Moja kolejna życiówka

/ 1 komentarzy

Kilka dni temu udało mi się spełnić swoje marzenie wyholowania wielkiej ryby.
Liczyłem na "metrówkę" z którą spotykałem się co jakiś czas.
W Polsce nigdy nie udało mi się do tej pory przekroczyć tego wymiaru.
Owszem, miałem na kiju duże ryby ale tylko raz widziałem jedną z nich.
Duże ryby są silne i najczęściej biorą na ten najsłabszy zestaw i robią z nim co chcą.
Tzn demolują, testują sprzęt, umiejętności wędkarza, wykorzystają każdą okoliczność, błąd by uciec.
Tym razem miałem więcej szczęścia.

Tego dnia złowiłem swojego pierwszego, wymiarowego sandacza w tym roku.
Zadzwonił kolega, powiedziałem mu o tym i postanowił do mnie przyjechać na wspólne wędkowanie z łodzi.
Wypłynęliśmy popołudniu, zrobiliśmy kilka rundek po górkach, gdzie jakiś czas temu koparki wydobywały żwir na budowę dróg.
Miejscówki dla mnie nowe, nieznane ale jak się okazałe już zadomowiły się w nich ryby.
Brały okonie w granicach do 25cm, od czasu do czasu trafił się sandacz.
Udało mi się wyciągnąć kolejne dwie sztuki, koledze jednego krótkiego.
Łowiliśmy metodą trolingową z użyciem woblerów.
Próbowaliśmy też gumek ale bez efektu.
W ruch poszedł też spining i cast ale też mieliśmy mizerne efekty: okonki skubały tylko ogonki naszych przynęt.
W trakcie takiego spiningowania podpłynął do nas kolega na innej, szybkiej motorówce.
Pogadaliśmy
chwilę na wodzie i w końcu odpłynął - niestety, zrobił to z takim
hałasem i wdziękiem, że wypłoszył nam silnikiem wszystko dookoła.
Zmieniliśmy taktykę i łowisko.
Wróciliśmy do trolingu i popłynęliśmy środkiem rzeki szukając odpowiednich głębokości.
Moje woblery (pływające Górale 7cm) penetrowały dno i toń w granicach 3-3,5m.
Starałem się sterować łodzią tak, żeby przynęta nie czepiała dna.
Z reguły odkładam wędkę do uchwytu przed swoim siedziskiem sternika, na wysokości wzroku.
Brania i trącenia, zaczepy i pracę przynęty obserwuję w zasadzie non-stop.
Tym razem branie nastąpiło równie niespodziewanie jak widowiskowo.
Jedno mocne ugięcie i zaraz kolejne. To nie był zaczep.
Natychmiastowe wyłączenie biegu, uchwycenie kija w rękę i zaczęła się jazda.
Prze kilka chwil myśleliśmy, że mamy do czynienia z pięknym sandaczem.
Przed dłuższą chwilę zastanawialiśmy się z jaką rybą mamy do czynienia?
Kolega pyta co robić?
Zwinął swój zestaw więc mówię z głupia frant: filmuj...)
Zapadał już wieczór, słońce chyliło się nad widnokręgiem a ryba silna i za nic nie chciała się pokazać.
Niedawno zakupiony kijek Silstar Pinnacle Vision (cast) przerobiony przeze mnie na spina wygięty pracował pięknie.
Kręciołek wielkości 3000 płynnie oddawał cieniutką plecionkę 012 o wytrzymałości 9kg w momentach odchodzenia ryby.
Bałem się o ten delikatny zestaw.
W myślach przebiegały mi poprzednie, przegrane spotkania ze szczupakami, z dorszami, z sumem...
Zmiażdżone w potężnych pyskach kotwice, zerwane linki, odstrzelone ogonem plecionki...
Po kwadransie zaczęliśmy obserwować pierwsze bąble na powierzchni - o! Sum!
Wątpliwości rozwiały się.
Po jakimś czasie pokazał się pierwszy wir na powierzchni - adrenalina skakała nam wtedy skokowo.
Pomagała mi utrzymać wędkę w ręku, którą podpierałem czasem drugą ręką.
Ryba murowała do dna, starała się chować pod łodzią.
Musiałem wędrować za nią, z rufy na dziób, z lewej na prawą burtę.
Kilka razy musiałem zatopioną wędkę przekładać pod stopą zaburtowego silnika.
W pewnym momencie ryba próbowała przeciągnąć półtoratonową łódź pod łan zielska wystający ponad wodę.
Silnik cały czas pracował więc kolega powoli odpłynął od brzegu, z powrotem na środek.
To była walka na przetrwanie.
Nie mogłem tego stworzenia wyrwać na siłę.
Nie takim sprzętem.
Nowy, nieznany kij, przelotki, własne omotki, nowa plecionka... - w każdej chwili coś mogło zawieźć.
Każde ogniwo łańcucha mogło nie wytrzymać: krętlik, agrafka, kotwiczka, węzeł...
Jakikolwiek
zaczep w pobliżu, muszelka na kadłubie, korzeń w dnie, kamień czy
skorupa małży może zerwać cienką nić z potworem głębin, włodarzem tej
wody.
Długo trwały te zmagania.
Kolega nakręcił dwa filmy telefonem komórkowym.
Wiele momentów jest niewidocznych już bo zapadał zmierzch.
Słychać nasze rozmowy...np pytanie, czy użyjemy podbieraka?
Uśmialiśmy się później bo ramka miała może pół metra?
Mogliśmy mu co najwyżej głowę przykryć albo czapką zarzucić - na jedno wychodziło.
Kiedy
po jakimś czasie przekonaliśmy się z jaką wielkością ryby mamy do
czynienia nie mieliśmy złudzeń, że możemy wyciągnąć go tylko we dwójkę i
to wspólnymi siłami.
Mnie już ręka puchła od ciągłego holowania i utrzymywania ryby na kiju.
Komary zaczęły nas kąsać więc staraliśmy się odgonić je dymem z papierosa, który odpalał i podawał kolega.
Sum wcale nie zamierzał się poddawać.
Był wciąż świeży i walczył, holował nas po wodzie.
Ani razu nie wyłożył się, puszczał bąki i to tylko pewnie dla zmylenia przeciwnika.
Kiedy
wreszcie osłabł na tyle, że dało się go zobaczyć na powierzchni i
podciągnąć do burty zacząłem wierzyć, że uda się go wyciągnąć.
Po ok
półtoragodzinnej przepychance w końcu, za drugim razem udało mi się
wsunąć mu do pyska dłoń owiniętą szmatą i wspólnymi siłami wyrwać na
pokład.
Burta wysoka, ok 60cm i łatwo nie było.
Po osadzeniu na pokład jego łeb przykrył dwa wymiarowe sandacze.
Na zdjęciach wyglądają jak uklejki.
Ale zwierzę, cielak, bydlę... ależ to była radość, wzajemne gratulacje, podziękowania, ufff - ale frajda.
Kolega twierdzi, że znowu "skopałem mu tyłek" ale byliśmy autentycznie szczerzy i uczciwi wobec siebie.
Takich emocji nie przeżyłem przez pół wieku wędkowania.
To moja ryba życia.
Zmierzch już dawno zapadł kiedy dotarliśmy z powrotem do mariny.
Mimo wszystko znalazło się kilka osób kiedy wytaszczyliśmy zdobycz na deski pomostów.
Ponowne mierzenie, gratulacje ochy i achy...
Wspólna radość i ogólne zdziwienie.
W domu byłem po północy.
Trudno było zasnąć.
Byłem zmęczony ale spełniony i szczęśliwy.

 


5
Oceń
(2 głosów)

 

Moja kolejna życiówka - opinie i komentarze

admaxxadmaxx
0
Gratuluję ładnego potwora!!! (2013-10-17 12:47)

skomentuj ten artykuł