Raz na wozie raz pod wozem


Jak wspominałem w poprzednim wpisie, zaplanowałem wypad na ryby w weekend. Pierwszy dzień po powrocie do domu miałem zamiar jedynie przygotować się na poranne łowy, jednak tato po powrocie z pracy szybko zweryfikował moje plany. Około 18 byliśmy nad jeziorem. Łowiliśmy na zbiorniku o nazwie Glinki, znajdującego się niedaleko Włodawy (wschodnia część woj. lubelskiego).


Tato w woderach, przemierzał strefę wody znajdującą się przed trzcinami, ja natomiast brodziłem w wodzie sięgającej mi do kolan. Postawiłem na lekki spining i poszukiwanie międzytrzcinowego okonia, którego nie brak w tutejszym zbiorniku. Ojciec łowił "na grubo", rozglądając się za majowym szczupakiem. Pierwsze rzuty zaowocowały rybami. 2 szczupaki zameldowały się na koncie taty a mnie przywitał 13cm okoń. Kaczodzioby a raczej dzióbki zostały wypuszczone, ze względu na ich "gigantyczne" wymiary - 40 i 55 cm. Niestety widok maluchów jest tutaj dość częsty i właściwie jedyny... Od święta trafiają się większe sztuki. Nieważne, zawsze coś ! :) 


Ze smutkiem stwierdzam, że znowu nie trafiłem na porę żeru okoni, które potrafią tutaj sporymi ławicami penetrować przybrzeżną strefę trzcin. Wtedy zabawy jest co niemiara. Praktycznie każde podanie przynęty kończy się holem okonka. Słońce zaczęło zachodzić i nagle czuję delikatny opór. Próbuję podciągnąć niezidentyfikowany obiekt ku powierzchni i z uśmiechem stwierdzam, że nie jest to takie łatwe kiedy na kołowrotku pracuje żyłka 0,16mm. Po chwili walki ze zdziwieniem odkrywam, że wyholowałem sandacza (jakieś 30-35cm) ! Szybka "operacja" i zwracam mu wolność. Obławiając uskok wzdłuż trzcin sądziłem, że to okonie lub szczupak tak ganiają drobnicę. Jak widać okazało się, że to mętnooki bandyta, buszował w metrowej wodzie. 


2 szczupaki, 2 okonie i 1 sandacz to efekt dwugodzinnego połowu. Całkiem zadowalający wynik. Nazajutrz miałem zamiar wyruszyć na to samo jezioro z pontonem, więc zapowiadało się całkiem ciekawie.


Nad wodą stawiłem się ze znajomym już o godzinie 4.00. Niedługo potem, ponton był już napompowany i gotowy do akcji. Jezioro zniknęło w gęstej mgle. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Wypływamy z nadzieją na udany połów, zachęceni dniem poprzednim. 


Rzut za rzutem. Przynęta za przynętą. Powoli kończą się miejsca do obławiania, dodatkowo zmniejszone przez zawodników biorących udział w Grand Prix. Pora spływać. Przez 5h biczowania nie wydarzyło się nic... Nie brały szczupaki, nie chciały nawet współpracować okonie. Niestety, taki urok naszego hobby. Smutnym elementem dnia było to, że wyjęliśmy z wody żak, przypadkowo zaczepiony przez prowadzoną przez nas przynętę. Powiadomiliśmy Społeczną Straż Rybacką, żywe ryby wypuściliśmy, a żak odholowaliśmy na brzeg. Niestety SSS nie znalazła go później. Najwyraźniej ktoś "przypadkowo go znalazł". 


Zwijam ponton, składam sprzęt a kolega w miejscu w którym spływaliśmy wykonuje "rzut rozpaczy". Jak to zwykle bywa. Pierwszy rzut i jest !! Szczupaczek - jakieś 30 cm, połakomił się na kopyto. Skwitowałem to uniesioną brwią i uśmiechem bezradności. Oczywiście pogratulowałem zdobyczy, szybka fotka i maluch wrócił do domu. 

Tak jak i my, bez zdobyczy... :)

 


5
Oceń
(2 głosów)

 

Raz na wozie raz pod wozem - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł