Robinson Power Flex Spin: kij cięty jak osa

/ 1 komentarzy / 7 zdjęć


Na początku czerwca bieżącego roku mój ukochany, wysłużony i eksploatowany codziennie lub prawie codziennie na zbiornikach retencyjnych, jeziorach i rzekach kij spinningowy Robinson Red Star o długości 2.70 m i c.w. 10-30 g (zwany pieszczotliwie Rudą; tak, nadaję przezwiska wszystkim swoim wędkom) złapał poważną usterkę: nieoczekiwanie wykruszyła się porcelanka z przelotki szczytowej. Niby nic szczególnego, zdarza się, ale przelotka wyglądała na solidnie osadzoną i obawiałem się, że podczas wymiany we własnym zakresie uszkodzę szczytówkę, a z pewnością pozbawię kij estetyki.
W tym czasie codziennie lub prawie codziennie jeździłem na morską część Motławy w poszukiwaniu sandacza i szczupaka, a przy okazji ćwiczyłem do mających odbyć się we wrześniu Miejskich Łowów 2020 na Motławie właśnie. Taka usterka wyłączała kij z użytku, więc zmuszony byłem na biegu znaleźć jakieś rozwiązanie i zdecydowałem się zastępstwo. Pomyślałem że bez względu na zaistniałą sytuację, powinienem dysponować przynajmniej dwoma wędziskami o takim samym lub podobnym c. w., żeby w przyszłości być przygotowanym na podobną sytuację (gdyby to się stało na dzień przed zawodami, byłbym w nieciekawej sytuacji). Ponieważ ostatnie miesiące były nietęgie, budżet na zakupy miałem mocno ograniczony, by nie powiedzieć minimalny.
Przeszukując ofertę na stronie ulubionego Robinsona i jednocześnie Allegro, gdzie było zdecydowanie taniej, natrafiłem na kij, jak mi się wydawało, idealny. Wyglądał solidnie i był bardzo tani: Robinson Power Flex Spin o długości 2.70 m i c. w. 10-30 g. Po chwili zastanowienia kupiłem go i w następnych dniach z niecierpliwością oczekiwałem kuriera z przesyłką. W międzyczasie zaś skontaktowałem się z kolegą, który prowadzi sklep wędkarski w Gdańsku, a on słysząc o moim strapieniu, zaproponował doraźną pomoc. Trzeba mu przyznać, że przelotkę dopieścił tak, że wyglądała jak oryginalna.
Kiedy nowy kijek dotarł, naturalnie musiałem go przetestować. Założyłem kołowrotek, nawinąłem nową żyłkę i pojechałem nad wodę... Kończący się sezon nie rozpieszczał, więc testy trochę się przeciągnęły. W międzyczasie fatalnym zrządzeniem losu Ruda paskudnie pękła jak sucha gałąź tuż za miejscem łączenia (po dziś dzień nie wiem, jak to się stało) i nowy zestaw z zapasowego stał się na jakiś czas podstawowym.
Na pierwszy rzut oka Robinson Power Flex Spin prezentuje się bardzo ciekawie. Design jest nowoczesny: blank koloru czarnego z żółtymi elementami przy dzielonej rękojeści i przelotkach (stąd, żeby tradycji stało się zadość, nazwałem ją Osą), sama rękojeść bardzo wygodna tak przy wykonywaniu rzutów, jak i prowadzeniu przynęty. Na blanku umieszczone jest oczko, o które możemy zaczepić hak przynęty. To niby drobiazg, ale dla mnie istotny, bo nic mnie tak nie drażni, jak przymus zaczepiania haka o przelotkę, więc zawsze zwracam na to uwagę (mam takie w czterech z pięciu kijów spinningowych). Wędzisko ma szybką akcję, ale jego ugięcie pomimo niezbyt finezyjnego blanku (waga ogólna to aż 240 g) jest satysfakcjonujące. Przy rzucie ładuje się zadowalająco tak przy lekkich przynętach (nawet poniżej 10 g), jak i cięższych (powyżej 20 g rzuty są naprawdę konkretne i celne). Producent dedykuje kij do połowu szczupaka i sandacza. Nie udało mi się trafić szczególnie dużych okazów w tym sezonie, ale parę szczupaków i kilka sandaczy wyholowałem tym wędziskiem i muszę stwierdzić, że blank pięknie pracował.
Podsumowując: jeśli ktoś dysponuje małym budżetem, bądź po prostu nie chce inwestować od razu w drogi zestaw, ten kij będzie dla niego idealny. Niska cena nie zawsze oznacza słabą jakość.
Pozdrawiam serdecznie!

 


4.2
Oceń
(6 głosów)

 

Ocena sprzętu (ocen: 0)




Robinson Power Flex Spin: kij cięty jak osa - opinie i komentarze

Jakub WośJakub Woś
+1
Widzę, że kołowrotek też pod kolor :) (2021-01-09 18:58)

skomentuj ten artykuł