Pierwszy godny uwagi rekord osobisty!

/ 4 zdjęć


Zbliżał się weekend a to oznacza jedno, czyli to co przez każdy weekend wakacji... 2 dniowy wypad nad wodę. Sobota godzina 14 jestem już w domu po pracy. Czekam na kumpli i pakujemy się w 5 osób do małego Citroena.  Ledwo wszystko zapakowaliśmy, a w zasadzie to wszystkiego nie zapakowaliśmy, bo brakło miejsca. No i jedziemy. Nad wodę docieramy po pół godzinnej jeździe, ale najgorsze w tej podróży to dojazd do łowiska... TRAGEDIA. Mały Citroenik, niskie zawieszenie, dziury i koleiny, że szkoda gadać, więc w  samochodzie  zostaje kierowca, reszta idzie piechotą. Trochę żartów po drodze i  tak właśnie zapowiadał się wypad.

Miejscówka wymarzona i najważniejsze, że wolna. Czas na dmuchanie pontonu, rozkładanie sprzętu i namiotu, przygotowanie ziaren i kulek do nęcenia. I koło godziny 16.00 pierwsze zestawy zostały wywiezione. Na pontonie było strasznie gorąco, zero wiatru, a zestawów do wywiezienia było 6, bo było nas 3 wędkujących i tylko ja pływałem, ale dałem radę. Ostatni kurs i już tylko wygodnie się rozłożyłem w krześle i cały wieczór delektowałem się ciszą i przyjemnym ciepłem. Kuba (brat) zajmuje się ogniskiem i kiełbaską, bo co to był by za wyjazd bez Krakowskiej. Noc przebiegła bez brania, ale za to strasznie zimna. Nigdy w życiu bym się nie spodziewał takiej nocy po upalnym dniu, ale cóż... Porannym już rytuałem było przewiezienie zestawów zaraz jak po wschodzie słońca i pierwszych promykach, które strasznie mnie uszczęśliwiły.  Na włos poleciało tym razem na jednym zestawie kulka o zapachu kukurydzianym 18mm, a na drugim zestawie 5 ziaren kukurydzy. Oczywiście podnęciłem dobrze łowisko i czekam. Długo nic się nie działo. Chłopaki aż z nudów zaczęli łowić drobnice, która żerowała przy brzegu do butelki, po czym krótka rozmowa co to  może być za gatunek i z powrotem do wody. Słońce doskwierało co raz to mocniej, ale to okazało się nawet dobrze. Do godziny 14 siedziałem i nic nie robiłem więc postanowiłem zjeść obiad, aż tu nagle jak na złość potężny odjazd!!! Kołowrotek jęczy, dźwięczy, biegnę... zgubiłem po drodze obiad, rozsypałem, zdeptałem... sprint roku, zacinam i.... pudło, ale zwijam z nadzieją, że jest to amur, ale nic z tego. Było to branie na ziarna kukurydzy. Zastanawiam się co mogło być nie tak, ale do dnia dzisiejszego nie mam pojęcia, może po prostu pech i tyle w temacie. Wywiozłem zestaw i wróciłem do jedzenia, ale nie tego z ziemi już, chociaż taka była wola ludzi, których nazwałem "kumplami". Zaserwowałem sobie sałatkę warzywną i wróciłem w wygodne krzesło. Około godziny 17.30 słyszę dźwięk sygnalizatora. Najpierw jeden... później drugi... i już wtedy wiedziałem, że to będzie amur.... ale czekałem. Następny dźwięk i następny. Przytrzymanie szpuli!! Zacięcie i siedzi!! Ale... Myślę sobie, że nie duży, zwijam zestaw jak gdyby nigdy nic, aż nagle zaczyna odbijać w lewą stronę i idzie co raz ciężej. Na brzegu mobilizacja na poziomie 100!! Jeden podbiera, drugi kameruje, a trzeci i czwarty... oczywiście komentatorzy, bo jakby mogło być inaczej. Jest już blisko 20-25 metrów (bo hol był z około 150 metrów). Ryba idzie mocno przy dnie, żyłka 0.25 mm więc nie mogłem sobie pozwolić na hol siłowy. Po kilku odjazdach i pokazach siły wyłania się i wiemy, że jest to duży amur i mierzy sobie około 80 cm. Więc walczymy dalej, kołowrotek gra, żyłka gra, wielkie emocje operatora "kamery" i komentatorów!!! Ale czuje, że słabnie i próbujemy go pierwszy raz podebrać, ale wyskakuje z podbieraka i zrywa się do następnego odjazdu, ten był już krótszy i podebranie go to już kwestia kilku sekund, chwilę pojeździł jeszcze przy powierzchni wody i trafił do podbieraka. Uśmiech i emocje rosną. Wyciągam go na brzeg, ale niestety bez maty, bo nie zdążyłem się jeszcze zaopatrzyć. Zapiął się idealnie na środku za dolną wargę. Odpinam i mierze, miarka pokazuje dokładnie 81 cm. No i pobiłem życiówkę o 2 cm, bo poprzednia rekordowa ryba mierzyła sobie 79 cm i był nią Sandacz. Szybka sesja zdjęciowa i wypuszczam. Odpłynął grzecznie w swoje strony i mam nadzieje, że wynagrodzi mi to i wróci jak będzie większy o kilka kilogramów. 

Później nadeszła następna zimna noc bez brania, a rano tak jak planowaliśmy pozwijaliśmy wszystko i wróciliśmy do domu z pamiątkowym nagraniem i zdjęciami oraz ogromnym zadowoleniem i nadziejami na następne wypady. 

Wkleje jeszcze link to filmu z holem:

 


0
Oceń
(0 głosów)

 

Pierwszy godny uwagi rekord osobisty! - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł