Zaloguj się do konta

Moja pierwsza troć

Nad rzeką tłok, jak w supermarkecie.

Pierwszy dzień stycznia 2014, początek sezonu, zajechałem nad rzekę. Rozglądam się po parkingu, nie widać żadnych samochodów, "to była dobra decyzja", pomyślałem. Równo rok wcześniej znajdywałem się nad osławioną Iną, której sława mnie trochę zniesmaczyła, otóż na wszystkich rzekach zaliczanych do "górskich", które miałem do tej pory przyjemność odwiedzić, zazwyczaj nie spotykałem żadnego innego wędkarza, a jak już jacyś się trafiali, to jeden lub dwóch, raz tylko było trzech, tymczasem nad Iną w ciągu jednego dnia minąłem około czterdziestu...

Mniejszy sklep, mniej towaru, mniej kupujących.

Miejsce, w którym teraz byłem, zapewne nie obfituje tak bardzo w trocie, aczkolwiek nie obfituje również w wędkarzy. Rzeka, o której piszę nazywa się Gowienica i pomimo tego, iż przedstawicieli królowej pomorza jest tu jakieś 100 razy mniej, niż na Inie, to byłem dobrej myśli. Przez jakieś 6 godzin łowienia spotykam tylko dwóch kolegów po kiju, ale kontaktu z rybą brak. Na sam koniec łowię w pobliżu tarliska, nagle widzę jak coś wyskakuje z małego dołka i wali w blachę, ale ku mojemu zaskoczeniu nie była to troć, lecz pstrąg, na oko coś między 30, a 35 cm. Nie zaciął się, ale ten atak oraz (podczas kolejnej wyprawy) odprowadzenie przynęty pod nogi, przez następnego, troszkę większego, nieco zmieniło moje podejście do tematu trociowania. Jestem cierpliwym człowiekiem, wiem że trocie w rzece żadko żerują i trzeba je raczej prowokować do obrony terytorium, ale po co się z nimi męczyć, skoro ich mniejsi bracia już żerują? No cóż, cierpliwy, ale jednak łatwiejsze wyzwania potrafią odwrócić moją uwagę ;).
Następna wyprawa w lutym przynosła mi pierwszego w tym roku kropkowańca, nie mierzyłem go, gdyż odczepiłem rybę w wodzie, bez wyciągania na brzeg, ale jestem pewien, że miał trochę ponad wymiar, czyli 35+. Po tym wypadzie już nie zabierałem ze sobą mocnego spina, zacząłem łowić na moją ulubioną delikatną jazio-kleniówkę o c.w. 1-11 g, a żyłkę 0,30 zamieniłęm na 0,20.

Wcześniej miały być trocie, a były pstrągi, teraz miały być pstrągi...

29 marca 2014, to samo miejsce co ostatnio, ale cel już inny. Tydzień wcześniej poczułem i widziałem swojego życiowego potokowca, 45+, zrobił tylko dwa ruchy i się wypiął, dzisiaj czas na rewanż, ale po kilkunastu rzutach nie wychyla się ze swojej kryjówki... trudno, idę dalej, nagle czuję coś na kiju, to będzie spory kropek, walczy, aczkolwiek jakoś tak inaczej, po szczupakowemu... bo to szczupak był, ma ponad 50 cm, no to w domu się ucieszą, dzisiaj nie usłyszę znowu "z tego twojego hobby żadnego pożytku, jak ty wszystko wypuszczasz" (pstrąga bym nie brał, szkoda mi rybki). Ej, chwila moment, przecież jest okres ochronny... no to by była wpadka, no dobra szczupły, wracasz do wody. Ale on nie chciał wracać do wody, jakoś dziwnie mocno się zaciął (hak utknął w "nożyczkach"), kotwica bez zadziorów, a nie mogę jej ruszyć, na domiar złego zacisnął szczęki i nie mogę ich otworzyć, a przecież ręki z wiadomego powodu nie wsadzę mu do mordy. Co robić? Taki ze mnie etyk wędkarski i moralizator, a tu takie zabójstwo przedtarłowego szczupaka? Nie ma mowy, muszę coś wymyśleć! I wymyśliłem, wziąłem cążki, chwyciłem kotwicę, ale tym razem nie próbowałem jej wyciągnąć, lecz pociągnąłem do siebie, przebiłem wargi rybie na wylot, po czym każde ostrze połamałem i w końcu udało się wyciągnąć kotwicę w kawałkach. Przez chwilę jeszcze ponatleniałem szczupaczka w wodzie, puściłem go, a on ku mojemu zadowoleniu żwawo odpłynął. Tego dnia jeszcze złapałem dwa małe pstrągi.

...a była trotka.

Wyprawa zbliża się ku końcowi, znowu jestem w pobliżu tarliska, które kilka tygodni wcześniej zaskoczyło mnie atakiem potokowca, rzucam, dociągam blachę pod swoje nogi, a tu nagle wielka morda otwarta na oścież! Nie trafił! Pół metrowy pstrągal tylko się otarł o przynętę i zawrócił. Mój jęk zawodu był tak żałosny, że aż się zawstydziłem, chociaż nkokogo nie było w pobliżu. Zobaczył mnie, drugi raz nie weźmie. "Ryby bywają nieprzewidywalne" pomyślałem i jednak spróbowałem ponownie... Jest! Siedzi! Opanuj się, to nie będzie łatwy hol! Ale znowu walczy jakoś tak nie pstrągowo... Ryba wynurza się, pokazuje wysrebrzony bok, już wiem, że to ona, królowa pomorza! Dość szybko ją wyholowałem, jednak kelt nie walczy zbyt dzielnie, miarka pokazuje 53 cm. Nie jest to może okaz, ale za to pierwszy w życiu kelt, który o dziwo żerował. Po krótkim zastanowieniu, postanowiłem zabrać rybkę, na kika miesięcy będę miał spokój z gadaniem domowników :) Wiem, że takie opowiadanie wygląda ładniej, jeżeli kończy się wypuszczeniem ryby, ale za to mój apetyt trociowy został już zaspokojony i moje przyszłe trotki nie muszą się mnie już bać :)

A teraz co nieco o moim sprzęcie i technice łowienia.

Na wszystkich dotychczasowych tegorocznych wyprawach używałem wyłącznie blaszek wahadłowych "karlinek" Stefana Przychoćki, na początku były to K3 o masie 18 g, jak już wcześniej wspominałem, były one atakowane przez pstrągi o rozmiarach bliskich wymiarowi ochronnemu, czyli 35 cm. W obu przypadkach ryby się nie zacieły, po zejściu z rozmiarem do K0 o masie 5 g, niemal każda ryba się uwieszała na kiju (jeden mały pstrążek spudłował), a jedna spadła (niestety ten był największy). Kolor to przede wszystkim miedź, używałem także czarnej blaszki ze złotawymi paskami. Od początku mojej przygody z górskimi rzekami łowiłem niemal wyłącznie na obrotówki, okazyjnie również na woblery, ale coś mnie ostatnio podkusiło by wypróbować klasyczną wahadłówkę. Porównując obrotówki i woblery do wahadełek, mogę stwierdzić, że prowadzenie wahadeł jest trochę trudniejsze, trzeba się do nich bardziej przyłożyć, ale z drugiej strony dają one większe pole do popisu, pozwalają na więcej finezji, nie mają takich ograniczeń jak obrotówki i woblery. Jak już wcześniej wspomniałem, używam żyłki 0,20 trabucco Tforce, na końcu przywiązuje krętlik z agrafką spinwala nr 18, lub 20/A, jeśli używam obrotówek. Wędka shimano catana 2,10 m, c.w. 1-11 g, fajnie pracuje w trakcie holu, jest lekka i dobrze leży w dłoni. Kołowrotek to również catana, rozmiar 1000 z tylnym hamulcem, też fajny, ale po 1,5 roku użytkowania zrobił mi się dość nieprzyjemny luz w kabłąku, więc za jakiś czas poszukam chyba czegoś lepszego.

Szczęście najważniejsze.

Końcówka marca, po wyjątkowo ciepłej zimie, ryba żerująca, która nigdy nie żeruje i do tego już dawno powinna być w morzu... Umiejętności i sprzęt są istotne, aczkolwiek szczęście najważniejsze. I takiego szczęścia życzę wszystkim początkującym trociarzom!

Opinie (2)

news34

świetny opis [2014-04-07 23:55]

godmodeoff

Mnie też się podoba :) Tylko coś zdjęć nie mogę dodać, na razie wrzuciłem kilka fotek z wyprawy na mój profil [2014-04-08 14:53]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej