcie życia głębokie bruzdy, które pozostały na zawsze, przyjemnym wspomnieniem, do którego chce się wracać. Tego nie da się zapomnieć. Pierwsze wędkarskie wspomnienie to wspólne wyjazdy z Romanem, moim wujkiem, który stał się moim pierwszym nauczycielem wędkarskiego rzemiosła. Wiekowy bambusowy kij, żyłka za gruba do takiego zestawu, musiała jednak wytrzymać zmagania nie tylko z rybami, ale również z przybrzeżnymi chaszczami. Delikatny spławik, ołów zwijany z taśmy, haczyk, kilka drobiazgów w kieszeni. Pierwsze ryby to ukleje, z kanałów koninskich, pierwsze kiełbie, płotki leszczyki z Warty. Widzę to jak na niemym filmie, jakby za mgły, czar wspomnień, powraca jak bumerang. Później, gdy już podrosłem i stałem się szczęśliwym posiadaczem karty wędkarskiej nastał czas potajemnych wyjazdów nad kowalewskie glinianki. Wiernym towarzyszem w tych ucieczkach był mój kolega z ławy szkolnej Krzysztof zwany również Filutem. Ukradkiem pod pozorem wyjazdu na miejskie stawy jechaliśmy na oddalone o sześć kilometrów glinianki. Duża, głęboka woda dreszczyk emocji na dziecięcej twarzy. Pierwsze marcowe okonie, zgrzytanie zębami, herbata z termosu. Zimno, przenikliwe zimno to było coś niezapomnianego. Pomimo tych przeciwności losu szczęśliwi byliśmy niesamowicie Później było lipcowe tarło linów obserwowane ukradkiem. Grube wypasione brązowozłote prosiaczki. Sześdziesiątaki, jak nic to działało na młodocianą wyobraźnię. Przyszedł czas na kolejnym etapem wędkarskiej edukacji było czytanie wszystkiego, co było dostępne w księgarniach, antykwariatach, bibliotekach, czy kioskach, a tyczyło wędkarstwa, nadwodnej przyrody. Czasy, jakie były każdy wie gazety ukazywały się z trzymiesięcznym opóźnieniem, nie miało to żadnego znaczenia i tak cieszyły wielce. Moją biblią stało się Wędkarstwo Rzeczne Wacława Strzeleckiego i Wędkarstwo Jeziorowe Tadeusza Andrzejczyka. Czytanie wniosło wiele zmian w moje wędkarstwo, zacząłem łowić jakby bardziej świadomie. Tyczka, była moją miłość od pierwszego wejrzenia, bez niej nie ruszałem się nad wodę. Tworzenie zanęt z tajnych receptur, mieszanie tego wszystkiego w odpowiednich proporcjach, sposobach i czasie było moją pasją, że nie powiem wariactwem. Z tych czasów pozostało wspomnienie, produkcji białych robaków. Miałem tego całą manufakturę, jajeczka, robaczki, podkładzik, mycie przecieranie, zapachowanie. Tak, zapach pamiętam do dziś i z pewnością nie zapomnę go do końca życia. Smród, odór fetor są delikatnymi określeniami. Moim szczęściem było, że rodzina nie wygnała mnie z całą hodowlą na bruk. Jak oni to znosili? - Ich byłoby spytać. Oj było ciężko. Jak była tyczka to były i zawody? Nie będę jednak o tym pisał, ponieważ nie stanąłem nigdy na najwyższym stopniu w swej zawodniczej karierze. Jak to bywa z pierwszą miłością tak szybko jak się pojawiła, tak szybko minęła. Zaczął się etap fascynacji przystawką w rzekach. Łowy przy krzaczkach, przy trawach, miejscach, za które stare repy nie dałyby złamanego grosza. Gemba siadał i łowił. To było fantastyczne czasy, wędrówki od krzaczka, do krzaczka z jedną wędeczką, stołkiem jakimiś drobiazgami. Wypady nad Wartę, całe tygodnie wakacji pod namiotem w Zaborowie. Mieliśmy tam stare główki, wierzbę, przy której zatrzymywaliśmy się rok rocznie. Bywały lata, że stało pod wierzbą i dwanaście namiotów. Przygoda niezapomniana. Nastał czas szkoły średniej, zmiany w życiu pociągnęły za sobą zmiany w wędkarstwie. Kolejną metodą, która zawróciła mi w głowie była drgająca szczytówka w jeziorach. Moim przewodnikiem po drgającej był Jacek Jóźwiak, jego broszurkę na temat tej metody czytałem od deski do deski. Wracałem po kilka razy odnajdując coraz to nowe, ważne aspekty sprawy. Ułożenie sprzętu na łowisku, kąt, żyłka, obciążenie socjal wszystko na swoim miejscu, perfekcjonizm. Przyszły pierwsze sukcesy. Rosłem w oczach swoich kolegów na speca od tej metody. U mnie siatki pełne gołuchowskich leszczy, karasi linów, kowalewskich karpi, inni pojedyncze płotki. Nie zapomnę wyścigów, jakie inni wędkarze robili do moich łowisk. Przecież tu brało. Nie zważając na nich siadałem z boczku i łowiłem na moje szczytówki, śmiejąc się po cichu. Noce spędzone na wpatrywaniu się w świetliki drgające na szczytówce, czy też obserwacja nieba migającego swymi niezliczonymi gwiazdami. Nastał czas, spełnienia konstytucyjnego obowiązku. Wojsko nie ułatwiało mi uprawiania mojego hobby. Wszystko wyglądało podobnie: przepustka, kilka chwil z rodziną, przyjaciółmi, na ryby i powrót na służbę. Łowiąc na koszyczki zawsze czegoś mi brakowało, to robaków, to zanęty, a przede wszystkim czasu nie mogło tak być. Trzeba coś zmienić. Nałożyło się to z szybkim rozwojem polskiej szkoły spinningu. Pojawił się Świat Spinningu. Dla mnie, młodego adepta spinningu, kompendium wiedzy o metodzie. Wczytywałem się po wielokroć w artykuły Kolendowicza, Szymańskiego, Jagiełły. Najbliższe był mi jednak zapiski Kaczówki, autentyczne, szczere, proste takie swojskie. Czułem się jakbym był z nim nad wodą, jakbym znał Marka nie od dziś. Wydaje mi się, że mieliśmy wiele wspólnego. Prawdziwą fascynację spinningu wywołał we mnie jednak Lekki spinning Jacka Jóźwiaka. Już po pierwszej lekturze tej książeczki wiedziałem, że lekki spinning jest tym, co Gemba lubi najbardziej. Sposób przedstawienia tej metody podparty doświadczeniami, opowiedziane żywym językiem, eksperymenty z kluskami, kapslami opowieści o początkach tej metody, własnych eksperymentach. Dla mnie ta pozycja była i jest nadal wykładnią tej metody. Czytając wtedy słowa Jacka Jóźwiaka nawet przez myśl mi nie przeleciało, że będę miał okazje spotkać, przywitać wspólnie powędkować z tym wspaniałym człowiekiem. Lekki spinning towarzyszy mi już od blisko dziesięciu lat. Początki nie były łatwe, wtedy cieszyła każda, nawet najmniejsza ryba złowiona na silikonową, czy blaszaną imitację rybkę. Później nastał czas zajmowania się poszczególnymi rybami. Szczupak, okoń to była podstawa mojego spinningowania. Wciąż jednak chciało się odkrywać nowe gatunki. Na nizinach nie miałem z byt dużego wyboru, a wiedza i małe umiejętności ograniczały moje próby. Bolenie wydawały się poza zasięgiem. Były próby z sandaczami, podchody za kleniem, ala Kolendowicz. Całkiem przypadkowo odkryłem jazie i zaraziłem się nimi na zawsze, to branie, widowiskowe, sprytne delikatnie, spławienie i to chlapliwe chlapnięcie, o którym pisał Jacek, dla mnie kwintesencja spinningu. Lata mijały a ja poznawałem nowe techniki, przynęty sprzęt, który dobrze leżał w ręce. Spinning ze swoim podchodzeniem, jakby polowaniem na świadomie wybrane ryby pasował mi najbardziej. Długie spacery ze spinningiem w ręku po zakrzaczonej Warcie, czy zapomnianej przez ludzi i Boga Prośnie były najwspanialszym sposobem na wyciszenie, naładowanie akumulatorów. Obcowanie z przyrodą odkrywanie nowych miejscówek, podziwianie widoków niezapomnianych było również udziałem Darka, wiernego towarzysza moich spinningowych wędrówek. Duch rywalizacji pchał mnie spróbować się w spinningowych zawodach, mistrzostwa koła, okręgu, zawody towarzyskie stały się moim udziałem. Bardzo miło wspominam zawody zorganizowane przez producentów woblerów Salmo. Ciekawa konwencja zawodów, każdy łowił tylko na woblery salmo i jeśli urwał wszystkie kończył łowieni. Nie bez znaczenia było również spotkanie z twórcom tych woblerów. W poszukiwaniu wiedzy na temat spinningu z pomocą przyszedł mi, Internet, to w nim trafiłem na Rybie oko, później na WCWI, w którym zagnieździłem się na dłużej. Bardzo mi odpowiadała taka forma wymiany doświadczeń. Gdy dowiedziałem się, kto zarządza tą stroną nie mogłem doczekać się spotkania z nim. Ten sam Jacek Jóźwiak , w którego artykuły i pozycje książkowe wczytywałem się za młodu. I Urodziny WCWI spotkanie z Jackiem, autograf z dedykacją, były czymś, co nie mieściło się w mojej głowie. Kolejne spotkania, korespondencja z ludźmi z całej polski zaowocowało kolejnymi doświadczeniami. To dzięki Internetowi i poradom ludzi z WCWI zacząłem przygodę z pstrągiem. W swoim wędkarstwie wyznaję maksymę "W wędkarstwie nie ważne są ryby ważne są miejsca, do których ono prowadzi". Sądzę, że wędkarstwo każdy powinien przeżywać na swój własny sposób, ale najważniejsze jest, aby swym podejściem do niego nie szkodzić przyrodzie. Żyć w zgodzie z własnym sumieniem.

 


4.3
Oceń
(23 głosów)

 

Mój wędkarski życiorys... - opinie i komentarze

marianmc2marianmc2
0
Hehe Bardzo Ciekawy pomysł taki życiorys. Mi osobiście bardzo się spodobał, i nawet ciekawie i przyjemnie się go czytało. Miałeś chłopie fajne przeżycia, oczywiste że podobne do nas (czytaj: innych napaleńców ) i tym samym ciekawe. Pozdrawiam (2008-12-20 17:52)
DawidoDawido
0
Bardzo sympatycznie poczytać o wodach, nad którymi samemu się bywa. Pozdrawiam (2008-12-21 01:00)
użytkownik5105użytkownik5105
0
WITAM! -- fajny artykuł ciekawie napisany ,odemnie masz cztery gwiazdki .Zdrowych Świąt Bożego Narodzenia oraz SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU --połamania kija --jurekb- (2008-12-21 11:00)
robson1robson1
0
Witam.
Fajnie napisany " życiorys".
Może kiedys spotkamy sie na rybach.
Pozdro.Robert z Jarocina (2008-12-21 12:03)
hubihubi
0
Dobry życiorys,każdy wędkarz ma podobny,szczęsliwego nowego roku pozdrawiam serdecznie. (2008-12-21 21:15)
ZdzichuZdzichu
0
Ciekawy ten Twój wędkarski życiorys i interesujący.Również "przechodziłem" kilka etapów w swojej "karierze" wędkarskiej, a obecnie pochłania mnie spinningowanie. J.Jóźwiak to ciekawa postać, posiada dużą wiedzę wędkarską i potrafi się nią dzielić z innymi.Osobiście nie miałem z nim kontaktu, "poznałem" go na WCWI.Podpisuję się oburącz pod Twoimi ostatnimi 2-3 zdaniami tego artykułu.Tak trzymaj. Pozdro... (2008-12-31 01:33)
użytkownik26041użytkownik26041
0
bardzo dobry artykuł swietnie opisałeś swoją przygode z wędkarstwem i za razem życiową pasiją za wpis duża piona miło było po czytać (2011-01-11 12:43)

skomentuj ten artykuł