Zaloguj się do konta

Przygoda z Marinero

Drogi Neptunie!
Ostatni raz byłem na wypadzie 41 tygodni temu, pokutę odpękałem i …. No właśnie!!! Żadnych grzeszków, którymi mógłbym Ciebie obrazić, sobie nie przypominam, bo:
*Grzecznie czekałem.
*Nie przeklinałem (tylko cichutko, pod nosem), kiedy szlag trafiał kolejne 4 wyprawy, z powodu Twoich sztormowych wygłupów.
*Rybki niewymiarowe wypuszczam.
*Przepisowo łapię na jednego pilkera z jedną kotwicą + jedna przywieszka.
*Nie podszarpuję.
*W tarle o wyskoku nawet nie pomyślę.
*Limitów ostatnio nie przekraczam, bo jest to praktycznie niemożliwe.
*Morza nie zaśmiecam i pragnę powiedzieć, że nie wrzucam z powrotem wyłowionych „skarbów”.

A trafiają się przecież przedziwne: zwoje plecionek, kawałki siatek, foliowe reklamówki, skórki od bananów, części garderoby itd. Raz byłem nawet świadkiem, jak kolega wyciągnął z wody marynarskie kalesony! Te też wrzuciliśmy do pokładowego śmietnika, który z kolei opróżniliśmy „komisyjnie” dopiero w portowym kontenerze. *Życzliwie donoszę, że sprzątamy wraz z kolegami, z koła regularnie brzeg Wisły, aby nie zanosiła Ci przeróżnych historii. Ja, osobiście byłem w zeszłym roku ponad 70 razy nad wodą i nigdy nie wróciłem bez reklamóweczki wypchanej …towarem. Po niemiluchach, oczywiście!
***Jeżeli, poszło Ci o te parę petów, które podczas ostatniego rejsu wywiało/wypłukało mi z paszczy, zanim zdążyłem je zutylizować, to przepraszam i pragnę powiedzieć, że palę skręty. Bardzo ekologiczne, bez filtra, które w zetknięciu z wodą rozpadają się na drobne paproszki. O to, że nakarmiłem kilkakrotnie ryby zawartością własnego żołądka, też nie powinieneś się złościć. Trzeba było tak łódką nie bujać, to by się dziecku nie ulało!
Wiesz, co chłopaku, jeżeli Ty takiemu aniołowi (?!) – bo nie zgrzeszyłem przecież do k..wy nędzy (czytaj: do stu tysięcy beczek solonych, zdechłych i wzdętych śledzi), ani myślą, ani uczynkiem, nie dajesz połapać, to je.ał Cię pies! Dziękuję Ci też bardzo za ten ostatni raz, bo teraz, to już żeś pałę przegiął. Żeby Ci zęby, z tej Twojej lachy powypadały!

Mariusz – Łowczy – Marinero zadzwonił do mnie w czwartek z wiadomością, że na weekend klaruje się jedno-, dwudniowe wyciszenie i rysuje się szansa … Poczułem się przeszczęśliwy! Japę wykrzywił mi na stałe głupkowaty grymas i odtąd chodziłem nienaturalnie miły i przesadnie ugodowy – jak nawąchany. Tylko ja wiedziałem, co mi w tych zrytych wódą i życiem zwojach się wyobrażało. Po powrocie do domu, natychmiast wziąłem się do przeglądu spakowanego już od prawie roku sprzętu. I … , zaczęło się! Zawsze, kiedy dotknę tych klamotów dopada mnie, on. Przemiły pierdolec, nad którym nie potrafię zapanować. Szczerze, to nawet nie próbuję. Włosy na przedramieniach i karku unoszą się, paszcza jeszcze bardziej wykrzywia się i kąciki ust podchodzą do uszu. Chociaż siebie nie widzę, to wiem, że muszę wtedy wyglądać, jak Gerard Depardieu, kiedy popija swoje ulubione winko. Prognoz nie śledziłem, żeby nie zapeszyć, telefonu się bałem, żeby nie spłoszyć. Szansy, oczywiście. Zadzwonił w piątek wieczorem! Serce podeszło mi do gardła. Skurczybyk odwoła? Nie, potwierdził! W sobotę o 14-tej wyjeżdżamy, nareszcie. Potem tylko nieprzespana noc, kolejne wzruszenia sprzętowe i … wyjazd.
Na zbiórkę dotarliśmy z Mietem dwie godziny przed czasem. Czternasta, szesnasta, co za różnica?!

Najważniejsze, że się nie spóźniliśmy. Potem pojechaliśmy po dwóch kolejnych uczestników rejsu: Mariusza i Andrzeja, zapakowaliśmy ich klamoty i Mariusz – Łowczy – Marinero powiózł nas swoim pięknym, tudzież silnie wypasionym transporterem T5 Caravelle 210 Km ku wielkiej przygodzie.
W pensjonacie, a raczej we władysławowskim porcie czekał na nas i szpiegował szósty załogant. To mój były przyjaciel, Tomek – Kiwak – Patrol1. Przyjechał z żoną i córkami nad morze, na ferie. Ten, to umie ściemniać! Wmówił dziewczynom, że morze jest piękne o tej porze roku …
Sześć godzin drogi zleciało nie wiadomo kiedy, bo nowopoznani koledzy (Andrzej i Mariusz) zabawiali nas opowieściami ze swoich egzotycznych, (chociaż, nie tylko) wędkarskich wypadów. Czuliśmy się z Mietem po trosze, jak ubodzy krewni, a po trosze, jak uczestnicy pokazowego programu w typie National Geographic. Słuchaliśmy, bowiem z zazdrością i w skupieniu relacji z wypraw, o jakich możemy tylko pomarzyć:
*Lofoty – czarniaki, dorsze, halibuty
*Floryda – żaglice, rekiny, etc.
*Kostaryka – żaglice i inne dziwolągi.
*Afryka – ciężko zapamiętać nazwy łowionych gatunków ryb.
*Oraz kupa innych dziwnych miejsc na świecie + totalnie egzotyczne stwory.

Dobrze, że transporter Marinero, to przestronny samochód, bo kiedy siedzący na środkowej kanapie Andrzej, czy Mariusz schylał się po zakąskę, to drugi z nich mógł szczerze rozłożyć ramiona, aby zobrazować nam wielkość swoich trofeów. Jechali po całości! Od ściany, do ściany …
Za Grudziądzem załapaliśmy, że jedziemy deczko wolniej. Kiedy wysiedliśmy, aby się odlać, to do rozporków dobieraliśmy się (oczywiście każdy do swojego!) po omacku, bo taka nas, panie dopadła śnieżyca. A ruszając z wyjazdu nasz piękny pojazd pojechał po swojemu i o mały włos nie wylądowaliśmy w dole przepięknej, malowniczej skarpy. Ja, w głupim odruchu otwierałem już drzwi, aby ciałem zatrzymać sunące nad przepaść 2,5 tony, kiedy „Łowczy” w sobie tylko znany sposób przekierował transportera na „dobrą drogę”.

Ciężko nam było, niedowiarkom uwierzyć, że do rana wiatr się uciszy. Bo, kiedy zanosiliśmy z Mietem sprzęt do naszego pokoju na poddaszu, to widzieliśmy, jak gnie drzewa i zrywa praktycznie dachówki.
- „O 7.00 w porcie, więc odpowiednio wcześniej należałoby wstać” – zarządził kapitan Mario – Marinero i poszedł się wreszcie i on z lekka wyresetować nalewką z pigwy.
Spojrzeliśmy z bratem po sobie i wszystko było jasne. Jutro, nie dość, że zdeklasujemy „zamorskich” wędkarzy, damy popalić niemiluchowi Kiwakowi, to jeszcze zemścimy się na dorszach za mizerny sezon spinningowy. Przecież, to też drapieżniki!
Rano, po piątej zamiast zegarka obudził nas Kiwak. Przyszedł na kawę i przytargał ze sobą całą misę wczoraj smażonych makreli i innych małych rybek, które, jak ściemniał, ćwiczył na troka w porcie.

Jak Kiwak każe jeść, to trzeba jeść, bo inaczej, to nie da ci spokoju. Nieważne, że nie jesteś głodny, że nie masz ochoty. Jeść trzeba. Podobnie jest z jego herbatką – pyszotką. Niech tylko ktoś spróbuje nie napić się z pancernego termosu, to gotów jest wysadzić cię z łódki. Po rybkach wypiłem odstawioną jakiś czas temu fusiastą kawę i … po chłopie. Co z tego, że teorię mam opanowaną – nic ciężkiego na kolację, bananek lub serek na śniadanie i kanapka na wodzie, ale dopiero, jak poczujesz uczciwy głód. Teoria, teorią, a życie, życiem. No i ten dywersant Kiwak ze swoimi smażonymi rybkami!
W porcie spokój i ani śladu wieczornej wichury. Jeszcze po ciemku zapakowaliśmy się na „Marinero” i zespołowo zajęliśmy się cumami, odbojnikami i temu podobnymi sprawami.
Wcześniej dwa razy pływałem na „starej” łódce Mariusza i tę, obecną zobaczyłem po raz pierwszy. Powiem wam, że chociaż nie jestem zamiłowanym żeglarzem, czy innym motorowodniakiem i nie podniecam się statkami i silnikami, bo traktuję je jedynie jako pływadła, które mają mnie dowieźć na łowisko, to motorówa zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wszystko solidne, funkcjonalne, pięknie wykończone, drewienko, kwasóweczka etc. A wyposażenie szyprówki … Panie, jak w statku kosmicznym: zegarów, ekranów, radia, laptopy, busole i … załamka. Pilot automatyczny!
Miałem ci ja w swoim życiu motoryzacyjnym kilkanaście samochodów, przeróżnych: sportowych i eleganckich, solidnych i mniej udanych, ale to, co przeżyłem podczas rejsu „Marinero”, to była, panie jazda. Ożyły wspomnienia i z nostalgią wspomniałem swoje dawniejsze przejażdżki - nie dwustukonnym Audi 2,2 turbo, czy dwugaźnikowym Nissanem Blubirdem Coupe, ale tym jedynym, niepowtarzalnym Golfem serii 1 GTI. To była fura! Spójny, zwarty, śmigły, mocny i zarazem lekki. To była jazda! Po deszczu czepiał się nawierzchni niczym żaba i prowadził się pewniej niż po suchym. Tylko do golfa GTI na mechanicznym wtrysku mogę porównać motorówkę „Łowczego”. Pełna poezja.

Po wyjściu z portu zobaczyliśmy względnie gładką wodę, która zaczęła się marszczyć dopiero po przepłynięciu kilku mil. Chłopaki tłumaczyli, że wiatr jest od lądu i dlatego się tak dzieje. Łajba cięła wodę jak przecinak, kiedy trzeba było rozcinała mniejsze fale, a kiedy sytuacja tego wymagała, poddawała się i dawała wynieść się na grzbiecie większej. Stateczność i moc statku czuło całym ciałem – jako załoga stanowiliśmy z nim integralną całość. Wszelkie zwroty i korekty kursu „Marinero” robiła z wielką gracją i stateczną mocą zarazem. Mocą niewyobrażalną, bo łódka ta jest w stanie rozwinąć prędkość do 27 węzłów. Dla porównania kuter może osiągnąć 9 – 15. Jedynie „Admirał” jest w stanie przekroczyć 15 węzłów, ale do szybkości cacka „Łowczego” sporo mu brakuje.

Zrobił się „ruch” na radiu – to powożący kutrami nawoływali się i konsultowali, gdzie płynąć? Wielotygodniowe wiatry rozpędziły ryby, które z wolna zaczynały się grupować. Bankowe miejscówki stawały się nieaktualne i szukający ich kapitanowie/szyprowie namierzali niewielkie ławice i przekazywali sobie solidarnie obraz sondowanej sytuacji.
Zaczęło mnie mulić. Zajarzyłem od razu, że się zaczyna, ale udawałem przed sobą i chłopakami, że nic się nie dzieje. Stanąłem wyprostowany i patrzyłem w horyzont, aby nie dać się chorobie rozwinąć i kątem oka, (którego przecież nie mam z naukowego punktu widzenia) zobaczyłem Mieta. Stał nadęty, niczym ten „zapachowy” chrząszcz z pszczółki Maji przed eksplozją, a na pytanie, czy się dobrze czuje, mruknął coś złowrogo. Gdybyśmy wtedy stanęli i zaczęli wędkować, to rozeszłoby się z pewnością po kościach, ale my ruszyliśmy właśnie w kierunku następnego, bardzo oddalonego łowiska …

Zmuliło mnie. Jak kota! Leżałem pod pokładem, na brzuchu w bolesnym letargu. Uczucie to zrozumie tylko ten, który to przeżył – zazielenienie twarzy, cielesna niemoc + psychiczne tortury. Rzeczywiste odgłosy mieszają się z majakami, odlatujesz i powracasz, wątpisz i próbujesz walczyć, podrywasz się i opadasz. Kapiczioza! Ch.jnia z pleśnią, chu.jnia z patatajnią!
Chłopaki myśleli, że śpię, ale ja byłem obecny. Dokładnie słyszałem, kiedy silnik zwolnił i kiedy zaczynali łowienie, czułem i ciszę, i ich skupienie, słyszałem sapanie i mlaskanie tych zboczeńców, kiedy rozprawiali się z namierzoną ławicą. Dokładnie rejestrowałem każde kolejne napłynięcie i poprawkę. Dokładnie słyszałem szydercze: - „…chyba już!” i czułem przelot na następne stado.
Wreszcie, jak się nie poderwę, jak nie wyszarpnę z kieszeni kombinezonu torebkę z kanapką, jak ją nie śmignę w krzaki, jak nie napełnię reklamówki kiwakowymi szprotkami i fusiastą kawą, jak nie wyskoczę na pokład!

Stanąłem w rozkroku, rozejrzałem się w koło, spojrzałem po kastach i …, jak Tommy Lee Jones w „Ściganym” – bach! Zarzuciłem. Trzystugramowy pilker opadał długo. Obejrzałem się przez ramię i popatrzyłem po ekranach. Głębokość ok. 90 metrów i zapis. Konkretny! Ryby stały wyżej. Puknęło o dno, uniosłem metr, półtora i bach! Uderzył! Zaczął kopać. Zaczepów nie widziałem, więc mógł sobie pofikać. Po minucie zacząłem pompować i sukcesywnie podnosić gada do wierzchu. Dygał sobie, kopał, ale szedł. Powoli, ale szedł. Aż wyłożył się wreszcie na powierzchni. Mariusz – Łowczy – Marinero podniósł go sprawnie osęką i RYBA REJSU wylądowała na pokładzie. Moi przeciwnicy (zawsze staram się podczas nawet rekreacyjnych wypadów wprowadzić element rywalizacji, bo to mnie bardziej mobilizuje i daje większą satysfakcję) udawali, że są zajęci swoimi holami…

Nagle poczułem, że spaliłem „agonalny” wyrzut adrenaliny, zatoczyłem się, zgiąłem się w pół, jak scyzoryk i stoczyłem się z powrotem pod pokład. Sen to, czy jawa? Nieważne! Ważne, że przeżyłem i pokazałem gamoniom, kto jest debeściakiem. W drodze powrotnej, jak tylko minęliśmy portowe falochrony, wróciłem do życia. To niesamowite, ale niedyspozycja minęła, jak ręką odjął. Z łodzi schodziłem zdrowy, wyprostowany i … dumny.

Kiedy wróciliśmy do pensjonatu i przebieraliśmy się, myślałem, że zdechnę ze śmiechu. Mój kochany brat Miecjan zrzucał z siebie ubranko, a powiem wam, że ubrany był słusznie, na cebulkę: polarki, sweterki, podkoszulki, kalesonki, spodnie jedne, spodnie drugie, dwuczęściowy kombinezon. Wszystko to wkładał do wanny, bo nic, włącznie ze slipami nie było suche! Koszmar. Pierwsza fala, która przelała się przez „Marinero” zaraz po starcie zmoczyła mi brata dokumentnie – stąd jego marsowa mina i humorek „odorka”. Boże, jakiż z niego twardziel! Stał przez tyle godzin na wietrze nasiąknięty wodą, jak gąbka.
Ubrany był chłopaczyna odpowiednio, ale … na lód.

Dziękuję wszystkim kolegom, uczestnikom tej, niezapomnianej przygody: Mariuszowi 1, Mariuszowi 2, Andrzejowi, Mietkowi, a w szczególności mojemu byłemu przyjacielowi Kiwakowi. Dziękuję za to, że przykrył troskliwie moje wychłodzone zwłoki pod pokładem swoim suchym polarkiem i za …. szprotki – pyszotki.
Do dzisiaj czuję morski wiatr w moich zrzeszotowiałych kościach. Po to tam przecież pojechałem!






Opinie (20)

mars28

Stachu,Jesteś D E B E Ś C I A K ! I nic to,że to tylko sen,czy szprot Bóg wie,w jakiej zalewie !Ubawiłem się setnie czytając Twoją relację.Wielka piątka.Zbieraj siły na relacę z podlodowego wyjazdu.Pozdrawiam [2012-01-27 12:50]

Zbig28

Ja też się nieźle uśmiałem. Masz dar do dowcipnego pisania i powinieneś częściej go wykorzystywać. Piękna przygoda mimo pewnych niedogodności i chamstwa Neptuna.Chociaż... chyba się zrehabilitował tym tłuściutkim "dorszykiem".Pozdrawiam. [2012-01-27 13:46]

Stachu

Dzięki chłopaki!

Do zobaczenia na Romera, a może na lodzie?

pozdro

[2012-01-27 18:26]

chudy028

Przyznam, że z początku chciałem wystawić "4". Ale po zastanowieniu padło na "5" - za konsekwencję w lansowaniu własnego, rozpoznawalnego stylu i języka narracji. Zachęcam do przeczytania jeden po drugim tekstów Kamila i Stacha - różna poetyka, ale każdy na swój sposób interesujący. Przypomnę, że już dawno sugerowałem Stachowi, by wziął się za pisanie historii koła jako oficjalny kołowy kronikarz. [2012-01-27 20:03]

użytkownik

Super,fajnie się czyta.Ja mam taki mały sposobik na TE dolegliwości zabieram na kuter małą buteleczkę mocnej gorzały czyt,bimbru tak około 70% dwa porządne łyki ( pali jak chol...) i choroba mija. Pozdrawiam.:) oczywiście piąteczka. [2012-01-28 12:14]

użytkownik

Ode mnie też piąteczka, świetnie się czytało. [2012-01-28 12:20]

mirekjanuszko

Od starego" wędkarza oczywiscie gratulacje i 6-ka.Pamiętaj trening czyni mistrza.Częściej wyruszaj na takie wyprawy,Ty będziesz coraz zdrowszy,a my ciekawą i dow-cipną relację.Jeszcze raz pozdrowienia. [2012-01-28 14:22]

Gajwer86

Uśmiałem się że aż mnie brzuch boli :-) Super opowiadanko :-) Oczywiście wielka i zasłużona 5! [2012-01-28 15:19]

camelot

Super opowiadanie !  Świetnie się bawiłem !    .... Daję pięć*****  więc idź i nie grzesz więcej !        Pozdrawiam serdecznie ! [2012-01-28 15:40]

sandacz21

Chociaż od ostatniego rejsu na m/s "Wędkarz" minęło "dzieści" lat z rozczarowaniem wspominam spotkanie z Neptunem.To też morze najchętniej oglądam z mego balkonu na 10 piętrze.Podziwiam i darzę szacunkiem wędkarzy powracających z morza,czekających z utęsknieniem na kolejną wyprawę.Autorowi za świetne pełne humoru opowiadanko oczywiście *****Pozdrawiam. [2012-01-28 20:02]

cavan

"Po wyjściu z portu zobaczyliśmy względnie gładką wodę, która zaczęła się marszczyć dopiero po przepłynięciu kilku mil"..."Pierwsza fala, która przelała się przez „Marinero” zaraz po starcie zmoczyła mi brata dokumentnie"Na spokojnej wodzie fale nie przelewają się nawet na tak małych jednostkach jak Marinero [2012-01-28 20:35]

Stachu

Panowie, wielkie dzięki za ciepłe słowa, zrozumienie i współczucie. Jest mi bardzo, bardzo miło. Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i życzę wielu sukcesów wędkarskich. [2012-01-28 22:31]

jurek

Stasiu jesteś the beściak , super wpis , moje gratki brachu ---pozdrawiam Cię serdecznie  [2012-01-28 23:34]

Pawelski13

Zajefajnie opisana przygoda, dorszyk ładniutki:) [2012-01-29 15:31]

minus

fakne opowiadanko, bardzo humorystyczne PIĄTAL [2012-01-29 16:27]

Stachu

Koledzy, dzięki za miłe słowa.

pzodrawiam

[2012-01-30 10:32]

jacenty75

I w tym momencie chciało by się rzec "co Cię nie zabije to Cię wzmocni" tak więc życzę połamania kija na kolejnych wątłuszach. A samo opowiadanie oczywiście 5*****. [2012-01-30 12:10]

marek-debicki

Taka wyprawa faktycznie wystarczy raz na jakiś czas. Opowiadanie ekstra. Pozdrawiam i *****pozostawiam. [2012-01-31 10:42]

leszcz

Czyta się jednym tchem,a myśli już krążą wokół pierwszego marcowego dorszowania.Humor,satyra i poezja morskiego wędkowania to jest to co czciciele Neptuna lubią najbardziej.Gratulacje!!!!Oby więcej takich relacji!!! [2012-01-31 18:37]

marinero

Stachu , Koleja wyprawa juz 10 stycznia 2015, szczeze zapraszam [2014-12-21 00:20]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej