Pstrągi jako treść życia.

/ 1 komentarzy / 4 zdjęć


PSTRĄGI W CZASACH ZARAZY

 Zakazy wynikające ze stanu epidemii wymusiły, żeby wypad nad Rudawę zaplanować w taki sposób, by nie spotkać żadnej osoby. Było to możliwe na wysokości Kochanowa. Zaparkowałem w polu i idąc prawym brzegiem w górę rzeki dotarłem do dopływu, za którym niepraworządny użytkownik gruntu zagrodził przez urwisty brzeg do samej wody. Mogłem pokonać tę przeszkodę, ale doszedłem do wniosku, że to mi się nie kalkuluje. Przed sobą widziałem płytką, nie rokującą powodzenia wodę, zaszedłem i tak już daleko w stosunku do planowanego miejsca lądowania, a pokonywanie tej przeszkody w 90% gwarantowało ubłocenie się. Łowiłem schodząc z nurtem rzeki, bacząc na to, żeby znajdować się poza polem widzenia ryby. W czystej i płytkiej wodzie nie było to łatwe. Brzeg i jego okolice są mocno zadrzewione i zakrzaczone. Warunki do ulokowania nimfy w wodzie były cały czas bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Na całym odcinku brzeg był wysoki, a w jednym miejscu dodatkowo mokry, pochyły i błotnisty. Tam wpadłem prawą nogą po krocze w wodną dziurę i do końca łowienia nosiłem w bucie co najmniej pół litra wody, a na spodniach kilo błota. Żeby dać sobie szansę na podanie nimfy na pole, z którego dla ryby będę niewidoczny, ześlizgnąłem się ze skarpy do rzeki. Przed sobą miałem przeszkodę w postaci zwalonego drzewa, a przed nią kawałek głębszej wody do obłowienia. Robiłem to wolno i dokładnie. Wtedy dostrzegłem plusk. Powoli zbliżałem się do tego miejsca. Plusk słyszałem jeszcze trzy razy. Obłowiłem to miejsce, ale bez rezultatu. Wtedy zamieniłem nimfę na skoczku na mokrą muchę, żeby zestaw poprowadzić wyżej. Po pierwszym rzucie na prowadzącej zameldował się tłuściutki lipień, co najmniej 25 cm. Podobno lipień występował w Rudawie w sposób naturalny. Obecne sztuki pochodzą z zarybień. Lipień jest pod ochroną, nadto teraz ma okres tarła, dlatego niezwłocznie go uwolniłem. Więcej w tym miejscu nie złowiłem. Wygramoliłem się na brzeg i przebijałem przez krzaki. W takich warunkach mogłem operować tylko kijem marki Jaxon Genesis 11 stóp, bo jest odporny na uderzenia. Mijałem płycizny, na których bezskutecznie wypatrywałem ryb. W podobnych warunkach na Prądniku widziałem ryby. Rudawa jest inna, ale nie bezrybna. Na widocznym, piaszczystym dnie złowiłem potokowca dłoniaka. Była to miła niespodzianka. Schodziłem niżej, aż trafiłem na kawałek wody, gdzie dno przestało być widoczne. Obłowiłem to miejsce i wyholowałem dwa pstrągi dłoniaki. Znowu miła niespodzianka. To już 4 rybki. Łowię dalej, ale kolejny raz zostawiam nimfy na drzewie. Nie denerwuję się, bo to w tych warunkach norma. Montuję nowy zestaw i schodzę w dół, wykorzystując każdą dziurę między gałęziami, żeby wprowadzić zestaw do wody. Za kolejną przeszkodą trafiam na jedyny większy dołek. Opieram się plecami o drzewo i wprowadzam zestaw do wody. Nurt jest zmienny. Są wsteczne prądy. Wiem, że łowić trzeba na granicy prądów. We wstecznych nigdy pstrąga nie złowiłem. Kolejny rzut i jest. Mam większego potokowca. Robię wszystko, żeby nie wszedł w gałęzie i udaje się. Mam go w podbieraku. Nie tracę czasu na mierzenie. Na oko oceniam, że ma 28 cm. Fotka i pstrąg wraca do wody. Czuję zadowolenie. To miły balsam na ubłocone spodnie. Sprawdziłem ten dołek jeszcze kilkanaście razy, ale bez efektu. Ruszyłem w dół rzeki. Mijałem płytką i jednocześnie niedostępną wodę, przełaziłem przez powalone drzewa i czepiające się wszystkiego krzaki. To przestało być obojętne. Ale co mogłem zrobić? Dotarłem do zakola, przed którym 3 lata temu złowiłem pstrąga, także na wiosnę. Podałem nimfę w to samo miejsce i udało mi się. Mam pstrąga, tyle że mniejszego, bo tylko dłoniaka. Ale satysfakcja jest tak wysoka, jak przy dużym pstrągu. Więcej w tym miejscu nie mogło być. Popatrzyłem na zegarek. Upłynęło 5 godzin. Wracam do samochodu. W sumie złowiłem 6 rybek, nie spotkałem żadnego człowieka, poznałem około 2 kilometrów rzeki. Z powodu trudnych warunków byłem wykończony. Po powrocie do domu zacząłem od pralki. Zmyłem wszystko oprócz sukcesu. Przez cały następny dzień czułem się jak połamany, ale kolejnego dnia wywiało mnie nad Rabę. Wybrałem miejsce na odludziu, co nie do końca jest możliwe, ale nad Rabą odległość  brzegu od drogi przekracza 20 m. Przez 5 godzin z takiej odległości widziałem 2 osoby i jednego psa. A z rybkami mogło być lepiej. Najpierw szukałem ich na płyciznach pod powierzchnią wody. Obłowiłem 100 metrów rzeki bez rezultatu. Wtedy udałem się do jedynego w polu widzenia, trudnego technicznie dołka. Naprzeciwko miałem zbierające nimfy krzaki nad wodą i gałęzie drzew nieco wyżej. W ciągu 5 godzin trzy razy wracałem do tego dołka, bo tylko tu miałem brania. Łowiłem na ciężko, bo nic nie oczkowało. Najpierw miałem kontakt z rybą. Zobaczyłem, że to może być branie i nim przeanalizowałem tę informację, poczułem, że ryba targnęła zestawem i zeszła. To była duża ryba, bo mniejsza zaraz dała się złowić. Potokowiec ok. 25 cm zapolował do fotki i wrócił do środowiska. Ponieważ nic się nie działo, wróciłem do początku dołka i zacząłem obracać nowym zestawem. Miałem na nim moje nimfy z przewagą rudego i czerwonym akcentem. Nic się nie działo i zacząłem się nudzić. Chętnie obróciłem głowę w kierunku, skąd usłyszałem psa. I wtedy poczułem szarpnięcie zestawu. Zaciąłem, ale za późno, ryba jeszcze raz targnęła zestawem i odpłynęła. Była duża i już bliżej mnie niż ta pierwsza. Teraz to był pech. Zszedłem 2 metry niżej i zaraz moją nimfę pochwycił pstrążek, który wypłynął na powierzchnię i wierzgając uwolnił się. Widać, że ryby są bardzo ostrożne. Na kolejne branie czekałem chyba pół godziny. Złowiłem potokowca w granicach 27cm. Nie jest to gigant, ale co mam poradzić. Zrobiłem mu zdjęcie i wysłałem na kolację. Łowiłem z nadzieją na następnego. Byłem bliski szczęścia. Miałem branie, zaciąłem prawidłowo, miałem rybę, tylko ona zachowała się niekonwencjonalnie, gdyż bardzo szybko wyskoczyła metr nad wodę i mimo napiętej linki odpięła się. Był to potokowiec na co najmniej 35 cm. O 16.00 zamierzałem zakończyć wędkowanie. Gdy już nadeszła 16.00 przedłużyłem sobie do 17.00, a potem pomyślałem, że nikt na mnie nie czeka i przedłużyłem do 18.00. Na wędce wiele się nie działo, tylko raz jakby linkę coś odciągało w lewo. Pomyślałem, co za jaja i było po wszystkim. Poczułem na kiju, że ryba się spięła. Z dalszych wrażeń zrezygnowałem. Nie spotykając się z nikim wróciłem do domu.
Z porównania dwóch wypadów wyciągnąłem wniosek, że na Rudawie łowi się na brązowo, a na Rabie na czarno.


 


4.7
Oceń
(6 głosów)

 

Pstrągi jako treść życia. - opinie i komentarze

kabankaban
0
Jak dla mnie zdjęcia ze ściskniem w ten sposób ryby to porażka. "Wysłałem na kolację" ... . Muszkarz i miłośnik łowienia pstrągów tak nie powinien pisać. No chyba że "karta ma się wrócić". (2020-04-10 09:12)

skomentuj ten artykuł