Nieplanowane i niespodziewane decyzje - dzień pierwszy

/ 1 komentarzy / 9 zdjęć


Przed nami kolejny długi weekend i co z nim zrobić ? W środę imprezka z okazji nadchodzących imienin, niedziela ostatni mecz ulubionej drużyny o mistrzostwo kraju. A co z pozostałymi dniami. Od dwóch tygodni zastanawiałem się co robić w nadchodzący weekend. Pogoda zapowiada się całkiem nie źle, to może dwa dni na łonie natury w Wołowych Lasach. Wykonałem telefon do siostry, czy jadą z mani. Po krótkiej chwili zastanowienia przyjęli propozycję. Dziewczyny się poopalają a my połapiemy ryby. Decyzja nieplanowana i niespodziewana zapadła. Szwagier z kolegą Sławkiem wyjechali w czwartek o 2.30 a ja ze swoją małżonką i siostrą o 9.00. Jak zajechałem na miejsce to chłopaki już walczyli. Wprawdzie jeszcze bez wyników, ale za to na upatrzonych miejscówkach. 

Szybko rozpakowałem samochód i nad wodę. Że wyjazd był nie planowany to i sprzęt też nie przygotowany. Dodatkowo jak zobaczyłem szwagra z kolegą Sławkiem nad wodą, to ogarnęła mnie wielka zazdrość, że oni już łowią a ja jeszcze nie. Nabrałem ogromnego przyspieszenia. Udając się na upatrzony pomost zabrałem ze sobą prawie wszystko. Trzy komorowy pokrowiec z 9 kijami, dużą torbę wędkarską ze sprzętem do łowienia wszelkimi sposobami, torbę z przynętami spinningowymi, pokrowiec z podbierakiem oraz siatką, dwa wiadra w tym jedno z zanętą. W sumie miałem wrażenie, że chyba jakieś "500 kilo" sprzętu. Od dłuższego czasu obiecuję sobie, że zaopatrzę się w jakiś wózek transportowy co ułatwi mi przemieszczanie się z samochodu do wybranej miejscówki. Ale póki co sprzęt na plecy i na przód. Przedzierając się przez krzaki do wybranego pomostu, po 250 metrach nie zauważyłem ukrytego korzenia pod paprocią. Obładowany sprzętem runąłem jak kłoda. Świadkiem zdarzenia był Wiesław czyli wspomniany wcześniej szwagier, siedzący na pomoście nie opodal. Całkiem sprawnie ukrył uśmiech na twarzy udając że nic się nie stało. Lekko poobijany podniosłem się i dotarłem do celu.

Jedną wędkę rzuciłem na grunt a drugą na spławik. I na reszcie się zaczęło to na co tak długo czekałem. Spławik co parę minut zaczął pięknie odjeżdżać raz w lewo raz w praw. Około 90 % zacięć kończy się powodzeniem. Wyciągam piękne karasie srebrzyste od 22 do 27 cm długości. Od czasu do czasu płotka lub okoń. Brania były częste ale tylko na białego robaka. Druga wędka, rzucona na grunt ani drgnie. Uzbrojona w koszyk zanętowy oraz trzy ziarenka kukurydzy na włosie nie budzi zainteresowania karpi oraz amurów. Robi się powoli ciemno a ze zmrokiem pojawiają się niesamowite ilości meszek. W mojej wielkiej torbie wędkarskiej jestem też na to przygotowany. Zakładam kapelusz z moskitierom lecz uparte owady nie dają za wygrane. Kąsają jak uparte. Wobec powyższego postanawiam zakończyć łowienie. Siatka z wody, pamiątkowe zdjęcie i piękne karasie na wolność. Niech rosną dalej by sprawić innym przyjemność. Tego dnia jeszcze zostało jedno miłe zadanie, a mianowicie wieczorny grill przy szlachetnym trunku i wymiana wrażeń po wspaniałym dniu. Około 1.30 udaliśmy się na odpoczynek z przekonaniem, że jutro będzie jeszcze lepiej. A czy tak było to następnym razem.

 


5
Oceń
(4 głosów)

 

Nieplanowane i niespodziewane decyzje - dzień pierwszy - opinie i komentarze

marek-debickimarek-debicki
0
W sumie nic nie szkodzi, że te lasy są "wołowe". Ważne, że atmosfera, a przede wszystkim rybka w tamtejszej wodzie jest i to ładna. (2015-06-09 19:37)

skomentuj ten artykuł