Przyjacielskie spławikowanie 11.10.2015 Podgórki Tynieckie

/ 7 zdjęć


Dzień 11.10.2015 r. przeszedł do lokalnej historii naszego Koła Garnizonowego w Krakowie nie dlatego, że był ekstremalnie zimny, że wiało z prędkością ponad 30 km/h i wyrywało wędkę z ręki, lecz dlatego, że spotkaliśmy się nad wodą z naszymi Przyjaciółmi z Koła nr 16 PZW Nowy Targ i odbyliśmy jak co roku - budując tradycję - spławikową rywalizację. Jako działacz pierwszego poziomu mam satysfakcję nie dlatego, że spotkałem się po raz piąty z Prezesem zaprzyjaźnionego Koła, lecz dlatego, że spotkałem się z trzema innymi kolegami, którzy są po raz pierwszy i dają nadzieję, że będą tu jeszcze pięć, a może i dziesięć razy. Łowisko Podgórki Tynieckie zbiornik górny jest bardzo atrakcyjne i w tym samym stopniu wymagające. Niby wszyscy go znają, lecz nikt nie może pochwalić się powtarzalnością. Zupełnie jak w piłce nożnej i dlatego lubię ten sport. Ostatnie informacje o sukcesach z dnia wczorajszego wskazywały na wodę płytką, taką do 1,5 m głębokości, na początku łowiska, gdzie łatwe było dojście do wody. Tradycyjne podejście do łowienia, uwzględniające porę roku i zwyczaje ryb, sugerowało wodę głęboką, do 2,30m, bo głębszej nie znam, gdzie dojście do wody ze względu na skarpę wymagało ekwilibrystyki. Bardzo chciałem i trafiło mi się przez losowanie to drugie, co okupiłem trzema łącznie upadkami, w tym jednym z turlaniem na granicę wody. Ale wędki nie złamałem. Szybko wygruntowałem wodę. Przyczaiłem się jak w kanale, na granicy spadku i wypłaszczenia dna. Przyjąłem założenie, że jeżeli mają przepływać pojedyncze ryby, to muszą to robić w tym właśnie miejscu, na granicy, na załamaniu dna. Tam też zanęciłem pół na pół gliną ze spożywką. I czekałem. Jeżeli ryby weszły w moją zanętę, to tylko przez 7 minut i na początku drugiej godziny. Wtedy to po donęceniu szybko wyjąłem do siatki 4 płotki. A poza tym szukałem, dłubałem, skubałem, raz na środku, potem pół metra za i znowu pół metra przed punktowym polem nęcenia. Przez trzy i pół godziny sporadycznie łowiłem płotki, niektóre większe, wzniecające uśmiech zadowolenia i jednego leszcza, który jednak wypiął mi się przed podbierakiem. Ten leszcz był niespodzianką i dlatego mnie natknął. Natychmiast przypomniałem sobie słowa autorytetów wędkarskich, że duży leszcz lubi jak mu leży oraz, że duży leszcz wchodzi w trzeciej godzinie i mając do dyspozycji jeszcze 30 minut położyłem pięć pinek na dnie. Rewelacji nie było, bo nie przy tej pogodzie, ale dwa leszczyki wyjąłem, przy czym drugi miał masę 60 dkg. Liczyłem na więcej, lecz z błogich marzeń wyrwał mnie sygnał sędziego. To był koniec rywalizacji. Wyciągnąłem zestaw z wody i zwróciłem swe myśli na rywali. To znakomici wędkarze, chociaż amatorzy. A jednak okazało się, że w tym dniu kingiem jestem ja. Na drugim miejscu uplasował się Marek Kolasa, a na trzecim Sławomir Bryja. Kolejne miejsca zajęli moi nauczyciele Edward Gronowski i Krzysztof Małek. Szósty był Piotr Gruszka. Z kronikarskiego obowiązku dodaję, że największa rybę złowił Edward Gronowski, a był to leszcz o masie 0,85 dkg. Załączone zdjęcia obrazują tylko wycinek rzeczywistości dlatego, że wyczerpała się energia bateryjna. Po zawodach zjedliśmy obiad w hotelu Bona. Nastroje były znakomite. Wszyscy obiecaliśmy sobie kolejne spotkania nad wodą w 2016 r. I tak trzymać!

 


4
Oceń
(4 głosów)

 

Przyjacielskie spławikowanie 11.10.2015 Podgórki Tynieckie - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł