Wojenne połowy podlodowe


13 Na lodzie jak na wojnie - podlodowe połowy


Był koniec grudnia 1981 roku. Jeziora koło Kalisza Pomorskiego, tam gdzie najczęściej jeździłem na lód, były już dawno zamarznięte. Restrykcje stanu wojennego nie pozwalały jednak przemieszczać się do innych województw, a jezioro na które planowaliśmy z kolegą pojechać było oddalone od Stargardu o 55 kilometrów, ale leżało w koszalińskiem.
Granica między szczecińskim, a koszalińskim województwem przebiegała na rzece Drawie, a my niestety musieliśmy ją przekroczyć. I co tu robić ? Ustaliliśmy, że zaryzykujemy, a co tam, najwyżej nas zamkną, raz się żyje ! Ubrani w kożuchy i filcaki , na dworze było poniżej minus 10 stopni, o godzinie czwartej rano udaliśmy się na pociąg. Całe szczęście, że nie trafiliśmy na jakiś patrol, bo przecież maszerowaliśmy pustymi ulicami w trakcie trwania godziny milicyjnej. . Nie wchodziliśmy na dworzec ponieważ z daleka zobaczyliśmy milicjantów. Chyłkiem doszliśmy do prawie pustego pociągu, który na szczęście był podstawiony na peronie 2a, oddalonym z dala od dworca. Z duszą na ramieniu jakoś dojechaliśmy do celu, ale u schyłku podróży, w Prostyni czekała nas następna niespodzianka,
patrol żołnierzy w biało-czerwonych opaskach na ramionach. Wysiedliśmy z drugiej strony peronu i poczekaliśmy, aż pociąg ruszy. Tak schowani za wagon biegliśmy około stu metrów,
a potem schowaliśmy się za nasypem. Trochę odczekaliśmy do czasu zniknięcia wojska i już spokojnie, znaną nam ścieżką, ruszyliśmy w stronę akwenu. Dróżką od paru dni nikt się nie poruszał, bo na śniegu nie było żadnych ludzkich śladów, więc wędrówka trochę nam się przeciągła, tym bardziej, że jako pionierzy brnęliśmy w półmetrowych zaspach.
Zdyszani i spoceni musieliśmy jeszcze dostać się na nasze łowisko oddalone od wejścia na lód o trzy kilometry, aż do końca jeziora. Było trochę dziwnie i niebezpiecznie, żadnych widoków starych i świeżo wykutych dziur i ta wszechobecna, panująca cisza.
Może chociaż okonie nie będą takie ospałe jak otaczająca nas przyroda.
Kiedy dotarliśmy wreszcie do celu, gdzie było podwodne wypłycenie, zauważaliśmy mnóstwo wyrąbanych siekierą otworów, pewnie wczorajszych, bo były już nieźle zamarznięte. Wokół pełno odcisków butów i świeżej krwi na śniegu, czyli byli wędkarze i łowili ryby, choć byliśmy w samym środku lasu, na obrzeżach poligonu drawskiego.
Wykułem trzy przeręble na spadzie górki, najpierw trochę płyciej i nareszcie mogłem zacząć łowić. Ostatni raz kontakt z rybami miałem ponad trzy miesiące temu i byłem już głodny wędkowania. Andrzej zresztą chyba też, bo już energicznie machał swoją samodzielnie zrobioną wędeczką sto metrów ode mnie. Nie zdążyłem jeszcze ruszyć błystką, a już zaczął się wydzierać żebym przybiegł z pierzcznią, bo wielki okoń zablokował mu się w dziurze i nie może go wyjąć. Niestety kiedy do niego dotarłem, a nie było to takie łatwe w tak dużym śniegu, było za późno, ryba uwolniła się z haka i właśnie odpływała w toń.
Widziałeś jaki był duży, takiego w życiu nie widziałem, rozgorączkowany kolega nie mógł przeżyć porażki z potężnym garbusem. Nie przejmuj się, złowisz jeszcze większego, próbowałem go pocieszyć, ale nie byłem pewien czy mi się chociaż w minimalnym stopniu to udało. Wróciłem do siebie prawie biegiem trochę zazdroszcząc Andrzejowi kontaktu z taaaaaaką rybą i zacząłem swoje łapanie. Po paru minutach poczułem na końcu kijka spory opór rosnący w miarę zbliżania się ryby do powierzchni. Wielkie okonisko nie chciało dać się podprowadzić do otworu, odpłynął metr od niego i chyba przykleił się do lodu. Za nic w świecie nie chciał dać się ruszyć więc postanowiłem potraktować go bardziej siłowo i to był mój wielki błąd. Chociaż żyłka wytrzymała, ryba uwolniła się z kotwiczki i wolniutko odpłynęła na wolność, demonstrując w wodzie całą swą wielkość. Było co podziwiać, takiego okonia jeszcze w swojej karierze wędkarskiej nie widziałem, chociaż w Świnoujściu, z falochronu złowiłem dwukilogramową sztukę. Kląłem na głos, aż lód trzeszczał w posadach, lecz szybko się powstrzymałem widząc czterech zomowców idących w naszą stronę.
Usłyszałem tylko Andrzeja, który przybiegł do mnie z pomocą w wyciąganiu ryby. No to wpadliśmy! Mundurowi podeszli bliżej, pozdrowili nas i zaczęli rozmowę o rybach.
Okazało się, że przyszli zapolować na szczupaka, bo trochę im się nudzi w koszarach, oddalonych o cztery kilometry. Mieli małe płoteczki we wiadrze i cały stos samołówek.
Te otwory w lodzie były ich robotą i pochwalili się, że są tu codziennie.
Trochę się uspokoiliśmy widząc bratnie dusze, co prawda nigdy nie lubiłem kłusoli, ale lepsi tacy funkcjonariusze, niż tacy, którzy by nie zrozumieli naszej pasji i nas przymknęli.
Już bez stresu zaczęliśmy dalsze poszukiwania okoni, a te trzeba przyznać nieźle z nami współpracowały i co chwilę udawało się zaciąć jakiegoś patelniaka. Do końca dnia całkiem przyzwoicie połowiliśmy, ale już nic tak dużego, jak rano nie trafiliśmy.
Zomowcy wyciągnęli kilka szczupaków i przenieśli się na głębszą wodę za miętusami.
Już bez przygód wróciliśmy do Stargardu bardzo zadowoleni z połowów w nie naszym województwie. Takie to były czasy, mam nadzieję, że już więcej się nie powtórzą.

 


4.7
Oceń
(19 głosów)

 

Wojenne połowy podlodowe - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł