Zaloguj się do konta

Rybofura

[p]O czymś musi być, więc na szybko o Rybowozie skrobnę. Ale zanim do sedna przejdę, kilka spraw „organizacyjnych”.
Wisła, chwała Neptunowi, opadła. Notabene opadła w mniej więcej czasie kiedy obchodzi się święto Neptuna (23.VII). Mamy więc stany wody średnie, główki w większości dostępne, plaże wyszły, piachy na wierzchu. Jest sympatycznie, pomijając fakt, że na „moim” odcinku żywot właśnie kończą dwie kolejne główki. Jeszcze zeszłego sezonu chodziłem po nich, teraz dołączyły do grona tak zwanych przerwanych. Nie ma na nie wejścia, brzeg oberwany, ostroga zniszczona, wystaje nad wodę kilka/kilkanaście metrów od skarpy. Pomiędzy brzegiem a resztą główki leżą zatopione drzewa, wystają korzenie i inne pozostałości po osuwisku. Słabo, bo to piąta przerwana, na kilkanaście w tej okolicy. Jak tak dalej pójdzie, to w ciągu 10. lat Wisła zabierze na tym odcinku ze sto hektarów łąk i pól, dojdzie do wału i dopiero zacznie się problem. Bo wał owszem, przed okresowymi podtopieniami chroni, ale nie ma najmniejszych szans gdy przyjdzie mierzyć mu się z nurtem. Obym nie był złym prorokiem, ale będzie się działo.
W każdym razie dzięki niskiej wodzie brykam sobie na upatrzonych miejscach. Mam takich 4 w tym sezonie, wszystkie w zasadzie w jednej okolicy, powiedzmy na odcinku 300 metrów. Co prawda to, która wydaje mi się najlepsze, jest właśnie nową przerwaną główką, ale trudno, nie można mieć wszystkiego. Dwie główki i dwie plaże. Do wyboru w zależności od humoru. I tak jest pod tym względem nieźle. Wyniki, jeśli tak mogę nazwać swoje marne w tym sezonie połowy, jakoś drgnęły. Z naciskiem na DRGNĘŁY, bo powiedzieć, że ruszyły to przesada.
Leszcz – 0,8 kg – 19. VII 18:30
Węgorz 0,5 kg – 19.VII 21:30
Śpiewak coś sporego urwał - 20.VII około 19:00
Węgorz 0,8 kg – 27.VII 20:45
Leszcz – 0,5 kg – 28.VII 18:00
Sum – 0,4 kg – 03.VIII – 20:00
Sandacz – 1 kg – 09.VIII. 19:10
W tym czasie Gaduła z Kumplem czeszą leszcze. Jak w zeszłym roku, tylko w innym miejscu. Gaduła ma już ze 20, Kumpel połowę tego.
Wybaczcie brak zdjęć. Mój najlepszy na świecie, stary, wysłużony Sony - Ericsson poddał się. Najpierw umarł aparat, a po kilku tygodniach również podstawowa funkcja telefonu odeszła w niepamięć. Szybka akcja i dopiero od niedawna jestem posiadaczem wynalazku o nazwie smartfon. Co najważniejsze w tej materii – z aparatem. Tak więc następnym razem ilustracji do wpisu nie zabraknie, a póki co musicie uwierzyć na słowo (pisane). Tegoroczny bilans to: 4 węgorze, 3 sumy, 2 brzany, 1 sandacz. Inne nie mają znaczenia. Na mniej więcej 60 wędkowań. Szał. Dobrze, że mnie jeszcze na Biedronkę stać, bo gdybym miał przeżyć na tym co złowię….

Aplikacja wędkuję.pl – Od razu po rozpakowaniu nowego telefonu przypomniałem sobie o niedawnej informacji z Portalu, że jest jakaś aplikacja do testowania. Nigdy wcześniej nie miałem z czymś takim styczności. Nie w tej formie. Póki co służył mi do tego kajet i długopis. A tu proszę, takie coś ludzie wymyślają. To ja koniecznie chcę! Szybciutki mail do Redakcji, szybka odpowiedź, link do apki i mam! Czym prędzej odpalam…. I emocje opadły. Galaxy Ace 2 nie chce jej przyjąć. Nie wiem o co chodzi. Ale droga Redakcjo – proszę o poprawki lub wskazówki. Tymczasem zaciągnąłem Poradnik Wędkarza. Działa. Spoko sprawa. Ale chcę działającego na moim telefonie wynalazku Wędkuję.pl. I jak nie zrobicie apki na niższego Androida, to… kupię sobie inny telefon.

Prezent do testowania – jak nigdy w życiu, coś wygrałem. Normalnie cud! Otrzymałem od Portalu zestaw sumowy. Innymi słowy przypon z linki, z kotwicą na końcu i hakiem kilkanaście centymetrów przed nią. Wiecie co, nie wpadłbym, że coś takiego istnieje. Wygląda nieźle, czuć moc! Oj rozprawię ja się z nimi nad wodą! To pierwsza myśl. Druga – jak zahaczyć na to rybę? Ale to już rozważyłem nad rzeką. Spławikówka do wody i przemontowuję najcięższą luśnię na zestaw z nowym przyponem. Gotowe. Wygląda imponująco. Na spławikówce siedzi babka (oczywiście ta nie chroniona). Odpinam rybkę, biorę do ręki luśnię i….. . Droga Redakcjo. Czuję się dumny. I wyróżniony. Bez sarkazmu. Wygląda na to, że doceniacie moje zamiłowanie do wyciągania z Wisły wąsaczy. Ale na Odyna! Gdzie ja znajdę suma, który zahaczy się na ten hak holowniczy?! Toć mogę na niego założyć ze trzy babki i co dalej? Czym jeszcze zasłonić tę kotwicę?! Kurczakiem?! Łabędziem?! I to w Hiszpanii, na Ebro. Wygląda na to, że po pierwsze: przeceniliście moje możliwości, umiejętności i posiadany sprzęt. Po drugie: życzycie mi naprawdę dobrze, bo sprezentowaliście mi coś, na czym wyciąga się życiowy okaz. Po trzecie: Zajarałem się jak młody i pomimo niekompatybilności sprzętu ze środowiskiem w którym wędkuję i tak go używam. Po czwarte: darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, więc dziękuję, będę używał, ale… muszę znaleźć w sklepie rozmiar mini. I wtedy, to będzie to, co misie lubią najbardziej.

Do sedna, znaczy do samochodu przejdźmy. Nie, że zaraz będę pisał porady, jak zbudować auto na ryby. Nie ma szans. Sam ledwie wiem, gdzie wlać paliwo, ewentualnie jakiś płyn do spryskiwaczy. I jeszcze koło w pit stopie wymienię, to wszystko. Ale za to potrafię świetnie go użytkować. I co ważne w tym przypadku – bardzo intensywnie. W związku z tym podzielę się kilkoma spostrzeżeniami. Bo niby każdy jeździć potrafi, ale… Pierwsza kluczowa dla nas wędkarzy kwestia, to dojechać do celu. A że cel często bywa w terenie, to i fura musi w tym terenie się odnaleźć. Wcale nie namawiam do zakupu Nissana Patrola, choć oczywiście to byłoby najlepsze rozwiązanie, a dalszy tekst nie miałby sensu. Chcę tylko zasygnalizować, że „normalne” samochody są w stanie zrobić więcej, niż nam się wydaje. Jeździłem Renault Scenic, Golef 3, Opel Omega, VW T4, Peugeot 309 – wszystkie te fury, choć nic by na to nie wskazywało, świetnie sobie radziły w terenie. I to czasem takim, że aż niewiarygodne. Jednym z głównych wrogów będzie błoto. Na pierwszy ogień idą opony zimowe. Dla mnie to po prostu jedyne słuszne gumy. Mam je założone cały rok. Jakoś przeboleję ten litr paliwa, o który podwyższa się spalanie. Któregoś roku poszedłem na całość i kupiłem opony z kolcami – używane, za śmieszne pieniądze, po 100zł o ile dobrze pamiętam sztuka. Kolce na szutrowej drodze to coś pięknego. Niezależnie, czy sucho czy błotniście. Kolce ryją ziemię tak, że prawie nie masz szans wylecieć na zakręcie, czy zakopać się w ziemi. Niestety te opony szybko się zużywają na asfalcie. Do lata kolce były starte na równo z oponą, ale nadal pomagały w błocie, bo nie ścierają się na całkiem gładko. A całą mokrą wiosnę śmigałem po podmokłych łąkach jak chciałem. Jednak to trochę skrajność, tym bardziej, że w Polsce takie opony są zabronione przepisami. Cóż poza nimi więc może nam pomóc? Oczywiście przedni napęd. Na szczęście większość samochodów posiada takowy, więc jest ok. O właścicielach Bardzo Miernego Wozu nie będę wspominał. Oni raczej na ryby nie chodzą. Jak już więc mamy zimówki i przedni napęd, a przed nami śliski, błotnisty dojazd do upatrzonej miejscówki, nie zatrzymujemy się tuż przed błociskiem i nie dumamy, jak tu delikatnie dalej się przemieścić. Ja w takiej chwili wciskam solidnie gaz, chwila skupienia, kierownica mocno w dłoniach i kontruję, bo trochę wyrywa. Spod kół tryska błoto, czasem na szybę, fura brudna niemiłosiernie, ale przeszkoda pokonana. Swoją drogą ubłocona fura to piękny widok. Ta sama sytuacja, gdy muszę przejechać przez jakąś muldę z piachu wyniesionego przez Wisłę na brzeg. Pełna rura i do przodu. Oczywiście nie przeceniajmy możliwości. Jeżeli przed nami więcej niż kilkadziesiąt metrów plaży do przejechania, to raczej nie próbujmy. Fura straci pęd i jesteśmy w dupie. Saperka, którą rzecz jasna mam zawsze w aucie, nie pomoże. Inną „przeszkodą” do sforsowania przez nasz pojazd jest po prostu nierówność drogi, czy wręcz totalne wertepy. Jeżeli nie mamy wysokiego prześwitu, to znaczy odległości między podwoziem, a glebą, to zapewne oberwiemy jakąś z osłon, tłumik czy chlapacz. Mamy również szansę przydzwonić misą olejową. Czym to się kończy łatwo odgadnąć. Ja swojego czasu urywałem regularnie tłumiki. Tutaj dwie rady. Nie wiem, czy do zaakceptowania przez przeciętnego użytkownika samochodu. Ale wyznaję zasadę, że im szybciej jadę przez nierówności, tym mniej szkodzę zawieszeniu. Koło nie wpada w każdą dziurę, trochę przeskakuje nad nimi. Tylko tutaj też umiar – nie chodzi mi o to, żeby przez łąkę gnać jak po autostradzie. W żadnym wypadku. Ale dołóżcie do swoich ulubionych 5-10 km/h kolejne 20-30. Że zawieszenie dobiję? Nie wiem. W żaden samochód który miałem, nie musiałem inwestować więcej, niż gdybym po terenie nie jeździł. A w Scenica nie zainwestowałem ani złotówki przez 45 tysięcy przejechanych nim kilometrów. Dodam, że bardzo intensywnie chłopak pracował, na drodze i w polu. Jako, że hoduję konie i pracuję trochę w gospodarstwie, to moje auta poza normalnymi czynnościami, mają często okazję wykonywać bardzo dziwne zajęcia. A to drewno z lasu przywieźć (wielokrotnie), a to kilkaset litrów wody w beczkach koniom podrzucić (co tydzień), a to kamienie na utwardzenie drogi, a to drabinę na dachu sąsiadowi zawieźć, piach do wylewki przywieźć, jumby zawieźć, żeby nad strumykiem przejazd zrobić i masa innych, mniej lub bardziej radosnych czynności. Ostatnio wyciągnąłem z Wisły samochodem to coś, co jest ilustracją do wpisu. Kamień, który dawniej był pachołem do zakładania nań cumy. Granitowy, około 110 cm wysokości, u góry obrobiony, z wykutą kotwicą. Oceniam, że został zamontowany w brzegu jakieś 120 lat temu, w czasie kiedy rzeka na tym odcinku była regulowana. Znalazłem go w pod wodą. Nurt oberwał kawał skarpy i kamień zsunął się do wody razem z nim. Łańcuch, łopata, samochód – eksponat po jakichś czterech godzinach zagościł w ogródku.
Do aut wracając. Służą, służą i się nie skarżą. No i przede wszystkim towarzyszą mi podczas wędkowań. Druga kwestia na wertepach czy głębokich, polnych koleinach wydaje się być tak oczywista, że aż nie warto wspominać. Jednocześnie tak często widzę brak jej zastosowania, że napisać muszę. Po kiego grzyba kierowca się upiera, żeby jechać koleinami? Ostatnio choćby Śpiewak. Zna chłop teren, był tu już kilkadziesiąt razy, ale dalej z uporem maniaka urywa wszelkie osłony spod samochodu. Fakt, ma bardzo nisko zawieszona brykę – VW Bora. Ale wystarczy wyjechać z kolein, dosłownie o 20-30 cm na bok i jedziemy jak panisko z terenowym autem. Między podłogą a glebą prześwit jak w Defenderze. Dobra, tyle o tym, jak dotrzeć na miejsce. Ale przecież to dopiero początek. Nasza Rybofura musi spełnić jeszcze co najmniej dwa warunki. Musimy zmieścić w niej cały nasz majdan. W moim przypadku, choć mieszkam 200 metrów od brzegu – jest tego zawsze cała masa. Od wędek i sprzętu, poprzez ciuchy na zmianę, zestaw sypialny (koce, materac), namiot lub parasol, grill, lodóweczka, saperka, czasem kosa i masa innych, niezbędnych klamotów. Zakładając, że już wszystko się zmieściło, musimy jeszcze zmieścić się i my. Inaczej, to chyba nie będzie miało sensu. Mało tego, że mam się zmieścić za kierownicą. Muszę jeszcze mieć miejsce, żeby się do snu uwalić, jak mnie browar czy zwykłe zmęczenie zmorzy. Z tyłu wyjąłem kanapę. Na podłodze kładę materac, otwieram tylną klapę stojąc tyłem do brzegu i tym samym drzemiąc, łowię sobie jednocześnie. Dzwonek zawsze mnie budzi, nie ma z tym kłopotu. A te kilka godzin snu w pozycji poziomej, gdy od świtu ciąg dalszy polowania – bezcenne. Dalsze zalety naszej Rybofury wynikają same z siebie, lub ewentualnie muszą zejść na drugi plan. Bo skoro zmieścimy się z całym ekwipunkiem, to i na co dzień z zakupami ze sklepu dla biedoty, jak to pewien niewysoki koleś określił, śmiało sobie poradzimy. Skoro Wędkowóz dowiózł nas na łowisko, tym bardziej zawiedzie tyłki do pracy, czy rodzinę nad morze. Skoro mamy w nim wystarczająco miejsca, żeby przykimać przy wędkach, to i gdy żona nas z domu wyrzuci, pierwsze kilka dni będzie gdzie przekoczować. Nasze wozidło powinno również posiadać jakąś bliżej nieustaloną ilość zarysowań i drobnych wgnieceń. Bo takowych na pewno nabędziemy poruszając się w terenie, ale dzięki temu, że jakaś ich ilość była już w cenie, to żona nie urwie nam, głowy po kolejnym wypadzie na ryby. - „Ależ kochanie, ta dziura w dachu już była”.
Niestety, nie ma nic za darmo, nawet po gębie coraz ciężej dostać. Duże auto, duże spalanie. Nie ma innej opcji, choć i ten ból można znacząco załagodzić. LPG rządzi. Obecnie dorzynam trzecie auto z instalacją gazową. Jak szejk podjeżdżam na stację, tankuję do pełna, płacę 100zł i z uśmiechem trzaskam drzwiami. Wciąga mi 15 litrów gazu. To koszt 7 litrów benzyny. Silnik 3,3V, 170 KM, automat – poznajcie Johna, bo tak ma na imię każdy Amerykanin. Dodge Grand Caravan, 1998r. – cena 5-10 tys zł. Żyć nie umierać. Bardziej funkcjonalnego Rybowozu jeszcze nie miałem. A za te pieniądze lepszego zwyczajnie nie ma. Części – grosze, wygoda – iście amerykańska, awaryjność – znikoma, a biorąc pod uwagę w jakich warunkach John pracuje – w zasadzie robi się coraz nowszy. Cholera, w tym USiA potrafią robić fury, chyba sporo tam wędkarzy. Następny też będzie zza Wielkiej Wody. Dodge RAM 1500 mi się marzy. A jak sumy zobaczą taką brykę na brzegu, to same na pakę będą wskakiwać, żeby z bliska to cudeńko zobaczyć.
I na sam koniec najważniejsza rada – NIE KUPUJCIE SAMOCHODU PO MNIE.
[/p]

Opinie (6)

pawel75

No przyznaję fajny artykuł z całkiem z innej beczki :) Ale i przydatny ! Uśmiałem się troszkę bo te nasze "rybofury" niejedno przeżyły :))) Nie tak dawno miałem sprowadzonego z niemiec opelka asterkę, tyle, że z obniżonym zawieszeniem i sportowymi sprężynami.... Wszystko ok, póki jedzie się na asfalcie, ale dojeżdżając do łowiska nie raz robiłem za kosiarkę i całą trawę kosiłem wraz z błotem. Teraz focusikiem też raczej nie pcham się tam gdzie może być problem. Parkuję w ładnym miejscu i czasem dwa kilometry z buta, szczególnie nad wisłą :) No jesteś Grzegorz kozak, wiele już poświęciłem tej dyscyplinie, ale samochodziku mi szkoda, bo on jakby nie winny :) Pozdrawiam i oczywiście ***** zostawiam !!! [2013-08-26 19:10]

Robson86

Super, na Odyna nie chciało mi tego czytać.. [2013-08-26 22:20]

korczenskis

Elegancko się czyta mnie ta opowieść wciagnela i trochę się usmialem:-) ***** oby tak dalej i powodzenia z tym zestawem sumowym:-) [2013-08-26 23:07]

SZUWARdragon2

beta tes daje rode jok se mo lacie sezonowe. PS:nie tylko dresiaki siedza w bmw. [2013-08-27 11:45]

Spawciu

moj gofer 3 tez daje wszedzie rade bloto snieg pole forka dolek eszystko z terenowkaprzejedzie:)) lpg rzadzi [2013-08-28 00:12]

użytkownik

cyt. "I na sam koniec najważniejsza rada – NIE KUPUJCIE SAMOCHODU PO MNIE" Super puenta! Uśmiałem się setnie:) [2013-09-27 20:21]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Maj z rodzicami.

Kiedy widzę małych chłopców nad naszymi wodami, zastanawiam się częst…