Odkuł się…

/ 23 komentarzy / 3 zdjęć




  • konto usunięte




Głośny trzask starych fiatowskich drzwi zwiastuje huczne nasze przybycie. W bojowym usposobieniu ruszyliśmy szybkim krokiem w kierunku naszej dzisiejszej noclegowni. Pierwszy szedłem ja – urodzony sportowiec, zdaje się najmniej spocony z całego towarzystwa. Dyrygowałem tempem, aby nikomu do głowy nie przyszedł dziwny pomysł na odpoczynek. Zaraz za mną dało się zaobserwować zmęczoną sylwetkę Piotrka, który był niedoścignionym lekkoatletą dla zostającego w tyłach Grzegorza. Kilka minut przyspieszonego ruchu kończyn dolnych, potrafi doprowadzić do frustracji wielu zatwardziałych zwolenników siedzącego trybu życia. Dodatkowo słowa płynące z ich ust, ukazywały, jaki mają stosunek do czynnej aktywności fizycznej.

W końcu męczarniom nadszedł kres – dotarliśmy na miejsce. Uwolniliśmy się z ciężaru wędkarskich tobołów i przystąpiliśmy do wstępnych ustaleń, kto gdzie usiądzie. Sprawa wbrew pozorom nie była prosta. Niby dla każdego to obojętne, niby nikomu nie zależy, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że w głębinach spoczywa stare, zatopione drzewo. Dyplomatyczna dyskusja trojga napalonych na ryby wędkarzy, musiała budzić niezły ubaw, dla ewentualnie wtajemniczonego bocznego obserwatora.

I tak, Grzegorz mówi od niechcenia, że „może usiąść na środku” (miejsce mało atrakcyjne, bo bankowo zaliczy rwanie zestawu), ale szybko dodaje, że „jedną wędkę zarzuci lekko w lewo, a drugą lekko w prawo”. „Szczwany spryciarz” - pomyślałem. Na to Piotrek: „że jemu to obojętne, siądzie po lewicy Grzegorza, i w tę stronę będzie zarzucał”, Szybko jednak dodał, żeby „Grześ uważał na swój zestaw – bo może dojść do splątania”. Tym samym dał do zrozumienia, że lewa strona drzewa jest jednak jego rewirem. Musiałbym pewnie zrezygnować z dyplomatycznego charakteru dyskusji i przejść w bardziej dosadny tryb wymiany zdań. Jednak nie chciałem na wstępie psuć nam bądź co bądź - dobrego humoru. Usiadłem po prawej stronie Grzegorza.

Charakter mam taki, że na nocnych zasiadkach, zawsze poluję na drapieżniki. Tak się przyjęło i chłopaki doskonale o tym wiedzą. Zatem moje zestawy uzbroiłem w wielkie haki, na które nawlokłem malutkie świeżo rozmrożone karaski. W myśl zasady, że jak coś „przy…..” to będzie się działo. W tym samym czasie Grzegorz mieszał w wiaderku dziwne specyfiki, mające pewnie wywabić ogromne karpiska z konarów podwodnego „Bartka”. Piotrek klasycznie, bez wielkiej filozofii. Dobrze zmoczone „traper’owskie” specjały, doprawione białymi robakami, wciskał z całych sił w najpospolitszy wynalazek wędkarstwa gruntowego – sprężynę. Tak przygotowane różnorodne zestawy, wzbogaciły krajobraz dna zbiornika.

Rozsiedliśmy się wygodnie i każdy na swój sposób oddał się bezgranicznej relaksacji. Piękne to chwile, gdy człowiek po raz kolejny przyjeżdża w to samo miejsce. Lata lecą, czas mija a tu wszystko niezmienne… Uwielbiam tak godzinami rozmyślać, wpatrywać się w wodę, wsłuchiwać w dzwon pobliskiego kościółka. Pewne rzeczy są takie jak przed laty, ponadczasowe…

Jednak nie tego dnia był czas na kontemplację. Było nas z pewnością o dwóch wesołków za dużo, więc okres bez brań urozmaicaliśmy sobie wzajemnymi docinkami i żartami. Czasu tego było wiele, bo ryby ani trochę nie chciały współpracować. Wcale się tym nie przejmowałem. Taktykę miałem prostą – jeśli sandał podejdzie, to tylko w godzinach od 23:00 do 01:00. Później mogłem nawet pójść spać do starego malacza (gdybym lubił nocne spacery). A rano skoro świt, planowałem polowanie, dopiero co wystruganym wobkiem - na zębatego. Gorzej było z moimi kompanami. Im dłuższy czas bez brań, tym mniejszą mieli motywację.
Żeby nieco wzmóc czujność Piotrka, gdy tworzył cuda przy swojej zanęcie, niepostrzeżenie długim patyczkiem podciągałem żyłkę w jego zestawie. Na dźwięk donośnego videotronica reagował bezbłędnie z niebywałym refleksem – każdorazowo wywołując salwy śmiechu u współtowarzyszy wyprawy. Ale spokojnie – Piotrek nie zostawał mi dłużny i odwdzięczał się tym samym. Chyba nawet to lubiłem…

Czas jednak mijał, a przynęt nie chciały ruszać nawet raki. Robiło się coraz chłodniej. Nieruchoma - siedząca pozycja, stawała się nie do zniesienia. Razem z Grzegorzem, co chwilę urywaliśmy się na krótkie spacery. W tym czasie Piotrek w całkowitym bezruchu z ręką przygotowaną „na spuście” czekał na to jedno, jedyne branie. Nie straszny był mu chłód. My z kolei znudzeni wiejącą od naszych zestawów nudą, truchtaliśmy sobie w jedną i drugą stronę. Temperatura była tak niska, że był to najlepszy sposób na rozgrzanie organizmów.

Wtedy Grzegorz wpadł na głupi bądź co bądź pomysł – założył na siebie biały koc, w który zaopatrzyła go przezorna matula. Widok białej postaci poruszającej się między drzewami, w środku nocy był niesamowity. Niczym zjawa, bezszelestnie przemieszczał się brzegiem żwirowni, powodując głośny śmiech nas wszystkich. Zabawa w duchy do tego stopnia nas rozgrzała, że wróciliśmy z powrotem na swoje miejsca. Wtem jeden wielki trzask – Piotrek zatoczył się na bok, runął jak kłoda na swoje wędki, uruchamiając tym samym piszczące sygnalizatory. Przeklinając siarczyście, oznajmił, że pękł prawy podramięcznik jego siedziska. Na ten widok po raz kolejny pękaliśmy ze śmiechu. Komizm sytuacji był niespotykany. Siedział sobie spokojnie i taki niefart. Gdyby nam to się przytrafiło, było by to całkiem zrozumiałe, bo ciągle się „wierciliśmy”.

Piotrka jednak nie zrażają drobne złośliwości rzeczy martwych i po chwili jego sylwetka znów tkwiła uparcie na tandetnym, rozkładanym fotelu. Powoli końca dobiegała godzina, w której sądziłem, że sandacze będą walczyły o moje karasie, niczym stado wygłodniałych piranii. Z zanętą Grzegorza też było chyba coś nie tak, bo jej aromat nie potrafił wywabić z gałęziowej kryjówki najstarszych wiekiem „miśków”. U Piotrka jednak, rozświetlone płomieniem świecy bombki nie tkwiły w całkowitym bezruchu. Bynajmniej nie za sprawą ryb - zafascynowanych życiowym szczęściem: spotkania na swej drodze jednocześnie ziarna kukurydzy i dwóch wijących się smacznych przekąsek. Lecz przez ciągle wiejący chłodny, zachodni wiatr, kołyszący zwisającą żyłką.

Straciliśmy chęci do rozgrzewających harców. Otuliliśmy nasze ciała w ciepłe koce i gdy rzeczywistość podstępnie stawała się snem, nagle jak grom z jasnego nieba przebudził wszystkich głośny trzask. „Deja vu” – przemknęło mi w myślach. Piskliwi dźwięk sygnalizatorów, spadające z podpórek wędki, miotający się chaotycznie Piotrek, klnący namiętnie, siarczysto, szczerze… Tym razem nie wytrzymało drugie oparcie w jego fotelu i gdy z trzaskiem pękło, jego pasażer z impetem zapadł się do środka, rozrywając tandetne poszycie i krzywiąc miękki stelaż. Kolejny gwałtowny wybuch głośnego śmiechu nie miał końca, a gdy jeszcze okazało się, że feralny bohater zdarzenia miał w tym czasie na udach kubek kawy, tym bardziej wzmogło to komizm zdarzenia. Na szczęście udzielił się on i Piotrkowi, który trzymając w rękach zdemolowany przedmiot zwany wcześniej „turystycznym krzesłem”, nie umiał zrozumieć, jak to się mogło stać.

Po opanowaniu emocji Grzegorz przesypał zanętę do woreczka, nie bez obaw udostępniając pechowemu kompanowi nowy „fotelik” – plastikowe wiaderko. Ciągle podśmiewając się z zaistniałych wydarzeń, obserwowaliśmy księżyc, który corocznie jest dla nas wyznacznikiem upływającego czasu. Gdy przemierzył swą niebiańską drogę, ze wschodu nadciągał jego jaśniejszy towarzysz. Promienie słońca coraz bardziej rozświetlały rozbujane wiatrem fale.

Sześciokrotne bicie kościelnego dzwonu było sygnałem, aby wyruszyć „na drapieżnika”. Ostatnia szansa, aby wyprawę uwieńczyć kontaktem z rybą. O dziwo zmęczony niewygodnym siedziskiem Piotrek, zaproponował, że potowarzyszy mi w poszukiwaniach „zębatej przygody”. Przezbroiliśmy sprzęt, uwiązaliśmy długie niebieskie woblery i ruszyliśmy w teren. Długie godziny przeczesywaliśmy przybrzeżne tereny w poszukiwaniu wygłodzonych drapieżników. Niestety około godz. 10tej dałem za wygraną. Zmęczenie wyparło determinację i po chwili wróciłem do obozowiska. Piotrek powiedział, że połowi jeszcze trochę w okolicach drewnianego pomostu i zaraz wróci.

Budząc Grzegorza słowami „zbieramy się” przystąpiłem do pakowania sprzętu. Gdy składałem swój fotel, na mej twarzy rysował się szeroki uśmiech. Bez słów rozumieliśmy się z Grzegorzem, który również podśmiewywał się jeszcze z nocnych przygód. Wnet patrzymy, zbliża się ożywiona sylwetka Piotrka. W wysoko podniesionym ręku, trzyma długie szczupacze cielsko. Z niedowierzaniem wytężamy wzrok. Piękna, wielka zdobycz w rękach zmęczonego, ale uradowanego wędkarza. Pośpiesznie zmierzyliśmy szczupaka – 87 cm. Radości szczęśliwego łowcy (i naszej) nie było końca. Po takiej nocy, nikomu tak bardzo nie należała się ta ryba jak właśnie jemu.

Piękne to były chwile…. Prawdziwe, nieobliczalne piękno wędkarstwa. Chociaż zdarzenia te miały miejsce dziesięć lat temu, pamiętam je dokładnie jakby były wczoraj. Podobnych przygód mieliśmy jeszcze kilka, ale o nich opowiem innym razem.

 


4.8
Oceń
(41 głosów)

 

Odkuł się… - opinie i komentarze

użytkownik8030użytkownik8030
0
Zatem mam honor jako pierwszy dodać swoje trzy grosze. Grosze są trzy, ale gwiazdek będzie pięć. Pierwszy grosz, to fakt, że nie miałem pojęcia Zbyszku o Twoim wędkarstwie stacjonarnym. Ilekroć Cie spotykałem nad Odrą, zawsze machałeś spinaczem. Zatem zdziwiłem się pozytywnie.
Drugi grosz, to fakt iż mam podobne przekonanie, że nie ryba jest najważniejsza, ale obcowanie z kolegą, z naturą i własnymi myślami.
Trzeci grosz to sprawa taka, że oto jawi się kolejny talent literacki naszego Portalu, z czego jestem rad niezmiernie.
Jeśli mnie się fajowo czytało to pewnie i reszcie czytelników przypadnie do gustu twój tekst.
Zatem pozdrawiam Cie serdecznie i życzę wędkarskich sukcesów. A gwiazdek dla motywacji klikam 5. (2009-12-01 19:44)
MYQ79MYQ79
0
Tak jak mój przedmówca daje *****

A co do artykułu muszę przyznać że czytało się bardzo dobrze a co najważniejsze usmiech pojawiał się na twarzy podczas czytania co znaczyu że całkiem nieźle przedstawiłeś zabawne aspekty tej wyprawy ;)

Aż serce się cieszy na samą myśl o takich wyprawach ;) nie ma to jak wspólna wyprawa z przyjaciółmi lub rodzinką na ryby. Tej atmosfery nie da się porównać z niczym innym..
pozdrawiam (2009-12-02 09:46)
użytkownik8289użytkownik8289
0
Oczywiście ja tez daje 5 gwiazdek, bardzo fajnie się czytało (2009-12-02 10:38)
kostekmarkostekmar
0
Ghostmir powiedzaił już wszystko i nie wypada mi przy tak szacownym koledze dopowiać. Zajefajne opowiadanie. Pozdrawiam (2009-12-02 10:39)
użytkownik26410użytkownik26410
0
Dołączam się do tych wypowiedzi co koledzy wyżej. Daję *****:) NO i pisz dalej bo fajnie się czytało Zbyszku:)) (2009-12-02 11:17)
użytkownik7474użytkownik7474
0
jak byście nie mieli na czym siedzieć to może więcej tych szczupaków by było?:):). Czekam na kolejne przygody:) (2009-12-02 11:54)
użytkownik1805użytkownik1805
0
Myślę,że Mateusz ma racje trzeba było ruszyć d.... i poszukać ryby. Ale tak na poważnie fajne opowiadanie. Nie tylko i nie zawsze liczą się ryby. One czasami są dość miłym dodatkiem do tego wszystkiego co otacza wędkarstwo! (2009-12-02 13:29)
użytkownik19872użytkownik19872
0
Zmusiłeś mnie do wspomnień... ile to połamanych fotelików i bezrybnych nocek już za mną, jednak wiele z nich wspominam cieplej niż te z zaliczonymi okazami.
Właśnie takie jest wędkarstwo, piękne miejsce, dobre towarzystwo, humor, a ryby są tylko dopełnieniem naszych przygód.
Potrafiłeś to bardzo obrazowo opisać i z pewnością jest to jedna z milszych wypraw, skoro wróciłeś do niej po latach.
Klikam 5 gwiazdkę i pozdrawiam! (2009-12-02 14:02)
użytkownik13699użytkownik13699
0
Okrąglutkie 5*****. Czytało się lekko i przyjemnie, przygody dość często spotykane wśród "braci" wędkarzy i w doskonałej większości bardzo miło wspominane. Gratuluję współtoważyszy wyprawy, bo to skarb, mieć dobranych kompanów. Oczywiście, jak powyżej koledzy już wspominali, czekam na kolejne opowiadania.
Pozdrawiam serdecznie. (2009-12-02 18:41)
użytkownik13699użytkownik13699
0
Przepraszam za błąd wynikający z pośpiechu i braku analizy. (2009-12-02 18:42)
spokojnyspokojny
0
Taak warto o takich chwilach pamiętać, Zbyszku piąteczka. (2009-12-02 18:52)
użytkownik23635użytkownik23635
0
Przyznam że czytało mi się bardzo dobrze. Opowiadanie ciekawe, z humorem i jeszcze zakończone sukcesem. Daję ***** (2009-12-02 20:09)
łysy wążłysy wąż
0
No Zbychu, dałeś czadu... Rewelacyjne opowiadanko, które bardzo miło się czyta. I ten humor ;-) Uśmiałem się zdrowo ;-)

Czekam na kolejne opowiadania i daję oczywiście piąteczkę ;-)

pozdr.
(2009-12-02 20:17)
izkpawizkpaw
0
Ja także *****.Pięknie napisane.... (2009-12-02 20:51)
użytkownik6876użytkownik6876
0
Za pięknie opisaną przygodę wędkarską daję 5. Życzę Ci abyś więcej wypraw tak miło wspominał , a nam czytelnikom żebyś je przybliżał . Żeby było jasne chłodu oraz braku brań Ci nie życzę :) . Opisuj śmiało kolejne wyprawy , dobrze Ci to idzie .Pozdrawiam . (2009-12-02 21:50)
spines21spines21
0
to jest właśnie wędkarstwo-fajne atmosfera,przygoda ,jest co wspominać.
nawet jak nie ma ryb.
dobrze się czytało to opowiadanko:)



(2009-12-02 21:53)
użytkownik7463użytkownik7463
0
Chłopak był uparty i złowił a Wam cierpliwości zabrakło:) Przez takie opisy juz za latem tęsknie. (2009-12-02 23:34)
użytkownik22602użytkownik22602
0
Taak ...za porzucenie miejsca pracy ..!!! Nagana. A co.. gruncik czy machanie... albo albo..*))) A tak naprawdę - niechcący przypomniałeś mi, jak wiele ryb złowiłem ja, i moi przyjaciele dokładnie w takich właśnie okolicznościach. To był - twórczy niepokój ! I dobrze ! Coś w tym jest - ***** !!! (2009-12-03 00:22)
mirek2000mirek2000
0
Trafny tytuł artykułu. Faktycznie po tych przygodach należała mu się ta ryba. Bardzo ładny okaz zębatego. Pozdrawiam i oby tak dalej. Ode mnie 5... (2009-12-03 07:42)
podzygpodzyg
0
Oczywiście daje ***** 5 nie będe się powtarzać za kolegami.Widze że jawi nam się nowy talent na portalu pozdrawiam (2009-12-03 09:02)
użytkownik10172użytkownik10172
0
Bardzo dziękuję wszystkim za życzliwe komentarze - spiderling (2009-12-03 13:43)
użytkownik559użytkownik559
0
Oby takich opowiadań było więcej na tym portalu. Ten długi ciężki marsz nad wodę z trzymanym w rękach sprzętem jest mi dobrze znany. Czasem myślę po co ja lezę taki kawał drogi taszcząc tyle gratów? Wszystko się zmienia w chwili, w której kładę je nad brzegiem i zabieram się za ich rozkładanie. Od tego momentu ręce przestają boleć i wszystko jest ok. To co się dzieje później to już sam miodzio.
Artykuł oceniam na 5 gwiazdek i czekam na następny. (2009-12-06 00:46)
marcin89marcin89
0
nie no artykuł bomba nie widziałem jeszcze lepszego sam jak czytałem śmiałem się z niego oby takich więcej oczywiście 5 odemnie
(2010-01-22 10:09)

skomentuj ten artykuł