Pożegnanie z Islandią czyli różne może być wędkowanie

/ 11 zdjęć


Witam serdecznie wszystkich po dłuższej przerwie. Niestety ostatnimi miesiącami oddawałem się w ogromnej mierze pracy a kapryśna (momentami druzgocąca) pogoda nie pozwalała wędkować weekendami. To sprawiło, że nie mogłem robić tego co kocham czyli wędkować. Pogoda wygrywała ze mną dłuższy czas ale w końcu się uparłem i pomimo -6 stopni Celsjusza (uwierzcie mi na słowo, że temperatura odczuwalna była dużo niższa) udaliśmy się na styczniowe otwierające sezon rozeznanie. Widoki były oczywiście przepiękne jak zawsze, a ubranie modelu "cebula" pozwalało przetrwać uporczywe zimno. Rybki w ogóle nie reagowały na sztuczne przynęty więc zastosowaliśmy kawałki makreli (obok sauri to najpopularniejsza przynęta) i kontynuowaliśmy przeczesywanie przybrzeżnych wód Atlantyku w porcie miasta Grindavik. O dziwo po godzinie udało mi się złowić jedną małą flądrę. Była pierwszą rybą w 2015 roku więc sezon mogłem uznać za otwarty. Po za tym nikt z chłopaków nic nie złowił i postanowiliśmy się zwinąć. Zajrzeliśmy po drodze w boczną część portu i obserwowaliśmy rozładunek ryb: dorszy, czarniaków, fląder, oraz karmazynów. Piękne sztuki, przepiękne, marzę o takim na wędkę. Panowie rybacy zapytani o to czy podzielą się z nami swoimi zdobyczami ku zdziwieniu pozwolili nam wziąć sobie jedną rybkę każdemu z nas. Koledzy wzięli po karmazynie natomiast ja... Uprzejmie podziękowałem. I to była jedna z ostatnich wypraw aż do ostatniego weekendu. Pogoda w lutym, marcu oraz kwietniu była straszna. Przez 80% czasu padał deszcz, albo panował sztorm. Kiedy pogoda lekko ustępowała to wtedy z kolei praca nie pozwalała wyrwać się nad wodę. Ale ostatniego weekendu po 3 dniach deszczu, w sobotni poranek ujrzałem piękne słońce za oknem. Ubrałem się i wyszedłem na dwór. Cisza, spokój, zero wiatru, bardzo ciepło - warunki idealne i rzadko spotykane. Nie można było tego zmarnować. Z okna usłyszałem: "- Młody jedziemy? Pogoda jak drut!". Piotrowi zdarzało mi się odmawiać z różnych powodów ale nie tym razem. Niecała godzinka i już jechaliśmy na skalistą miejscówkę w mieście Keflavik (Reykjanesbaer). Wiatr mieliśmy w plecy, schowani za skalnymi półkami mogliśmy łowić w samych bluzach. Oddałem pierwszy rzut i od razu branie, ostre, wyraźne. Zaciąłem i poczułem ogromny opór. Ryba wydawała się być bardzo duża, jednak okazało się, że to były dwa dorsze (na podwójnym zestawie). O matko jedyna kiedy każdy płynął w swoją stronę a ja zwijałem w swoją to nie zdziwiłem się odczuwając cieknący po plecach pot. Kolejne rzuty i kolejne ryby. Kolejne dorsze. Aż dostałem rumieńców od holowania. Kolega Damian sprawnie i bardzo starannie podbierał dorszyki nie okaleczając ich przy tym. Chwila przerwy na kanapeczkę i kolejny wyrzut. I kolejne branie, nerwowe i szybkie. Zacięcie i ogromny opór. Już wiedziałem że to dorsz i to nie małych rozmiarów. Rzucał głowa niesamowicie, co za uczucie! Hol trwał dobrą chwilę ponieważ zestaw wyrzuciłem dosyć daleko. Damian podbiera i mamy go! Piękny! Mój największy tutaj - chociaż z pokorą przyznaję, że moi znajomi łowili większe sztuki, które przekraczały 10kg. Mój sympatyczny ze zdziwioną miną dorsz ważył prawie 5kg. Myślę, że to nie mało chociaż waga do końca nie oddawała rozmiarów. Kilka fotek i do wody. Tego dnia złowiłem kilkanaście dorszy i fląder, zabawa była przednia, nie było czasu na nudę. Żarty i wzajemne dogryzanie na temat ryb umilały nam czas. Niestety wędkowanie miało swój tajemniczy a zarazem śmieszny koniec. Po wyrzucie długo nie miałem brania, cierpliwie czekałem kiedy zaczęły się szarpnięcia. Zaciąłem i poczułem ciągniecie w dół. Ogromna siła. Skończyło się to za chwile... Moja wędka tego nie wytrzymała i łamiąc się w pół nabiła mi na czole guza. Najpierw był szok i niedowierzanie a później salwy śmiechu. Śmiałem się sam z siebie aż mnie zatykało. No cóż zawsze musi być ten pierwszy raz... Tym oto mocnym akcentem zakończyliśmy wędkowanie i zbieraliśmy się do domu. Po drodze oczywiście wszyscy podziwiali mojego pięknie wyrośniętego guza;) Spędziłem tutaj prawie dwa lata swojego życia. Wędkarskich wyjazdów było sporo choć nie tyle co w Polsce. Ryby są tutaj przepiękne, widoki jeszcze bardziej. Miejsc do łowienia jak okiem sięgnął, bez zezwoleń, kontroli i różnych perypetii. Ludzie tutaj szanują naturę, szanują swoje zasoby jakimi niewątpliwie są ryby. Jeśli ktoś będzie miał kiedyś okazję zamoczyć kij u brzegów Islandii - proponuję się dług nie zastanawiać. Tylko broń bożę nigdzie się nie wybierajcie bez aparatów fotograficznych! Opowieść nawet najwspanialsza nie odda tyle co zdjęcie. Postaram się wrzucić trochę zdjęć abyście mogli "ugryźć" trochę wędkarskiej Islandii. Z wędkarskimi pozdrowieniami - Marcin Kapyś.

 


5
Oceń
(8 głosów)

 

Pożegnanie z Islandią czyli różne może być wędkowanie - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł