Noc medalowych leszczy

/ 10 komentarzy / 2 zdjęć


Tak się jakoś porobiło w moim wędkarskim życiu, że wędkowanie na Łynie zaczęło mnie nudzić. Ruscy rozebrali swoją tamę na Pregole, by zbudować ją na nowo, ryby spłynęły…No po prostu nuda. Tego samego zdania był Zbyszek. Postanowiliśmy „zmienić klimat”...
Zbyszek miał jakieś plany budowy łódki, poza tym pracował w firmie stolarskiej, więc nie stawiałem większego oporu i dałem się namówić na budowę własnej łajby. Ja kupiłem materiały a Zbyszek miał to zebrać do kupy. Miała być ze sklejki wodoodpornej 4 mm i kanciaków sosnowych. Tylko gdzie tę łódkę zrobić ? Na szczęście miałem szwagra kierownika szkoły i pozwolił nam w szkole budować naszą wędkarską przyszłość. Po dwóch dniach łódka była gotowa. Wyszła niemożliwie wypaśna. 4,60 długa i szeroka w ławce na 165 cm. I z dużą rufą, gdzie zrobiliśmy schowek. Moim ostatnim zadaniem było pokryć dno matą z żywicą. Miałem to zrobić w poniedziałek. Środek lipca, upał niemiłosierny , więc ryby na pewno nie biorą. Nie ma co się spieszyć.
Zachodzę do szkoły z samego rana póki w miarę chłodno i co widzę…Łódka odwrócona, jakaś butelka i talerz z resztkami wędliny. Co do diabła…
Okazało się, że w sobotę było w szkole wesele. Kochany szwagierek oprowadzał gości weselnych i nie omieszkał pokazać im mojej łódki. Tak się niektórym spodobała, że większą część wesela w niej spędzili…Na szczęście szkód nie stwierdzono i kilka toastów za zdrowie młodej pary załagodziło sytuację…
Postawiliśmy łódkę na J. Tejstymy. Mniejsze od Lutr ( ok. 400 ha ) i jak mówili znajomi trudniejsze do wędkowania. Strome brzegowe spady dochodzące do 20 metrów. Jedna górka, jedna wyspa. Niby nic ciekawego. Ale ja lubiłem takie wyzwania. A przede wszystkim sentyment…Łowiłem tutaj z ojcem dawno temu i złowiłem medalową wzdręgę. Wróciłem, by powspominać. Pochodzić po miejscach, które znałem kiedyś, po cypelku, gdzie biwakowaliśmy. Zabrałem po Liceum tutaj swoją dziewczynę pod namiot na tydzień w tę dzicz. Wróciły wspomnienia…
Kilka lat poznawałem jezioro. Nie miałem echosondy a porad udzielał mi p. Rysio, rybak i strażnik w jednej osobie. Postawiłem łódkę w jego zatoczce. Szybko przypadliśmy sobie do gustu. To był niezwykle twardy człowiek. Co noc wypływał pilnować swoich siatek, nawet nie wiem kiedy spał. Pokazał mi jak łowi raki. Coś niesamowitego. Przytwierdzał w pobliżu brzegu w dnie pocięte krąpie a w nocy zbierał setki raków. Do tej pory mam w oczach wannę pełną raków…
Miałem dobry układ z p. Rysiem. Nawet się ucieszył, że chcę zapolować na węgorze a może i leszcze. Będzie nas dwóch na wodzie. I raźniej i bezpieczniej. I większy problem dla kłusoli. Tylko tak się składało, że tam, gdzie on mi proponował bym w nocy łowił, jakoś nic nie łowiłem. Ale tam, gdzie ja coś trafiłem następnego dnia stały już tam siatki p. Rysia…
Dwa lata łowiłem bez sukcesu. Poznawałem jezioro, miejscówki, zwyczaje ryb. Byłem cierpliwy.
Nastał rok 1997. Gorąco było już w maju. Czerwiec i lipiec równie gorące i w dodatku bez deszczu. Rybie brakowało tlenu na głębszej wodzie i wieczorami podchodziła na 5-6 metrów , na skraj zanurzonej roślinności. Zrozumiałem to, gdy złowiłem zupełnie przypadkowo kilka ponad 2 kg leszczy. Na 8-10 metrach mniej więcej. Udało mi się namierzyć w miarę łagodne zejście, do 12 metrów. Tyle, że miałem duży problem z kotwiczeniem łodzi. Miałem nierówne kotwice a łajba duża. Wymyśliłem wiązanie do drzewa na 30 metrów w głąb jeziora. Tutaj zacząłem nęcić leszcze. Wysypywałem przy zmierzchu pół wiadra zanęty, stawiałem kotwice z butelkami na końcu sznurków. I jeszcze spiningowałem spokojnie do zupełnych ciemności. Potem cichutko wpływałem na łowisko, naciągałem linki ( butelki wskazywały końce ) i mogłem wędkować...
Gruntówką sięgałem zejścia na płaskie dno a wędka spławikowa sięgała 8-10 metrów na łagodnym skosie. Nęciłem makaronem, pęczakiem, młodymi ziemniakami i rosówkami. Do tego pół torebki Pedigrie Pal. Robiło się całe wiadro zanęty. Na hak zakładałem rosówki. Zamiast spodziewanych leszczy czepiały się krąpie. No i 2 węgorze ( 1,50 kg i 1,60 kg ). Jednak po kilku dniach leszcze weszły w zanętę. Zakładałem już wtedy młode, małe ziemniaczki, które gotowałem w mundurkach. Co się działo to trudno opisać. Na gruntówce brania, że żyłka 0,20 mm pęka. Nie mogłem uwierzyć, nowa 20-tka nie wytrzymuje. Może kij był za twardy, może za mocno ciąłem. Często piłeczka klinowała się w kratce podłogowej. Ale jednak łowiłem leszcze ponad 2 kg. Owej pamiętnej nocy lipcowej złowiłem 9 leszczy. 8 powyżej 2 kg a najmniejszy miał 1,30. Były trzy ponad 2,50 kg. Tego roku złowiłem 34 leszcze powyżej 2 kg........
Leszcze były bardzo płochliwe. Jakieś pukniecie w łodzi i odpływały. Któregoś razu zabrałem ze sobą Mironcia. Miał krótki kijek węglowy i bawił się na rosówkę z krąpiami. Wiedziałem, że duży leszcz nie podejdzie i nocne wędkowanie mamy z głowy. Mironcio w końcu zasnął, ale tak chrapał, że kiwało łódką do rana. Tuż przed świtem wyrzuciłem do wody pół wiadra zanęty. Brania zaczęły się wkrótce. Wyjąłem 3 leszcze ponad 2 kilowe i dopiero wtedy zbudziłem Mirka. Nie chciałem wracać do domu na pusto.....
Jezioro Tejstymy to również piękne okonie. Pierwszego medalowego złowiłem 4 grudnia 1998r. Byłem wtedy z Januszem W. Miałem tępy świder, ale Janusz twierdził, że jego idzie jak brzytwa. Wywierciliśmy i to wspólnie kręcąc ze 3 otwory......
Za wyspą, na blacie dostrzegłem 2 wędkarzy. Łowili na błyski a otwory wybijali siekierami. Poszedłem za nimi i wpuszczałem mormyszkę w ich otwory. W którymś przytrzymanie i coś wielkiego ucieka od otworu. Wyjmuję okonia 1,30 kg. Po chwili drugie branie na mormyszkę. Jednak ten okoń ucieka z moją ulubioną mormyszką. Wołam Janusza. Oniemiał. Takiego okonia jeszcze nie widział. Wyjmujemy jeszcze kilka mniejszych, takich do kilograma i koniec brań. A panowie przed nami nie mieli nawet pobicia...
O wielkich okoniach z J. Tejstymy opowiem może innym razem…

PS Nie ma już p. Rysia, zmarł dobrych kilka lat temu. Moją łódkę porąbali miejscowi kłusole w odwecie...

 


3.5
Oceń
(66 głosów)

 

Noc medalowych leszczy - opinie i komentarze

RoxolaRoxola
+1
To jest niesamowite, aby pamiętać tak dobrze przeżycia, które miały miejsce 14-15 lat temu... Aż trudno uwierzyć, że z taką dokładnością teraz to opisujesz. W każdym razie "oblewanie" łodzi było przed wodowaniem i bez udziału Szkutnika :) (2012-03-08 00:08)
ryukon1975ryukon1975
+1
Tak mają Olu prawdziwi wędkarze.:) Ja też wiele rzeczy zapomniałem z swojej przeszłości.Jednak w mojej pamięci utkwiło wiele wędkarskich przeżyć z zamierzchłych czasów.Wiem jedno ich nigdy nie zapomnę i nikt mi ich nie odbierze.5***** (2012-03-08 07:58)
Iras1975Iras1975
+1
Też kiedyś namiętnie polowałem na "lechole"... Często jedna spięta "łopata" wyprowadzała stado i można było sobie po tym do końca zasiadki przyrodę podziwiać.:) Widzę, że co niektórzy nie zaznali takich przygód i nie czują klimatu. Bardzo chętnie poczytam o okoniach.:)***** (2012-03-08 21:25)
pompipspompips
+1
Każdy ma swoje wspomnienia ja w tych latach dopiero zaczynałem świadomie łowić i zdawać sobie sprawę z tego że łowienie nie polega na zarzuceniu wędki z robakiem i czekaniu na rybkę. Gratuluje przepięknych wspomnień i ślicznych rybek.5 Pozdrawiam (2012-03-08 21:25)
FELIPEFELIPE
+1
Bardzo ciekawe opowiadanie, gratuluję. Zapominamy o wielu rzeczach ale wspomnienia z wypraw wędkarskich zostają na zawsze :) (2012-03-09 17:52)
troctroc
+1
Zróbmy wszystko, aby tak piękne ryby nie żyły tylko we wspomnieniach.... Pozostawiam ***** i pozdrawiam.
(2012-03-10 09:55)
ZbiBulZbiBul
+1
Tradycji stało się zadość - kolejny fajny wpis - *****+ (2012-03-15 15:00)
jackon2jackon2
+1
super wpis (2012-03-18 21:34)
mickomicko
+1
Bardzo fajna przygoda gratuluję :)))))))) Ja sam jestem wędkarzem i wiem jak się pamięta takie rzeczy (2012-03-20 12:21)
toma7802toma7802
+1
Bardzo fajny wpis,przygoda no i wynik chylę czoło,GRATULACJE.Pozdrawiam (2012-03-23 22:51)

skomentuj ten artykuł