Przygoda z wędką

/ 3 komentarzy

Wraz z nadchodzącą wiosną powróciły do mnie pewne odległe wspomnienia. Tak zainspirowany postanowiłem podzielić się z Wami moją historią o tym, jak zaczęła i rozwijała się moja przygoda z wędką. A było to bardzo dawno temu…

Mając około 7 lat przez przypadek znalazłem w komodzie niewielki zwój starej grubej żyłki z przywiązanym do niej haczykiem, który lata swojej świetności miał już dawno za sobą. (Dzisiaj nie określić średnicy żyłki ani rozmiaru haczyka). Mieszkałem wtedy z rodzicami w niewielkiej wsi nad Miedwiem, a do brzegu jeziora, idąc przez PGR-owskie łąki, miałem ok. 1000 m. Dojście do jeziora utrudniały gęsto porastające brzegi trzciny, jednak, gdy dobrze poszukałem, odnalazłem miejsca, przez które można było wejść do wody.

Moją pierwszą wędką był kij leszczynowy i owa żyłka z haczykiem znaleziona w komodzie. Całości dopełniał spławik ze stosiny gęsiego pióra. Tak zaopatrzony, z puszką robaków w kieszeni wybrałem się pewnego letniego dnia nad wodę. Nie mając żadnego doświadczenia, ani najmniejszego pojęcia o wyważeniu czy wygruntowaniu zestawu, byłem zaskoczony, że „spławik” uparcie leży na wodzie, a w pozycji pionowej ustawi się tylko wtedy, gdy ryba chwyta za robaka. Jak na bystrego siedmiolatka przystało zrozumiałem, że potrzebne jest jeszcze obciążenie, które postawi spławik-pióro do pionu.

Kolejna wyprawa nad Miedwie była już bardziej udana. Bogatszy o doświadczenie z pierwszego wędkowania, z wyważonym spławikiem (cienką blachą cynkową ze starej rynny) wszedłem do i stojąc w niej po pas, zarzuciłem moją, jakże oryginalną, wędkę. Płytka i ciepła woda jeziora obfitowała w płocie, krasnopióry, okonie i leszcze, które z ufnością pływały obok moich nóg. Brani były częste i dosyć sporych rozmiarów, (przynajmniej tak mi się wtedy wydawało). Płocie i krasnopióry trafiały z haczyka do płóciennej torby, (siatki nie posiadałem), która uwiązana do paska pływała w wodzie.

Z biegiem lat nabierałem doświadczenia w łowieniu ryb. Opuściłem płytkie brzegi Miedwia i zacząłem nieco dalsze wyprawy. Poznałem dwa kanały. Pierwszy łączący Miedwie i jezioro Będgoszcz, drugi łączy jezioro Płoń i Miedwie.(teraz wiem że jest to rzeka Płonia) Oba znajdowały się około 4 kilometrów od mojego domu. Wystarczyło kilkanaście minut, by rowerem dojechać nad brzeg jednego bądź drugiego.

Gdy miałem 10 lat, kupiłem sobie pierwszą prawdziwą wędkę. Był to kij bambusowy o długości 3 metrów. Pojawiła się również nowa żyłka i pierwsze (powiedzmy profesjonalne) spławiki, zamiast tych wykonywanych samemu. Po pewnym czasie do bambusówki dołączył kołowrotek. Był on przeznaczony do metody muchowej, o której to wtedy nawet nie słyszałem. Wędkowanie stało się dużo łatwiejsze, a spławik lądował dalej od brzegu.

Tak mijały kolejne lata, a w mojej torbie przybywało nowych drobiazgów. Zacząłem próbować innych metod wędkowania; przyszedł czas na gruntówkę i spinning. Wraz z nimi pojawiły się pierwsze okonie, szczupaki i węgorze.

Później przyszła szkoła średnia. W wolnych chwilach wciąż nie rozstawałem się z wędką. Jedyną dłuższą przerwą był okres służby wojskowej. Jej dwa lata spędziłem nad morzem i to chyba wtedy pojawiły się myśli o tym, że warto byłoby spróbować połowić na Bałtyku, ale nim do tego doszło, musiało minąć jeszcze wiele lat. Przyszedł rok 1989, kiedy to zdałem egzamin i otrzymałem kartę wędkarską. Wówczas już na poważnie zacząłem udoskonalać swój sprzęt. Nabyłem pierwsze teleskopówki i kołowrotki o stałej szpuli, produkcji ZSRR, ponieważ tylko taki były można było dostać w przystępnej cenie.

W następnych latach, kiedy to byłem już szczęśliwym mężem i ojcem wspaniałej córki, zaczęliśmy jeździć nad wodę całą rodziną. Robimy tak do dziś, jeśli tylko czas nam na to pozwala. Zacząłem działać w naszym kole PZW. Byłem przewodniczącym komisji rewizyjnej i strażnikiem S.S.R. Startowałem w zawodach wędkarskich, w których to później zaczęła startować również moja córka, najpierw w grupie juniorów, juniorów następnie w drużynie kobiecej.

Rok 2005 zaowocował moją pierwszą wyprawą na Bałtyk i połowem dorszy z kutra. Dzisiaj, ze względu na pracę, mam czas na wyjazdy tylko w niedzielę lub dni wole ustawowo. Lecz gdy tylko jest to możliwe, pakuję sprzęt i zaszywam się nad brzegiem jeziora w ciszy i z dala od zgiełku miasta. Czasami, w letnie popołudnia jeżdżę nad wodę razem z żoną i robimy sobie takie dwuosobowe zawody, świetnie się przy tym bawiąc. Tego lata planujemy wakacje na Helu, może uda mi się namówić żonę, aby spróbowała wędkowania z kutra, (myślę, że mogłoby jej się to spodobać).
I tak w wielkim skrócie wygląda moja przygoda z wędką i rybami, która to, mam nadzieję, będzie trwała jeszcze długie lata.

 


4.3
Oceń
(18 głosów)

 

Wedkuje.pl poleca

 

Przygoda z wędką - opinie i komentarze

michal495michal495
0

Twój artykuł przypomniał mi moje początki, bo moja pierwsza wędka też była z leszczyny. Nastepnego dnia dostałem o wuja spinning, a mama kupiła kołowrotek. Łowiłem dopuki nie zaczołem uganiać się za dziewczynami. Ale naszczęści dwa lata temu powróciłem do tego wspaniałego hooby.

Artykuł na 5+

(2010-03-21 17:23)
Harry PotterHarry Potter
0
Dobrze tak powspominać... Ja też wciąż pamiętam moje pierwsze "wyprawy". Ukleja, płotka czy kiełbik dawały tyle radości... Ha Ha... A ten archaiczny sprzęt... Żyłka 0,30 mm miala chyba 3,5 kg wytrzymałości... Co za czasy... 
(2010-04-03 20:49)
BlueFishermanBlueFisherman
0
5 (2013-05-19 19:40)

skomentuj ten artykuł

 




Aplikacja