Nie każda brzana jest ze złota

/ 2 komentarzy / 2 zdjęć


Wprawdzie sezon brzanowy zacząłem w środę (w końcu się woda na Sanie do tego nadawała, ale tylko przez chwilę), szału jednak nie było, przez 9 godzin 3 brzany, z czego największa ledwo dobiła do sześćdziesiątki no i standardowo kilka podczepionych lokomotyw, które po chwili spadały.
 
Wczoraj wylądowałem na okoniach i w końcu mocno skoczyła mi adrenalina. A zaczęło się wszystko tak…
 
W związku z faktem, że wszystkie pogodynki zapowiadały burze, jakieś mega wysokie zagrożenie ulewami et cetera, od niedzielnego obiadu siedziałem sprawdzając wszelkie możliwe prognozy pogodowe i gapiąc się przez okno. W końcu przed piątą zapada decyzja, jadę!
 
Pierwszy pomysł, wybieram się na przelewy na klenie, tak kilkanaście kilometrów od Rzeszowa. Nie zdążyłem dobrze odjechać i telefon, kuzynka dziewczyny chce pożyczyć torbę na wyjazd a ja mam klucze do piwnicy… Nosz jasna … Szybka obietnica, że nie pojade daleko, zmiana planów i ląduje przy ujęciu wody na okoniach. Na szczęście wrzuciłem kijek okoniowy i parę gumek, bo nie byłem pewien wody.
 
Pierwsze wrażenie? Woda może i spoko ale pizga… I to okrutnie. Każda próba jakiegoś normalniejszego prowadzenia gumki kończy się mega balonem. Po godzinie telefon, oczywiście nie trafią do mnie po ten klucz, więc trzeba się zebrać. Szybka decyzja i wracam na odcinek miejski. Nie wieje tu aż tak bardzo, to może jednak okonie?
 
Pierwszy kilkadziesiąt rzutów przynosi tylko kilka zaczepów i jakieś straty w przynętach. No i zaczyna ciapać coraz mocniej z nieba. Chowam się pod most i na wprost mam przelew przez całą szerokość Wisłoka. Może klenie? Zakładam płytko chodzącego wobka, pierwszy rzut i siedzi ogryzek. Taki ze dwadzieścia centymetrów. Następne rzuty kończą się następnymi dwoma. Przestało padać. A jakby tak klenie? Wracać mi się po kleniówke nie chce, jakieś woblery w kamizelce są, no to jedziemy!
 
Najpierw przed przelewami. Jakieś stuknięcie. No to schodzimy niżej. Poniżej przelewów prąd idzie dwiema odnogami. Jedna środkiem, druga przy samym brzegu tworząc opaskę. Zakładam troszkę głębiej schodzącego, okoniopodobnego woblera i pierwszy rzut. Krótką wędką średnio się prowadzi ale wrodzone lenistwo zwycięża, nie wracam się do samochodu. Drugi rzut, kilka obrotów korbką i puk. O! Powtórka rzutu, puk, puk i bach! Siedzi! Pierwszy odjazd w nurt, coś konkretniejszego. Bolek? Podciągam pod nurt i wchodzi w zielsko… No jasna cholera! Podchodzę bliżej, próbuje mocniej podciągnąć, robi fikołka na powierzchni i wobler wystrzela z wody. Czerwone płetwy. Konkretny kleń albo jazior… Kotwiczki powykręcane, a tak sobie obiecałem, że druciaków nie będę używał… Otoczenie oczywiście musi wysłuchać swoje ale działamy dalej. Kilka kolejnych rzutów i ląduje trzydziestaczka. No i humor trochę się poprawia.
 
 Idę dalej na kolejne przelewy. Półtorej godziny rzucania, zmieniania przynęt, obrzucania najlepszych miejscówek kończą się na niczym. Tylko bolki dają konkretnie. Prawie mnie ochlapują przy atakach.
 
W końcu dochodzę do większej rynny. Przedzieram się przez przybrzeżne zielsko i pierwszy rzut. Tak dla odmiany zielsko na kotwiczkach. Płycej chodzący wobler. Przepłynął troche więcej i znowu odmiana, zielsko... Schodzę kilka metrów w dół na trochę głębszą wodę. Tu już zielska nie łapie, ale oczywiście noga mi podjeżdża i troche wlewa się do wodera. No cóż, już się chyba zdążyłem przyzwyczaić do tego.
 
Pierwsze rzuty płytko chodzącym woblerkiem, bez kontaktu. Głębiej chodzący, też. Ale coś się zaczyna dziać powoli, oprócz jakiegoś bolka coś innego zaczyna się pokazywać. Baśki? Ano chyba baśki. Albo leszcze. Ale spróbujmy. Gdzieś w którejś kieszeni plącze się zagubiony wobler brzanowy. Pierwszy rzut, bolek znowu przywalił i w tym samym momencie mam kopnięcie! Zaraz, zaraz… Ale mojego wobka tam nie było i zdecydowanie nie chodzi on przy powierzchni! Hamulec odzywa się słodkim jękiem. Jednak nanofil 0,06, wędka do 12 gr i daiwa 2000 nie są najlepszym połączeniem na takie łowienie w mocnym nurcie… Zatrzymało się. Pierwsza myśl, ładny bolek. Robi ze mną co chce. Odzyskuje 2 metry i tracę 5 przy najbliższym odjeździe. Ręce zaczynają się lekko trząść… Jak bolek to raczej nie sześćdziesiątak… Jedzie w górę, dobra nasza! I nagle stop. Zielsko! Kurrrr….
 
Troszkę bardziej na siłę? Nic z tego. No to mamy pat. Stoję z wygiętą wędką, lekko popuszczam, podciągam i nic. No nie… A tak pięknie się zapowiadało… Dobra, myśl, kilka kroków w dół. Znowu lekko popuszczam, może wyjdzie. Dalej nic. Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana, czy jakoś tak. Puszczam całkowicie na luźno. Nanofil napina się na balonie i zjeżdża w dół, hamulec znowu gra. Dobra nasza! Wracamy do gry. Znowu ja do góry, ryba w dół kilka metrów. I znowu stop… Tym razem ludzie po drugiej stronie rzeki chyba usłyszeli, co o tym zielsku myślę!  
 
Taktyka raz się sprawdziła, może i tym razem? Otwieram kabłąk, wypuszczam kilka metrów i czekam. Nie tym razem… Mam ochotę rzucić tą wędką w wodę! Myśl! Jak jeszcze można pokombinować? Kilka krótkich szarpnięć, stukanie w blank, prośby, groźby, błagania. Nic! A może by tak… Na brzegu leżą jakieś patyki, zielsko i trawa. Kiedyś ojciec chyba wianuszki robił, żeby przynętę odczepić… Szybki strzał, puszczam większy kawałek śmieci po nanofilu. Może jak napnie się to z drugiej strony wyjdzie. Bingo! Zielsko jedzie w górę! Teraz jeszcze strzepać to zielsko z żyłki, które oczywiście od razu spaść nie chce i bawimy się dalej. Pierwszy raz wychodzi do powierzchni i brzana! Czyli jednak miałem rację, że baśki!
 
No ale teraz trzeba ją jakoś wylądować, ja się raczej nie ruszę już niżej, bo nie dość, że zielska mnóstwo i można się zaplątać, to jeszcze wszędzie spore kamienie, które się przewracają. Pierwszy podjazd w okolice podbieraka i wraca do rynny. No to jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz… Ostatni raz próbuje łowić brzany na lekki sprzęt… I w końcu ląduje w podbieraku! Nie złota jak z Sanu, bardziej szara, chuda, długa ale i tak piękna! Dobrze zapięta, jedna kotwa w pysku, druga w brodzie. Ale jeden grot i tak rozgięty. Jak to było wyżej? Nigdy więcej druciaków, do takich woblerów, tylko kute kotwy! Szybka przymiarka do wędki i jak się później okazało delikatnie ponad siedemdziesiąt. Odwracam ją, a drugie oko całe złote, niewidzące, nie miała w życiu lekko. Jeszcze szybkie trzy fotki, które z uwagi na bardzo późny wieczór wychodzą mega słabo, i wraca do wody. Powoli dochodzi do siebie, jeszcze parę machnięć płetwą i wypływa po mojej dłoni do rynny.
 
A chciałem dzisiaj łowić jakieś okonie…
 




https://www.instagram.com/kapitan.srogiego.fishingu/

 


5
Oceń
(10 głosów)

 

Wedkuje.pl poleca

 

Nie każda brzana jest ze złota - opinie i komentarze

piotr 0206piotr 0206
0
Łowiłem piękne Brzany 40 lat temu na Wisłoku w Strzyżowie oraz na Pilicy w ok.Spały.To były nie zapomniane chwile.Pomijam temat topornego sprzętu.A jednak. (2017-07-25 16:12)
kabankaban
0
Szkoda, że tej wielkości brzany powyżej zapory są już tak rzadkie a czterdzieści lat temu były czymś normalnym... . Gratuluję dniówki do pozazdroszczenia :) (2017-07-25 21:17)

skomentuj ten artykuł

 




Aplikacja