Niezapomniana wyprawa.


Dnia 02.09.2012r postanowiliśmy z tatą wybrać się po kościele na wyprawę spinningową nad j. Głębocko. Traktowaliśmy ten wypad, jako zwykły dzień, w którym po prostu pozrywamy kilka gum i wrócimy zmieszani.



Dzień był pochmurny z przelotnymi opadami deszczu, dlatego tym bardziej nie spodziewaliśmy się sukcesów. Zjedliśmy zupę, przebraliśmy się, zapakowaliśmy podbierak, spinningi i skrzynkę z wędkarskimi zabawkami. Dotarliśmy na miejsce ok. godziny 15. Okazało się, że łowisko na którym byłem w kwietniu z kolegami, gdzie widzieliśmy potworne szczupaki jest porośnięte glonami. Cóż, bywa. To tym bardziej popsuło nam humory. Po przedarciu się przez 100m na kolejne miejsce, już nie zarośnięte wykonaliśmy kilkanaście rzutów, ja gumką, tato jerkiem. Jak zwykle - nic, pomyśleliśmy. Ale przynajmniej nie ma strat materialnych. Zaczęliśmy szukać kolejnych miejsc, ale wszystkie były zajęte przez desperatów, którzy postanowili jakoś spędzić niedzielne, deszczowe popołudnie. Po dotarciu na miejscówkę rozpoznaną przeze mnie, bo byłem tam w kwietniu z kolegami zaczęliśmy wykonywać pierwsze rzuty. Prowadziłem gumę czymś zbliżonym do opadu, a może samym opadem, tego nawet nie wiem. Po kilkunastu rzutach czuję jakiś opór - myślę, zaczep, podciągam do góry i czuję, że szczytówka drga, ale po chwili puszcza. Czy to był szczupak? Nie wiem, nie miałem z tym dużego doświadczenia, więc ciężko było mi stwierdzić, chociaż po cichu wierzyłem, że to była moja ryba życia. Wykonuję następne kilka rzutów w to samo miejsce, puszczam przynętę i "opad" i widzę, że szczytówka drga. Tym razem nie mam wątpliwości - to jest ryba! Zacinam i czuję ją na wędce. Krzyczę:
-Tato, dawaj podbierak, mam szczupaka.
Po chwili widzę już jak ryba zaczyna ruszać żyłką, która wystaje znad wody. Potem odjazd i już go widzę, jak telepie się pod powierzchnią. Okazało się, że ryba nie wymagała podbieraka. Wypiąłem go z gumy i wziąłem do rąk, tato go zmierzył. Szczupak miał 49cm. I trafił do wody. Poszedł w glony, tato powiedział, że schował się ze wstydu.
Był to mój pierwszy szczupak, jednocześnie ryba życia. Kiedy ochłonęliśmy zmieniliśmy miejscówki, wykonaliśmy parę rzutów, pochwaliłem się innemu wędkarzowi swoim sukcesem, a on powiedział:
-Tak, a tam karp leży martwy, około 20kg.
-Jak martwy?
-Normalnie, ktoś go wyrzucił.
Poszliśmy tam, i rzeczywiście, leżał tam martwy karp.



Tato przez całą drogę do domu mi gratulował. Co jest najgorsze? Że nie zabraliśmy telefonów komórkowych. Zawsze zabieraliśmy, tylko nie teraz, w jednym z najważniejszych momentów mojej wędkarskiej "kariery". Mam nadzieję, że to początek dobrej passy, która będzie trwała jak najdłużej.
Dziękuję za uwagę
Eskadie.

 


0
Oceń
(0 głosów)

 

Niezapomniana wyprawa. - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł