Opowieści około wędkarskie CDN

/ 8 komentarzy

3 MOJE PIERWSZE SUKCESY

Z czasem wędkarstwo urosło dla mnie do rangi najwyższej.
Znaczki i monety poszły na bok, jedynie modelarstwo i majsterkowanie nadal mnie bawiło. Zacząłem więc łączyć obydwie te pasje, bo chyba nie ma nic lepszego, niż łowić na własnoręcznie wykonany spławik, ciężarek czy koszyczek , gdy wędki spoczywają na zrobionych przez siebie podpórkach. Miałem też mojego pomysłu elektroniczne sygnalizatory, a w dodatku efekty tego majsterkowania były widoczne. Dzięki temu poczułem się wreszcie w miarę dorosłym wędkarzem pomimo, że miałem dopiero dwanaście lat.
Oprócz samego wędkowania, coraz bardziej zaczęła mnie interesować działalność naszego koła, czyli wszelkiego rodzaju zebrania, czyny, zawody. Doszło do takiej „szajby”, że w sezonie miałem wypracowanych ponad czterdzieści godzin, a wymagano jedynie czterech. Zaowocowało to odznaką „ Młodzieżowego Aktywisty”, czyli dwoma kijami, „Żywcem”, spinem, no i nockami ( które kiedyś były dozwolone po 18-ce).
Tak więc wszystko się rozkręcało z miesiąca na miesiąc. Niemałą satysfakcję miałem z tego, że wśród starszych wędkarzy zacząłem być doceniany i mogłem w każdej sytuacji liczyć na ich pomoc i radę. Czasem nawet ci starsi koledzy, ale będący młodszymi ze względu wędkarski staż, korzystali chętnie z moich rad, co jeszcze bardziej motywowało mnie do działania.
Wreszcie przyszedł czas moich pierwszych zawodów wędkarskich. Od razu przeżyłem szok. O ile dobrze pamiętam, zająłem wtedy I-sze miejsce, za które otrzymałem aparat fotograficzny marki „Smiena 8”. W tym miejscu muszę się pochwalić, że dzięki mojemu ojcu byłem wtajemniczony w sztukę fotografii włącznie z wywoływaniem zdjęć, a na dodatek w domu mieliśmy cały sprzęt służący do tego celu. Często więc Wygrany aparat bywał ze mną na rybach.
W tym okresie, w zakładzie mojego ojca działała sekcja wędkarska Śląskiej DOKP. Oczywiście… załapałem się!
Zaczęły się wycieczki, zawody, nowe znajomości, no i pierwsze sukcesy w gronie nowych przyjaciół. Muszę tu przyznać, że organizowali te imprezy wręcz wzorcowo!
Zakład ten należał do PKP, więc jeździliśmy na kilkudniowe wypady doczepionym, „własnym” wagonem. Na miejscu odczepiano nas od pociągu i wagon lądował na bocznicy, gdzie stanowił przez kilka dni nasz dom. Kawał świata wtedy zwiedziłem. Byłem między innymi koło Drawska, nad Sanem, pod Przemyślem, nad Jez. Żywieckim, nad Odrą koło Opola i w wielu innych, ciekawych miejscach zarówno dalszych, jak i w bliższej okolicy.
Prawie każda z tych wypraw miała w scenariuszu zawody wędkarskie. Często były to zawody dwudniowe z podziałem na rzekę i jezioro, no i tam już nie było tak łatwo, bo to już nie tylko koło brało w nich udział, ale cały Okręg! Byli to głównie ludzie o większym doświadczeniu niż moje. Jednak nie skapitulowałem i poniżej piątego miejsca nie wylądowałem nigdy! Jeden z rozdziałów poświęcę na opisanie pewnych zawodów i opowiem jak można się zawieść na rzekomych „kolegach”.
Tak moja przygoda nabrała tempa - z jednej strony koło, z drugiej sekcja plus pracownia modelarska i elektronika, więc zaczęło mnie być wszędzie pełno, jak to zauważył ktoś ze znajomych.
Następnego roku oczywiście znów miały miejsce czyny i zawody rozpoczynające sezon w kole i znów zająłem pierwsze miejsce. Jeśli chodzi o czyn, to nie kończyłem na wymaganych czterech godzinach, lecz starałem się być obecny codziennie, w miarę możliwości oczywiście. Nie będę ukrywał, że najbardziej ucierpiała na tym szkoła.
Ojciec jednak od dziecka podtykał mi pod nos najróżniejsze książki i to te, o których mówi się, że są mądre. Wychodziłem więc z założenia, że siedzenie w budzie i słuchanie czegoś, co już wiem od dawna, jest głupotą. Założenie przekułem w doświadczenie.
Z tymi książkami, to miałem zresztą taką samą „szajbę” jak z wędkarstwem, bo jednak czytanie pod kołdrą przy świetle latarki do normalnych zachowań nie należy. Wiadomo- zamiast tego powinienem pochłaniać lektury i odrabiać lekcje, a cała reszta powinna była być jedynie dodatkiem ( według matki oczywiście). Na szczęście ojciec był nieco bardziej wyrozumiały, bo sam czytał ciągle i na każdy temat. Zwierzył mi się kiedyś, że przez wszystkie lata kiedy chodził do szkoły, przeczytał tylko jedną lekturę obowiązkową w całości.
Jakby tego wszystkiego było mało, tata zaraził mnie astronomią. Czyli średnio raz w tygodniu musiała się odbyć wizyta w Planetarium. Dodatkowo ojciec kochał las ( o czym wspomniałem przy dziadku) i też bez problemu mnie w to wciągnął. Często wspominam te nasze wyprawy do Tworoga lub Borowian z przesiadką w Tarnowskich Górach i obowiązkowym, chwilowym pobytem w dworcowym barze, gdzie ojciec niezmiennie zamawiał duże jasne, a dla mnie małe ciemne z domieszką jasnego. Następnie „trza” było przejść ( jeśli dobrze pamiętam) na peron północny, skąd odchodził pociąg na Fosowskie. A był to pociąg wyjątkowy, bo piętrus ciągnięty przez parowóz, jeśli się nie mylę mógł to być TKT48, a czasem spalinowy SM42.
Wbrew pozorom te wszystkie zainteresowania dało się całkiem fajnie połączyć w całość. Mam na to przykład!
Kiedyś pojechałem na ryby, na Zieloną. Jest to zbiornik położony praktycznie w środku lasu, czyli już samo dojście… Z racji, że był to sierpień, to była też okazja na grzyby po drodze. Po drugie mój sprzęt był udoskonalony przeze mnie według własnych pomysłów i zdolności, aparat na szyi ( bo można przy okazji pstryknąć coś ciekawego). A już po grzybach i po rybach, po ognisku, można było popatrzeć w niebo i poobserwować meteoryty. Każdy grubszy kawałek kory znaleziony w lesie, po powrocie do domu zamieniał się w spławik lub w woblera .
Z dnia na dzień powoli, ale konsekwentnie, dochodziłem do przekonania, że moje życie to ogólnie mówiąc las i natura, a hobby to głównie ryby i technika. Później doszła jeszcze muzyka. W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o panu Basku, czyli o sąsiedzie z góry, który wstąpił kiedyś do ojca na koleżeńską flaszkę. Przytargał ze sobą gitarę… no i załapałem kolejnego bakcyla. Z doskoku niejako zająłem się również gitarą. Zapisałem się nawet do ogniska muzycznego, ale pani prowadząca tam zajęcia nie potrafiła chyba zagrać nic poza gamą, bo przez pół roku na zajęciach nie grałem niczego, poza trzema zawsze tymi samymi akordami. Doszedłem więc do wniosku, że to wszystko jest do dupy i jeszcze za to kasę trzeba bulić pomimo, że to było w czasach komuny, więc jak chcę grać, to trza się samemu za to wziąć. Tak też zrobiłem i na dobre mi to wyszło.



 


5
Oceń
(13 głosów)

 

Opowieści około wędkarskie CDN - opinie i komentarze

rysiek38rysiek38
0
jak opanuje obróbke zdiec to dołącze pare starych fotek i to czarno białych -wtedy niestety nie było komórek i cyfrówek a tak w sumie nie wiem czy niestety czy na szczęscie (2013-10-08 22:53)
zbynio 33zbynio 33
0
fajny opis. czekam na więcej. (2013-10-08 22:54)
rysiek38rysiek38
0
Mam tego kupę ale nie obrobione - to tylko próbki dla Waszej oceny jak napisałem pisze na zywioł nie czytam i nie poprawiam...w tym fragmencie pomógł mi Kedzio (2013-10-08 22:59)
użytkownik104372użytkownik104372
0
Miło się czytało 5* (2013-10-09 09:01)
esox61esox61
0
O!!! miałem i mam tak samo :) wędkarstwo, astronomia, fotografia, majsterkowanie, muzyka - akordeon i trochę gitara :) Dzięki temu człek się nie nudzi :) (2013-10-15 22:12)
rysiek38rysiek38
0
Człowiek bez pasji to moim zdaniem po prostu brak człowieka niestety nie wszyscy to potrafią zrozumieć i stąd się rodzą niepotrzebne problemy ale o tym to w innym rozdziale ale to już będzie w książce niestety (2013-11-01 23:20)
lynxlynx
0
Rysiek , opisz jeszcze jak to w zimie szło sie na brzeg lasu tam gdzie rosły leszczyny. Wybierało się proste kawałki a w domu, na desce prostowało i suszyło. Potem trzeba było znaleźć końcówkę z jałowca i elementy gotowe. Następnie szło się na zwiady po zakładach aby znaleźć rurki metalowe na sztukówke. Do najwcześniejszych połowów należy zaliczyć kiełbiki i cierniki łowione na haczyk ze szpilki i na zwykłą nitkę. Pierwszą kupioną żyłkę oglądało się jak jakieś cudo. Ech, to były czasy. Człowiek dostał 1 zł na loda to składał i kupował żyłkę i haczyk. Młodości, młodości, biedna i durna a ile teraz dajesz wspomnień. (2013-11-04 18:30)
rysiek38rysiek38
0
Wspomnień i szkoły życia ,korzystania z natury i radzenia sobie przy tym co jest i jakos dało si e jezdzic na nocki z efektami bez namiotu karpiowego bo wystarczał zwykły a za swingera słuzył korek Z taniego wina wspomagany jako kompletny sygnalizator bran słoikiem ze świeczką :-) (2013-11-21 22:22)

skomentuj ten artykuł