Zaloguj się do konta

Pokusa i rozterki wędkarza

Po przeczytaniu któregoś dnia, na portalu wędkarskim, kilku wypowiedzi braci wędkarskiej na temat wyboru kija spinningowego, natychmiast przypomniałem sobie, że przecież w moim „Kongerze Tiger” 270 (wklejanka) brakuje około 15 cm szczytówki. Trzykrotnie łamana (po kawałku) podczas wypraw wędkarskich. Nigdy przy holowaniu ryby. Zawsze, że tak powiem, w innych okolicznościach.

Wyobraźnia zaczęła podpowiadać, że „to już nie ten sam kij”, „nie tak pracuje” itp. Skutek – zacząłem odwiedzać sklep wędkarski. A tam. Mnóstwo najprzeróżniejszych kijaszków. Co jeden to ładniejszy. Lubię wędki o wyraźnej pracy szczytowej. No i zaczęło się przebieranie. Porady sprzedawcy i obecnych w sklepie kolegów wędkarzy. Tak, w ciągłej rozterce, upłynęło kilka dni. Zaczęły się też „nocne sukcesy z nowym kijem”. Po przebudzeniu się, rozsądek podpowiadał: - „To już koniec sezonu, po co kupować teraz?. Może na wiosnę”.
Kolejna wizyta w sklepie zaowocowała odłożeniem przez sprzedawcę kija „Mikado schapiro cw 13g. (do poniedziałku).

I w zasadzie chyba już zwyciężył rozsądek, bo w sklepie pokazałem się dopiero we środę i to po paprochy. W tym czasie, kiedy targały mną na przemian, pokusa i rozsądek – Konger Tiger zaliczył: bolenia 62 cm, i dwa szczupaczki 68 i 69 cm. Do tego jeszcze kilkanaście całkiem przyjemnych okoni w rozmiarze 20-30 cm. – więc czego chcieć?

Gdy tylko wszedłem do sklepu sprzedawca do mnie.
- Panie Andrzeju, kijek czeka. Ryby też się o niego pytają a Pan nic? I dalej podpuszcza.
- Już było na niego kilku chętnych. Ale Pan wie, trzymam dla Pana.
No i wziął mnie pod ambicję tak skutecznie, że oprócz wędki wyniosłem ze sklepu również kołowrotek ABU GARCIA (no bo co jest wart nowy kij spinningowy ze starym młynkiem).
Po zakupie, odbierając żonę z pracy, miałem już w głowie plan, który podpowiadała mi wędkarska pokusa ( koledzy, wszyscy ją znacie – prawda).

Przecież kij trzeba wypróbować. Pomimo zaplanowanych wcześniej na środowe popołudnie zajęć, uzyskałem „łaskawą zgodę” żony na zaspokojenie niewinnej przecież i zrozumiałej pokusy.
Błyskawicznie założyłem do nowego kijaszka „stary” kołowrotek (na nowym nie miałem jeszcze żyłki) i wyjazd nad Wisłę. Gdzie? Oczywiście tam gdzie były złapane wcześniej wspomniane szczupaki i okonie. Pomimo niskiego stanu wody miejsce dość przyjemne ale bardzo trudne do wyjęcia dużej ryby. Pozostałości po starym porcie rzecznym. Wysokie betonowe nabrzeże z podjazdami do zsypu budulca na tamy. Głębokość około 1,5 m. Kamienie przy nabrzeżu. Jeden niewielki dołek około 2,5 m. Woda ledwie płynie. Pierwsze próbne rzuty dla wyczucia kija. Zakładam paprocha, kopytko w kolorze pomiędzy brudno żółtym a jasno brązowym, i od razu okonek. Mocno wymiarowy. Potem kilka się spięło. Niezbyt dokładnie wyregulowany hamulec jak również niewyczuty jeszcze nowy kij.

Obok siedzi wędkarz polujący na jazie i klenie (na kukurydzę). Z pośpiechu nie wziąłem podbieraka. A w zasadzie moim podbierakiem i tak nie sięgnąłbym do wody z nabrzeża. Nie minęło pół godziny od przyjazdu. Kolejny rzut wzdłuż betonu. Koputko stuka o kamienie i nagły opór – nie uderzenie. Kolejny zaczep – pomyślałem. Przecież to nie pierwszy raz. Nie jedna gumka zostawiona wśród kamieni. Ale co to? Zaczep odjeżdża od brzegu. Nie ma charakterystycznych szarpnięć jak przy holu okonia. Równy, silny, zdecydowany odjazd. Już dobrze wyregulowany hamulec - „gra”. No i już działa wyobraźnia. Co to jest? Ale jeszcze ważniejsze. Jak to coś wyjąć. Kijek cieniutki. Żyłka 0,16. No i zaczęła się zabawa. To znaczy ryba robiła to co chciała. Ja mogłem tylko regulować od czasu do czasu hamulec. Ponieważ, jak wspomniałem, było dość płytko, wreszcie zobaczyłem pięknego szczupaka. Od razu rzuciły mi się w oczy jego aż czerwone płetwy. Dzielnie walczył o swoje życie.

Przy pomocy wędkarza łowiącego na kukurydzę udało się tego „zbuja’ wyjąć z wody. Wędkarz był specjalnie przygotowany. Jego podbierak miał ponad metrową przedłużkę z bambusa.
Nowy kijek spisał się znakomicie. Choć były momenty kiedy myślałem, że może pęknąć. O grubości żyłki jakoś wtedy nie pomyślałem. Miarka – 74 cm. Waga (niestety sprężynowa) – ponad 2,5 kg.
Po niecałej godzinie od wyjazdu z domu byłem już z powrotem. Zdziwiona żona pyta.
„Już wróciłeś? A zaraz jeszcze bardziej zdziwiona „Ale piękna sztuka”. A na koniec jej bardzo widoczne zadowolenie.
„Bardzo dobrze, że udało Ci się coś złowić. W sobotę przyjeżdżają do mnie koleżanki z czasów szkolnych. Usmażysz nam świeżą rybkę. Prawda?”.

P.S.
Zdarzenie miało miejsce we wrześniu 2009r. Wówczas powstało to opowiadanie. Nie publikowałem go wcześniej ponieważ zdjęcie szczupaka zostało wykonane w domu, po powrocie do domu. Z pośpiechu w jakim wyjeżdżałem nad wodę zapomniałem i telefonu komórkowego i aparatu fotograficznego.
Znam zdanie niektórych kolegów na temat ryb fotografowanych w domowych pieleszach.
Ale jakoś przeżyję.

Opinie (5)

użytkownik

To kijek się sprawił na medal, a co ja mówie ......na szczupaka....hehehe piateczka***** [2010-06-16 19:17]

kaban

Tekst fajny i z czystym sumieniem 5*,a co do zdjęcia sam już sobie odpowiedziałeś.Pozdrawiam. [2010-06-16 20:25]

użytkownik

piątacha za szczupaka [2010-06-17 13:19]

jacenty75

Pamietam to wydarzenie i tego bolenia też. Gratulacji połowów powtarzać nie będe ale jestem pełen podziwu dla lekkości pióra z pod którego wychodzą wszystkie Pana relacje z nad wody. Pozdrawiam serdecznie. [2010-06-17 13:49]

matrix6926

piąteczka za opowiadanko, ładny szczupły;-)

p.s. żeby cię nie dobijać "ładna terakota" hi hi

[2010-06-19 16:25]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Okoń i zdarta noga

Piątek wieczór. Zaczynam szykować sprzęt na sobotnią wyprawę, żona o…