Relacja z wyprawy -

/ 6 komentarzy / 10 zdjęć


Ósmy sierpnia - cieplutki a właściwie gorący dzień i zastanawiam się czy warto przy tej temperaturze wybrać się nad rzekę. Jako, że przez kilkanaście ostatnich dni nie było mi dane połowić z różnych powodów to pomimo pory przedpołudniowej szybko zbieram to co mi najpotrzebniejsze, wskakuję w wysłużone buciki, kapelusz na głowę i po kilkunastu minutach jestem w wodzie. Montując kijaszka zerkam oczywiście tzw. kątem oka na rzekę i jestem w małym szoku. Kilka niezłych kleni, świnka i nieduży boluś na wodzie po kolana. Stoję w cieniu pod nachyloną nad płycizną wierzbą i mam świadomość, że ryby które widzę widzą również mnie. Szybka myśl to odpuścić właściwie spalone miejsce, dać im chwilę „na zapomnienie”  i powolutku pod prąd udać się w górę rzeki bo marsz w spodenkach po tak zarośniętych stromych brzegach mija się z jakąkolwiek przyjemnością jaką powinno dawać wakacyjne wędkowanie.

Mijam interesujące mnie rynienki szerokim łukiem niespiesznym krokiem i staram się jak najmniej przewracać stopami kamienie bo raz, że podnosi się sporo osadu a drugiej strony w małej rzece taki niby mały hałas robi robotę i możemy stracić możliwość kontaktu z „czymś” większym.
Idąc po płyciznach widzę sporo a właściwie ogromne ilości narybku co dobrze wróży na przyszłość o ile „coś” lub „ktoś” tego nie zniszczy. Zostało mi jeszcze jakieś 150 metrów do celu czyli ujścia małego strumyka i muszę przejść na drugą stronę rzeki. Woda w pół uda i jest całkiem bezpiecznie, ale widząc pod wierzbami w dość płytkich dołeczkach spore zawirowania i chmurki mułu wiem, że coś spłoszyłem nie próbując nawet tam rzucić czymkolwiek .

Jestem na zaplanowanej miejscówce która zawsze i o każdej porze roku obdarzyła mnie jakąś rybą. Po drugiej stronie ujście strumienia a powyżej niego kamienista wysepka obmywana dwoma nurtami o różnej sile i co się z tym wiąże głębokości rynienek. Zapinam oczywiście na początek woblerka bo jestem chyba od nich uzależniony. Po kilkudziesięciu rzutach i zmianach przynęt zaczynam się zastanawiać nad sensem mojej egzystencji „tu i teraz”. Smużaki też pomimo idealnego kleniowego miejsca nie przynoszą efektu. Potem kilka niezawodnych  wirówek i w końcu sięgam po pudełko z gumkami bo przynajmniej jakiegoś małego okonka pasowało by mi złowić aby po powrocie do domu odpowiedź bez kłamstwa na pytanie dzieci „czy coś złowiłeś?” brzmiała „tak, oczywiście”. Zapinam na malutkiej agrafce kolejne paprochy we wszelakich kolorach i tylko widzę jak ukleje i małe kleniki odprowadzają je czasami podskubując ogonek. Gdyby nie problemy z barkiem to pewnie stałbym tu z muchówką i łowił w najlepsze wszelaki białoryb no, ale może w przyszłym roku się uda.
W geście rozpaczy sięgam po różowego ripperka bo przypomniało mi się jak to młodszy kolega opowiadał mi jak na początku sezonu połowił na takie właśnie. Nie to żebym specjalnie miał coś przeciw różowemu, ale po prostu nie lubię tego koloru i tyle. Kupiłem je bez przekonania i tylko po to żeby je mieć  w razie czego.

Pierwszy rzut i pierwszy okonek zaliczony, po nim kilka następnych i dwa kleniki. Jestem w małym szoku i zmieniam gumkę z powrotem na jednego z ulubionych woblerków i studnia! Wracam do różowego i łowię kolejne ryby. Nie powalają rozmiarami, ale brania są cały czas a o to mi głównie chodziło. Schodzę około dwudziestu metrów niżej gdzie pod nawisami wierzb jest głębszy dołek. Pierwszy rzut i kolejny okoń zaliczony, po nim kleń i w następnym rzucie mocne branie i czuję, że wreszcie mam coś większego. Po mniej więcej dwu minutach ryba daje się podciągnąć bliżej i już widzę fajnego bolusia coś około 60 cm . Wiem, że dla wędkujących w większych rzekach to może niewiele, ale dla mnie jest już niezły. Próbuję go podebrać ręką bo stwierdziłem, że podbierak o tej porze dnia będzie zbędny i niestety wypina się. Szkoda mi go tylko dlatego bo dawno takiego nie złowiłem a fotka przepadła. Schodzę kilkadziesiąt metrów niżej gdzie są dwa spore kamienie a za nimi fajny dołek. Pierwszy melduje się okoń a po nim mocniejsze uderzenie i młynek przy powierzchni wody czyli pstrąg. Kropek około wymiarowy płytko zacięty więc szybko wypinam go w wodzie bez brania do ręki.

Kilkanaście kolejnych rzutów bez brania i schodzę powolutku poniżej zakrętu rzeki gdzie wchodziłem do wody. Patrzę cały czas na stada narybku i sporo kęp wywłócznika, którego przez ostatnie lata tu nie było. Może i pojawienie się większej ilości roślin spowodowało wzrost liczby narybku bo to i schronienie i jadłodajnia (robactwa wszelakiego na łodygach mnóstwo). Łowię jeszcze kilka niedużych kleni i okoni i niestety muszę wracać do domu – telefon komórkowy to jak dla mnie coraz częściej  przekleństwo.
Próbowałem od czasu do czasu zmieniać kolory gum, ale tylko ten nieszczęsny różowy był dziwnie atrakcyjny dla ryb. W planie na drugi dzień miałem zejście w dół rzeki, ale pogoda się załamała, rano zimno, deszcz i niemiły wiatr- zostałem w domu. Wybiorę się pewnie dopiero w przyszły weekend o ile pogoda pozwoli i sprawdzę czy ten różowy będzie dalej tak atrakcyjny dla ryb czy będą się zachowywać bardziej normalnie.


Wpis zgłoszony do konkursu tekst tygodnia
 

 


5
Oceń
(17 głosów)

 

Relacja z wyprawy - - opinie i komentarze

ryukon1975ryukon1975
+1
Przynęty to jedna wielka zagadka. Przekonałem się o tym kilka razy kiedy noszony od miesięcy lub nawet lat wobler nagle coś 'złowił" a następnie był killerem przez kilka tygodni ale najlepsze jest wtedy poszukiwanie identycznego po jego stracie.:) (2016-08-16 15:23)
barrakuda81barrakuda81
+1
Czasem przypadkiem, czasem rozmyślnie udaje nam się trafić w rybi gust. Pomijając przypadki warto nad wodą kombinować i obserwować otoczenie.Być może brzegowa skarpa to żyzna gleba która podmywana nurtem co jakiś czas zwala się fragmentami do wody wraz z "pysznymi" czerwonymi robalami, a może zaobserwujemy rójkę jakiegoś robactwa... Ryby zwracają na to uwage wcześniej bo od tego zależy ich przetrwanie. Trzeba być bacznym obserwatorem.Kiedyś w pewnej wodzie kosiłem dosłownie ryby na mały czerwony twister ale dopiero jak zasiadłem tam ze spławikiem i czerwonymi robakami zaczęły się multigatunkowe połowy! Jak się okazało robale ze skarpy wręcz sypały się do wody - lepszej zanęty nie trzeba:-) (2016-08-16 15:52)
ryukon1975ryukon1975
+1
Sytuację z robakami przerobiłem na samym początku jeszcze bez wędki w ręce. Łowiliśmy przy małym dopływie (ja raczej kibicowałem). Przynęta robaki, brania słabe. Przechodzący miejscowy podpowiedział że połowicie lepiej jak robaki których używacie będą t kilkumetrowej glinianej skarpy przed dopływem. Zostałem oddelegowany do ich zdobywania ale pamiętam do dziś te okonie które na nie brały. Niby drobny szczegół źródło pochodzenia robaków a zmieniło tak wiele. (2016-08-16 17:49)
grisza-78grisza-78
+2
Prawda jest taka, że zawsze warto mieć trochę więcej w pudełku, niż o tę jedną przynętę za mało. Takie wpisy lubię, bo chociaż łowię ryby już 30 lat, to z tego artykułu mogę się znowu czegoś nauczyć. Pozdrawiam Grześ ! (2016-08-16 21:17)
rysiek38rysiek38
+3
I znów się potwierdza teza że jedyną pewną przynętą w sumie na większość gatunków jest czerwony i to o każdej porze roku,ja może jutro odwiedzę rzekę po wielu latach rzecznego niebytu (2016-08-20 10:49)
kabankaban
+1
Ten nieszczęsny różowy jest skuteczny od kwietnia do teraz a i może do końca roku. Wczoraj znowu nic nie wzbudziło zainteresowania okoni i kleni jak ten "majtkowy". (2016-08-22 09:46)

skomentuj ten artykuł