Przygoda na Jeziorze Miłoszewskim

/ 4 komentarzy / 2 zdjęć



Właśnie wróciłem z jeziora Miłoszewskiego. Bardzo lubię tu przyjeżdżać spotykać się z kumplami gadać o rybach wypić za zdrowie ryb i wszystkich życzliwych ludzi, wsłuchiwać się w wodę i otaczającą przyrodę. Życie zwalnia jakby za sprawą niewidzialnego, wajhowego, który gdzieś tam zaciągnął wielki czasowy hamulec. Gdzieś w tle został świat jupies, wyścigu szczurów, politycznego kwiku i codziennej nerwówki. Tutaj w tle gaworzenie i śpiew ptaków, plusk tajemniczego jeziora, gdzieś pokaże się cwany rudy pyszczek lisiury czy beknie wkurzony jelonek, że wędkarz wpakował się na jego teren. W tym roku przyjechałem poprzyciągać linę, a właściwie liny, bo podobno biorą świetnie. Już widzę oczami wyobraźni te piękne zdjęcia! Mój kumpel Gustaw już dwa razy przecierał obiektyw. Dlaczego tak długo trwa to przygotowanie stanowiska i sprzętu? W końcu wszystko gotowe. Humor dopisuje tym bardziej, że przywitaliśmy się już z Grzesiem i Karolem (gospodarzami łowiska) przyjaciółmi Sławkiem i Łukaszem. Tak, tak, za spotkanie i zdrowie trzeba symbolicznego kielicha walnąć! Łowię na lekką 7 –mio metrową bolonkę Turion Kongera. Świetnie wyważona, leży w ręce jak ulał. Powinienem rozpisać się teraz o braniach i holach linów, których przez kilka dni udało mi się złowić… 55 sztuk! Kilkanaście grubasów oscylowało „wzrostem” pomiędzy 50, a 52 centymetrem! Zabłąkały się też trzy złote karasie okrąglutkie jak księżyc w pełni. Duży leszcz nie zaszczycił swoją obecnością mojego podwodnego stołu, pewnie odpoczywał po tarle. Przysłał za to swoich mniejszych braci, którzy podpływali nocą do mojej miejscówki. Ponad dwadzieścia „wymiarów” od 40 do 80 dkg przewinęło się przez moje ręce. Co dziwne, podobnej wielkości było złowionych kilka krąpi. Jako przyłów zaliczyłem też 3 karpie 45, 52 i 58 cm. Gustaw ustawiony na kulki proteinowe skusił ślicznego lampasowego karpia o wadze 13, 5 kg. I tu powinienem relacje znad jeziora Miłoszewskiego zakończyć, ale… tego nie zrobię, bo nie opisałem przygody, która została wykuta w mojej pamięci do końca mojego świata, a nawet o jeden dzień dłużej…
To był piaty dzień naszego pobytu. Świt. Budzące się słońce czochrało wierzchołki drzew na horyzoncie. Wiatr spał w lekkiej mgiełce unoszącej się nad powierzchnią wody. Dwie porcje zanęty z garścią kukurydzy umieszczone w okolicy spławika zburzyły ciszę jeziora. Byłem sam. Na sąsiednim stanowisku słychać było chrapanie sympatycznego Anglika. Jego karpiowe wędki na rod podzie ostro odznaczały się na pomoście. Właśnie sięgnąłem po papierosa, aby odpędzić sen, gdy spławik zaczął podnosić się ku górze, pokazując kolejne kolorowe elementy antenki. Gdy nad wodą pojawił się biały korpus zaciąłem. Źle to zrobiłem, bo wilgotny kij lekko obrócił mi się w ręce. Ryba zamiast odbić od brzegu ruszyła wolno wzdłuż brzegu w kierunku wędek Anglika. Pas bąbli towarzyszący jej ucieczce miał szerokość kilkudziesięciu centymetrów. Hamowałem na granicy wytrzymałości sprzętu, ale nie na wiele mogłem sobie pozwolić na bolonce z żyłką 0.18 i przyponem 0, 16 mm. Ryba płynęła dalej i dalej. Musiałem pochylić wędkę, bo minęła śpiącego wyspiarza i zbliżała się do kolejnego stanowiska. Zdałem sobie sprawę, że jeśli nawet zmieni kierunek, to zabierze wędki kolegów. Niewiele mógłbym zrobić, a szkody byłyby ogromne! Z bólem serca przytrzymałem szpulę kołowrotka. Przypon stawiał opór tylko chwilkę. Drżącymi z emocji palcami wiązałem nowy przypon. Dla pewności wyrzuciłem kilka metrów żyłki i przewiązałem węzły. Minęło kilkanaście minut. Dziwił mnie brak brań, ale sadziłem, że zamieszanie spowodowane przez wielką rybę na jakiś skutecznie czas przepłoszyło resztę płetwiastego towarzystwa. Spojrzałem na zegarek. A kwadrans 5. W tym momencie spławik lekko podniósł się do góry, po czym wolniutko zatonął. Zaciąłem dobrze w kierunku roślin. Natychmiast bolonka wygięła się w łuk, a w kierunku wody pojawiła się trójkątna fala, pomimo, że głębokość łowiska w tym miejscu wynosiła prawie trzy metry! Ryba ruszyła najpierw wolno, ale z każdym metrem nabierała szybkości. W kilkanaście sekund wypruła z kołowrotka ze 150 metrów żyłki. Stałem ze zgiętą w pałąk bolonką i patrzyłem na odbijające się refleksy światła na żyłce, która ginęła jakby hen za horyzontem. Niezapomniany widok! Wiedziałem już, że na wędce mam niezłą karpuszkę, która zdenerwowana oporem zabrała kolejne kilkadziesiąt metrów żyłki. Uff, jak dobrze, że mam jej nawinięte 300 metrów. Jednak część poszła wcześniej na straty i na szpuli zaczęło przeświecać dno. Na szczęście ryba zmieniła kierunek i zaczęła pływać bardzo, bardzo daleko na wodzie. Na ile to możliwe korygowałem rybę, ale chyba bardziej mnie się to wydawało, że mam na to jakiś wpływ. Wiedziałem, że jeśli uda mi się ją zmęczyć zanim podpłynie w obszar zarośli moje szanse na udany finał znacznie wzrosną. Podenerwowany przez telefon budzę śpiącego w domku Gustawa. Na szczęście pojawia się dość szybko. Boję się o markera wystawionego przez kolegę jakieś 80 metrów od brzegu, ale ryba mija go z dużym zapasem odległości. Nagle woda wybucha! Wielki karp pokazuje się w całej okazałości. Słońce odbija się o jego ciało tworząc cudowne surrealistyczne refleksy. Po tym pokazie wyraźnie słabnie. Coraz częściej miesza ogonem powierzchnię spokojnej tafli jeziora. Niestety zbliża się pas zarośli. Jest jakieś 60 metrów ode mnie. Gustaw z podbierakiem i matą wskakuje do łódki i płynie w kierunku ryby. Jeszcze trochę strachu i nareszcie ryba jest w podbieraku. Moja i tylko moja! Pomimo wielu złowionych przeze mnie pięknych ryb, każda z nich była wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Dlatego uprawiam i będę uprawiał wędkarstwo. Dla tych wyjątkowych jedynych w swoim rodzaju przeżyć.

 


4.3
Oceń
(20 głosów)

 

Przygoda na Jeziorze Miłoszewskim - opinie i komentarze

piotr48piotr48
0
WSZYSTKO SUPER OPRÓCZ WAJCHY (2016-06-23 18:47)
ryukon1975ryukon1975
0
"wypić za zdrowie ryb i wszystkich życzliwych ludzi,". Tego życzę wszystkim nad wodą jak najwięcej. Dlatego że w dzisiejszym czasie o nich coraz trudniej. Oczywiście mam na myśli życzliwych ludzi nie wypicie z tym nigdy u nas problemu nie było i nie ma. :) 5***** (2016-06-23 20:51)
sirbernoldisirbernoldi
0
Miłoszewo to przepiękne miejsce na wędkarskiej mapie Polski. Jak dobrze , że jestem w stanie dotrzeć tam w 30-40 min drogi. Ludzie tłuką się przez całą Polskę by tu posiedzieć z wędką na pomoście. Moja analiza magiczności tego miejsca jest następująca. 1)Położenie, okolica i woda sprawia że na sam widok człowiek odpoczywa.2) Gościnność właścicieli i serdeczności wśród wędkarzy jest nie do opisania. Wiadomo, że ludzie są różni i w dobie negowania, hejtowania wszystkiego, wylewania pomyj na siebie wzajemnie, tam mam wrażenie że te zachowania nie występują w tym miejscu. Każdy zostawia je za sobą już po zjeździe z asfaltu na drogę szutrową prowadzącą na łowisko.3) Przy tych 2 pierwszych punktach , które występują mnie to wystarcza punk 3 jest wisienką na torcie a mianowicie RYBY. Jest ogromna szansa na złowienie przepięknych okazów karpia, szczupaka, okonia i kto co tam lubi łowić. Pozdrawiam (2016-06-24 11:54)
rysiek38rysiek38
+3
Pozytywne to że wielu z nas szeroko pojęte w edkarstwo odbiera podobnie na dodatek wielu z Nas to także grzybiarze czyli jesteśmy chyba niedobitkami po pradawnych myśliwych i zbieraczach. Dałem dwa wpisiki a jeden moim zdaniem bardzo pokrewny (2016-06-28 23:36)

skomentuj ten artykuł