Pierwszy kontakt czyli jak to się wszystko zaczęło

/ 5 komentarzy / 3 zdjęć


Pierwszy kontakt czyli jak się to wszystko zaczęło...

Było to dawno temu, w czasach gdy Polska nie należała ani do Unii Europejskiej ani do NATO...Nikt nie marzył jeszcze o ojczyźnie silnej i liczącej się w regionie.Polacy borykali się z trudem przemian gospodarczych i społecznych.Ciężki był to okres chyba dla wszystkich "zwykłych zjadaczy chleba".Ten stan rzeczy przekładał się również na wędkarstwo ,a ściślej mówiąc głównie na jakość sprzętu ,jego jakość i wysoką cenę.Ciężko było kupić coś co nie będzie "zdiełano w ZSRR" a jednocześnie będzie sobą przedstawiało jakąś wartość.Dotyczyło to tak wędek jak i kołowrotków.Dla młodego chłopaka ,który wciąż jeszcze nie zarabiał pieniędzy każdy wydatek był bolesny...A przecież tak chciałem w końcu spinningować! 

Kurcze, jak przypomnę sobie kleniska ,które łowił mój ojciec na maleńkie ,zielone effzety to wcale się nie dziwię gorączce i determinacji jaka mnie wtedy ogarnęła...Wreszcie stało się!Kupiłem coś co miało mnie wprowadzić w świat wielkich okazów,pełnych adrenaliny brań i epickich walk z wodnymi potworami!Pierwszy "normalny" kołowrotek spinningowy jaki wpadł mi w ręce to była Okuma - modelu dziś nie pamiętam ale miała trzy łożyska i to był dla mnie "skok technologiczny" po tych wszystkich ruskich "orionach" i innych wynalazkach.Byłem w siódmym niebie...Niestety na porządniejszy kij już nie wystarczyło i musiałem zadowolić się wysłużonym teleskopowym spiningiem o raczej "bazarowym" rodowodzie ale cóż - nie można mieć wszystkiego...Jasne stało się dla mnie ,że oto nadszedł Dzień Próby,wielki test mojej wędkarskiej i męskiej dojrzałości.Musiałem podjąć wyzwanie jakiego do tej pory nie dane mi było skosztować i ...sprostać mu!Poważne ryby to duża woda, a duża woda to oczywiście Wisła.Nareszcie czułem się gotów aby rzucić wyzwanie Królowej,wielkiej,dzikiej i mistycznej rzece.Marzenie było blisko,na wyciągnięcie ręki i wystarczyło tylko po nie sięgnąć!Nie wahałem się i już następnego dnia z bijącym sercem i rozbudzonymi do granic możliwości nadziejami stanąłem nad jej brzegami.Wrażenie jak zawsze było kosmiczne.

Taka masa wody!Słyszałem o tzw. "czytaniu wody" ale to wówczas zdecydowanie wykraczało poza moje umiejętności i doświadczenie...Postanowiłem że nie ma takiej siły która powstrzyma mnie od złowienia tego dnia choćby jednej ,przyzwoitej ryby więc nie moge się zrażać przeciwnościami.Łatwo powiedzieć!Wielka, nieokiełznana ,pełna wirów i zdradliwych głębi rzeka to nie "bułka z masłem" dla laika.Na szczęście znałem pewien specyficzny twór ,bardzo charakterystyczny i nie do przeoczenia w tym jakże dzikim i pierwotnym krajobrazie.Ojciec nazywał to coś opaską a ja kojarzyłem to z kupą kamieni wzdłuż brzegu i rybami które z tego miejsca pochodziły.Były piękne i majestatyczne ale to już materiał na kolejną opowieść...Bez trudu odnalazłem brzeg pokryty dużymi i mniejszymi głazami, tu i ówdzie wystawały z ziemi patyki czy też wyrastały kępy wikliny.Ciężko się po tym chodziło zwłaszcza ,że opaska była już bardzo stara i ząb czasu oraz woda plus wiosenne kry odcisnęły na niej swoje piętno.Na styku lustra wody z brzegiem tworzyły sie minizatoczki w których beztrosko baraszkowały uklejki i małe kiełbie.Wówczas jeszcze nie rozumiałem co je skłania do przebywania w płytkiej wodzie przy brzegu...Dzień zapowiadał się gorący jak wszystkie tego lata.Od rana czuć było "elektryczną" atmosferę zbliżającej się burzy a mgła i wilgoć nie ułatwiały wędrówki po upstrzonym kamieniami brzegu.Raz po raz potykając się posuwałem się naprzód.Gdy już osiągnąłem cel byłem mokry od potu.Widoczność była ograniczona przez mgłę a cisza panowała wręcz grobowa... - No,poloneza czas zacząć...- pomyślałem.Rozsunąłem segmenty mojego pożal się Boże spinningu,odpiąłem kabłąk mojego wspaniałego,nowego kołowrotka i zmontowałem zestaw.

Co do wyboru przynęty to dzisiejsze dylematy były mi wówczas zdecydowanie obce - w moim pudełku królowały niezawodne obrotówki i to one miały stać się moją przepustką do sukcesu.Na kołowrotku oczywiście świeżo nawinięta żyłka "dwudziestka" na której końcu zawisł srebrny effzet nr 1.Miejsce które postanowiłem obłowić było charakterystyczne.W opasce powstał wyłom i utworzyła się spora ,płytka zatoczka którą upodobała sobie drobnica.Pierwsze rzuty sprawiły że pokochałem ten mój nowy młynek.Bardziej koncentrowałem się na jego płynnej pracy niż na łowieniu.Z tej fazy swoistej ekscytacji wyrwało mnie krótkie ,mocne szarpnięcie.Ryba!!!Krótki,histeryczny hol "powietrzny" i mały klonek ląduje w garści.Jest moc!Frajda niesamowita.Rybka wraca do wody.Teraz bardziej koncentruję się na łowieniu.Postanawiam rzucić w dół rzeki i ściągać obrotówkę przy samym brzegu po prąd.Skręcam oczywiście dośc szybko bo już poznałem nieraz gorzki smak konfrontacji z zaczepem...Szczytówka wysoko uniesiona, drugi ,dziesiąty obrót korbką i ...łup! Tępy,pulsujący ciężar na drugim końcu wędki i miękkie nogi - tyle pamiętam.Ta rybka nauczyła mnie do czego służy hamulec w kołowrotku!Dobrze że chociaż holować jako-tako potrafiłem.Parę odjazdów i wyślizg pieknego jazia zakończył zmagania.Drżącymi rękoma odpiąłem moje trofeum i przyjrzałem mu się uważnie.Spojrzałem w złote oczy cudnego półmetrowego jaziska.

Poruszał pyskiem z trudem łapiąc powietrze.Jeeezu,ale wielki!Pierwsza ryba powinna wrócić do wody i chociaż żal mi było pozbywać się jedynego dowodu mojego szczęścia to zwróciłem rybie wolność.Właściwie już mógłbym wracać do domu bo pozytywnych emocji doznałem więcej niż mógłbym sobie wymarzyć ale postanowiłem jeszcze trochę porzucać.Czas jednak naglił bo basowe echa grzmotów w oddali nie wróżyły niczego dobrego.Widoczność też ograniczała mgła a upał i duchota stały się nie do zniesienia.Nagle pojawił się nowy odgłos - bardzo dziwny i nie pasujący do reszty.-Bulb!-rozległo się na prawo ode mnie.Za chwilę znowu!Dziś doskonale wiem co taki dźwięk zwiastuje ale wtedy byłem niemal kompletnie zielony...Niewiele myśląc oddałem kolejny rzut ,tym razem w poprzek nurtu.Błystka szła może pół metra pod powierzchnią.Kilka rzutów później uświadomiłem sobie że już czas się zwijać bo zaczyna padać.Przyspieszyłem zwijanie i nagle beton...-Co jest?...-Chyba zaczep i pewnie do tego jakaś gałąź bo zaczyna schodzić z nurtem.Ależ to jest ciężkie , szkoda błystki...Próbuję zatrzymać na siłe. Pseudospining no name gnie się potężnie,żyłka jęczy.Zatrzymuje się - może uda się odzyskać przynętę.Nagle potężna siła omal nie wyrywa mi kija z ręki."Zaczep" ożył i właśnie odjeżdża dalej waląc w dno!Instynktownie luzuję hamulec i to ratuje linke przed zerwaniem.Już dociera do mnie że to wielka ryba za chwilę przetestuje mój sprzęt.Stary teleskop trzeszczy a linki ubywa.Wpadam w panikę i luzuję hamulec jeszcze bardziej.

Ryba schodzi z prądem i tracę kolejne metry.Ruszam za nią kręcąc opętańczo korbka.Błyskawica rozświetla niebo a huk gromu oznajmia mi ,że nie tylko z rybą przyjdzie mi walczyć.Ściana wody to dobre okreslenie dla tego co się działo.Śliskie od deszczu kamienie nie ułatwiają biegu za rybą.Rzut oka na kołowrotek mówi mi wszystko - podkład stał się widoczny,a więc potwór jest gdzieś tam w dole rzeki oddzielony ścianą mgły i kurtyną deszczu.Blokuję na siłę bo już nic innego nie przychodzi mi do głowy.Kolejny błysk z nieba uświadamia mi że sytuacja staje się poważna a ryzyko coraz większe.Kij kłania się wodzie a ryba staje tylko na chwile aby uderzyć ze zdwojoną mocą i znowu zabrać kolejne,ostatnie już metry żyłki...Nagle trzask!Jeden a za trzy sekundy drugi.Już wiem,że to koniec...Padam na kolana.W ręku pozostał mi tylko dolnik mojej starej wędki.Żyłka trzasła a ryba odpłynęła zabierając resztkę tlącej się w sercu młodego wędkarza nadziei...Zalewany potokami wody z nieba na tle rozświetlajacych horyzont piorunów klęczałem odarty z godności...Czy napewno?Normalnie sie popłakałem...jak dzieciak.Mimo porażki dziś nazwałbym to łzami szczęścia.Od tamtej pory wiele wody upłynęło w Wisle.Nauczyłem się kochać,szanować i podziwiać tę piękną rzekę a ona czasem to odwzajemnia...Sroga lekcja pokory (pierwsza lecz nie ostatnia) jakiej doświadczyłem spowodowała że dziś jestem już na innym etapie.Wielki respekt jaki mam do Królowej polskich rzek przejawia się też w miłości do tej pięknej wody.Mój "stary spinning" złożył swe życie na ołtarzu poznania niezanego i... tak to się wszystko zaczęło i trwa do dziś!

 


5
Oceń
(13 głosów)

 

Pierwszy kontakt czyli jak to się wszystko zaczęło - opinie i komentarze

marciin 2424marciin 2424
0
Podejrzewam ,że wielu z Nas miało podobne przeżycia na początku znajomości z wędkarstwem i za to jesteśmy miłośnikami tego sportu. Świetny wpis Kolego super się czytało. Pozdrawiam i oczywiście *****:) (2014-03-30 13:17)
TomekooTomekoo
0
Wpis świetny ;-) Od razu wracam do wspomnień kiedy obalił mnie sum w wodzie kiedy go pobierałem myśląc że jest zmęczony ;-) Pozdrawiam 5* (2014-03-30 20:35)
barrakuda81barrakuda81
0
One z reguły trafiają się w nieodpowiednim momencie kiedy nie jestes przygotowany sprzetowo - było pare takich zdarzen.Zeby tak brały kiedy sie na nie celowo nastawiam to byłoby miło.Pozdr. (2014-03-30 20:56)
starylinstarylin
0
Wspaniała przygoda, a sposób pisani sprawiający, że czułem się wręcz obecny w opisywanym czasie i miejscu. Napiszę to głośno - NIEWĄTPLIWY TALENT PISARSKI! (2014-04-06 10:23)
SionixSionix
0
Świetna historia.Czytając zmęczyłem się razem z Tobą.Czekam na więcej.Pozdrawiam (2014-04-11 11:52)

skomentuj ten artykuł