Zaloguj się do konta

Przełomowy rok 2014

Kolejny rok minął- rok pełen stresów, braku czasu, natłoku obowiązków, ciągłej pogoni- dla mnie niestety, minął rok, w którym, jak mawia Ferdek Kiepski ‘pałka się przegła!’. W tym roku, jak w żadnym, przyjemność z przebywania nad wodą zabierały mi studia, praca, obowiązki domowe, mnóstwo spraw do załatwienia, wciąż brakowało mi czasu na realizowanie swojej pasji. Wiele razy musiałem odkładać wyjazdy na ryby, często rezygnować z zaplanowanych wypadów, czasem nawet same myśli o wyjeździe na ryby wolałem stłumić w zarodku, po co znów się rozczarowywać… Pod koniec roku, jak zawsze, przyszedł czas przemyśleń, dokonywania bilansów, zastanawiania się nad tym jaki ten rok był, i wtedy dotarło do mnie, że dalej ‘tak być nie będzie!’. W tym roku spędziłem nad wodą, zbierając to wszystko razem do kupy, niewiele ponad dwa tygodnie. Dwa tygodnie! Przecież pamiętam lata, kiedy jedna zasiadka trwała dwa tygodnie, a takich zasiadek było w roku kilka… Fakt, że było to w czasach, kiedy nie miałem tylu zobowiązań, zdecydowanie mniej zmartwień zaprzątało mi głowę, żyłem bardziej beztrosko. Wspominając to wszystko, czując ten żal w sercu, że coraz rzadziej robię to co kocham, co daje mi prawdziwą wolność, postanowiłem, że tego roku już nie stracę i będzie przełomowy!
Wszystko zaczęło się kiedy miałem 5 lat. Pamiętam jakby to było dziś, kiedy po mojego Tatę przyjeżdżał na ryby mój wujek ze znacznie ode mnie starszymi kuzynami ‘buraczkową Toyotą’ typu bus- był to rok 95’. 

Atmosfera jaka towarzyszyła tej wyprawie, pakowanie sprzętu, planowanie strategii, dyskutowanie na temat wiadomości znad wody, informacji o tym co bierze, gdzie bierze, na co bierze… W oczach małego chłopaka wyglądało to jak wspaniała przygoda, jak prawdziwe męskie wyzwanie, jak coś, czego się pragnie, co nie daje spokoju, co skłania do nieustannego poszukiwania- było czymś niesamowitym! Od samego początku prosiłem swojego wąsatego rodziciela, aby zabrał mnie ze sobą. Odpowiedź była zawsze taka sama- ‘Jesteś jeszcze za mały, zresztą jedziemy na noc, Mama by się na to nie zgodziła’. W tym momencie mogłem jedynie ze spuszczonym nosem i smutkiem w oczach obserwować jak moje marzenia, moja chęć przeżycia przygody, czegoś wspaniałego wraz z buraczkową Toyotą odjeżdża wprost nad brzegi Mietkowa… 

Jednak pragnienie było silniejsze, zacząłem chodzić na ryby nad leśne stawy w miejscowości, w której mieszkam. Łowiłem ukleję. Łapałem je do szklanej butelki po wodzie mineralnej „Anka”- łowiłem je do mementu aż nie zapełniłem butelki a ich ruchy nie spowodują wylewania się wody przez szyjkę. Wciągnąłem się bez reszty. Pewnego razu nad stawy poszedł ze mną mój Tato. Mam przed oczami jak siedzi obok mnie nad wodą, z czarnym 4 metrowym wędziskiem Abu uzbrojonym w Cardinala i pokazuje mi jak wygląda zestaw, jak go obciążyć, jak zawiązać przypon. To było coś magicznego! Wtedy zachorowałem bez reszty! Ukleje odeszły na bok i zacząłem łowić karasie, wzdręgi, okonie. Planowałem swoje wyprawy, rozmyślałem nad tym jak łapać, wyobrażałem sobie co mogę złowić. Moje życie było ściśle zaplanowane. Rano- szkoła, później granie w piłkę z kumplami na szkolnym boisku a wieczorami stawy i ryby. W weekendy zamieniałem tylko kolejność- z rana na ryby, a po obiedzie do później nocy kopanie w piłę. Cóż to były za piękne czasy. Gdy tak o nich piszę aż łezka kręci mi się w oku, tak samo jak kręci się na wspomnienie stawów, nad którymi stawiałem pierwsze kroki. Wówczas te stawy były dla mnie jak Raduta, jak Rainbow, były moją Odrą, moim Otmuchowem, Mietkowem- były WSZYSTKIM! Dziś są zapomnianymi leśnymi stawikami, zarośniętymi, zaniedbanymi i dość znacznie przetrzebionymi… dla mnie jednak zawsze będą miejscem, gdzie wszystko się zaczęło.

Po lecie i początkach mojej pasji w słonecznej scenerii, przyszedł okres zimy oraz jeżdżenia na nartach, sankach, budowania skoczni, igloo oraz wojen na kulki. W tym okresie trochę mniej cierpiałem, gdyż moją tęsknotę za wodą i rybami rekompensowałem wyżej wymienionymi zimowymi zajęciami. Jednak po zimie zawsze przychodzi wiosna i mój instynkt znów odżył, znów zatęskniłem za słonecznymi porankami nad stawami, nad mgłą budzącą się nad taflą wody i wychodzącą nad brzegi niczym przez otwarte drzwi. Znów magia wędkarstwa dała o sobie znać, tym razem, ze zdwojoną siłą, gdyż na ryby, zaczął ze mną chodzić mój kumpel. Wówczas zrozumiałem, jak wielkie pole rażenia ma ta choroba. Zaczęło się na dobre! Ciągłe rozmowy, planowanie wypraw, przygotowywanie zestawów, wiązanie przyponów, mieszanie zanęt, wówczas też w nasze ręce dostały się pierwsze magazyny wędkarskie. Od tego czasu zaczęliśmy łowić większe ryby w większych ilościach. Łapaliśmy pięknie wybarwione wzdręgi, okrąglutkie karasie, demonicznie wyglądające okonie. To wszystko nie dawało o sobie zapomnieć, wciąż siedziało nam w głowie i ściągało jakąś magnetyczną siłą nad brzegi naszych stawów. To tam łapaliśmy pierwsze ryby, to tam testowaliśmy zestawy, tam mieliśmy pierwsze zaczepy, tam zerwałem pierwszego pstrąga, po którym miałem tydzień żałoby… Pisząc to wszystko wciąż się uśmiecham do siebie, te wspomnienia są tak silne i przywołują tak niesamowite emocje, że w okresie tych rocznych podsumowań, po roku, który był rokiem wyjątkowej wędkarskiej posuchy, nie mogłem zostawić tego bez komentarza i nie poczynić poważnych założeń.[/p][p]
Gdy już moja głowa była wypełniona tylko i wyłącznie wędkowaniem, nastał ten magiczny dzień. Pod nasz dom przyjechała Buraczkowa Toyota- moja łódź wikingów, symbol prawdziwej męskiej wyprawy owianej tajemnicą i niesamowitą atmosferą- i po raz pierwszy wzięła mnie pod swoje skrzydła. Byłem niesamowicie podniecony, poczułem, że jestem częścią tego niesamowitego ‘kombinatu’, który tak misternie przygotowywał wyprawę, z takim pietyzmem i namaszczeniem. W drodze do Mietkowa wysłuchiwałem różnych, niesamowitych historii, które nie mieściły się w głowie bajtla, którym wtedy byłem, ale jednocześnie podgrzewały moje oczekiwania i mą ciekawość do granic możliwości. Gdy dojechaliśmy do mostu, z którego rozpościerał się widok na cały zbiornik oniemiałem. Jezioro wydawało mi się takie ogromne, niepojęte- jak średniowieczna twierdza, jak pola Grunwaldu- coś, czego nie da się opisać. Wkleiłem twarz w szybę i bez słowa obserwowałem bezmiar wody, niemalże rysując w głowie obrazy potworów, które mogą tu żyć. Gdy dojechaliśmy nad wodę rozpoczęło się całe misterium- rozkładanie wędek i podpórek, przygotowywanie zanęt, rozbijane stanowiska, wybieranie miejsc w które będą posyłane zestawy, wiązanie zestawów. Czułem się jak rycerz, jak poszukiwacz skarbów, jak prawdziwy łowca. Naszym celem były wielkie leszcze- łowiliśmy z gruntu. Mój Tato pomógł mi przygotować zestaw i zarzucić wędkę. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem jak łowi się na grunt i chciałem wszystko wiedzieć, chłonąłem każde słowo jak gąbka. Pomimo, że wówczas w Mietkowie pływało mnóstwo leszczy (a wraz z nimi w towarzystwie- tasiemce) do zmroku nie udało mi się nic złowić, choć na wędkach moich kompanów zameldowały się ryby. Pamiętam, że ogromne wówczas wrażenie zrobiły na mnie patelnie które wyciągali- przepiękne, mieniące się srebrem w promieniach zachodzącego słońca łopaty, były niczym diamenty wydobywane z otchłani wody. Po zmroku zestawy przerobiliśmy na żywca a ja zostałem oddelegowany do namiotu celem odbycia snu. Mimo mojego niezadowolenia, usilnych próśb, łez w oczach nie było rozmowy- do spania! [/p][p]Teraz pora na łowienia dla starych wyjadaczy (wszyscy wiedzą, o jaki element wędkarskiej wyprawy chodzi ;P)… Ze spuszczoną głową poszedłem do namiotu. Mieniący się w wodzie księżyc, mistyczna cisza oraz łuna światła przy wędkach pochodząca od zapalonych przy nich lampionów- jak w takich warunkach można spać! W końcu jednak moje powieki zrobiły się na tyle ciężkie, że usnąłem. W mojej głowie malowały się niesamowite obrazy, powracały historię opowiadane przez mojego wujka w aucie o ogromnych rybach, które łamały wędki, sumach, które wciągały cielaki przychodzące do wodopoju do wody, aż tu nagle mój kuzyn wyrywa mnie ze snu. Wojtek! Wojtek! Masz branie! Zdezorientowany zerwałem się na równe nogi i pobiegłem do wędki- nie wiedziałem co robić! Mój Tato podniesionym głosem i z uśmiechem na twarzy powiedział TNIJ! Złapałem obiema rękami za wędkę, wziąłem głęboki wdech i pociągnąłem kij do góry. Jakież było moje zdziwienie gdy moje ręce zatrzymały się w połowie ruch a na końcu wędki poczułem taki opór, jakbym zawiesił na haku wszystkie złowione przeze mnie dotąd ryby. Reakcja moich towarzyszy po kiju była bezcenna- uśmiechy oraz radość z tego jak wyglądałem. Zaczęli mnie dopingować a ja z drżącymi rękami zacząłem mozolnie kręcić kołowrotkiem i ledwo trzymając wędkę holować rybę. Po zaciętym holu, który dla mnie trwał wieczność, zauważyłem w końcu srebrne cielsko- jest i mój brylant! Mój leszcz! Kuzyn wszedł do wody, podebrał rybę a ja wówczas poczułem się jak zdobywca, jak łowca, rozpierała mnie duma. Zacząłem odbierać gratulacje i już wtedy wiedziałem, że to jest to, to jest moja pasja, tym chcę żyć i niczego więcej do szczęścia nie potrzebuję! Po latach dopiero okazało się, że leszcz został złowiony przez mojego wujka i zahaczony przez kuzyna o mój hak i w ten sposób wypuszczony do wody, więc całe branie było symulowane… ;D


Na samo wspomnienie gęba mi się cieszy i pojawia się łezka w oku, łezka żalu, że te czasy minęły, że te czasy już nie wrócą… Po takich podsumowaniach i takiej sentymentalnej podróży mogłem podjąć tylko jedną decyzję- każdą chwilę w nowym roku postaram się spędzić nad wodą, realizując swoją pasję, coś co daje mi niesamowitą przyjemność, coś co koi moje skołatane nerwy i nie boję się powiedzieć- coś, co trzyma mnie przy życiu. Bóg dał mi takie warunki, możliwości i otoczył tak wspaniałymi ludźmi, iż uważam, że grzechem było by nie pójść za głosem serca i nie poświęcać każdej wolnej chwili na realizację swojej pasji. O tych warunkach i ludziach innym razem, gdyż rozpisałem się niemiłosiernie, choć można by o wędkarstwie pisać i pisać, i pisać… no bo jak wiadomo, zawsze jest pora na ryby, tylko nie zawsze ryby o tym wiedzą! ;D Dlatego tez od tego roku robie wielką reaktywację i ogłaszam- przełomowy 2014!!!
Do zobaczenia nad wodą ;)

Z wędkarskimi pozdrowieniami ‘Połamania kija”
Wojtek ‘LAGAJ’
[/p]

Opinie (8)

pawel75

Świetnie "z serduchem" napisany artykuł. Sobie jak i wszystkim kolegom życzyłbym również przełomowego 2014 w tym naszym pięknym hobby ! :) Pozdrawiam i duże ***** zostawiam. [2014-01-04 10:28]

Lagaj

Dzięki wielkie i cieszę mnie to, że się spodobało ;) Ja również przyłączam się do życzeń- przełomowego 2014- choć wiem, że to jaki będzie, zależy głównie od nas ;) Pozdrawiam i do zobaczenia nad wodą ;) [2014-01-04 15:31]

Lee001

Widać wielką pasję. Pogratulować. Niejako utożsamiam się z tym co napisałeś o braku czasu, ale niestety trzeba najpierw sobie zbudować podwaliny pod możliwość utrzymania tego hobby a potem można oddać się bez reszty. Pozdrawiam i życzę żeby ten 2014 był tak jak napisałeś przełomowy, połamania :) [2014-01-04 19:53]

luzy

Widać że niedosyt wędkowania tak jak u mnie ;( ale takie jest życie. Pozazdrościć kilofom. [2014-01-04 22:49]

rysiek38

Kiedyś usłyszałem od kogoś ; idz w końcu na te ryby bo się nie da z tobą wytrzymać jak masz dłuższą przerwę...Teraz właśnie czytając tak to sobie już wiem ???JADE NAD WODĘ ! [2014-01-05 12:34]

piotras1237

***** [2014-01-05 18:35]

w-oku-blysk

Az miło było czytać ! połamania na ten nowy rok ! [2014-01-06 08:47]

draco-terra

Nie mogłem się oderwać od lektury. Przypomniało mi się dzieciństwo. 5-teczka :) [2014-01-07 12:03]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Maj z rodzicami.

Kiedy widzę małych chłopców nad naszymi wodami, zastanawiam się częst…