Sazan, sandacze i mgła

/ 15 komentarzy / 4 zdjęć


Obudziło mnie przeraźliwe wycie alarmu w telefonie. Usilnie odrzucane przez mój umysł zaczęły powoli docierać do mnie strzępy rzeczywistości. Gdzie ja do cholery jestem!? Spowite w mroku samochodowe wnętrze, zaparowane okna i świadomość, że spałem w opakowaniu na rozłożonym siedzeniu pasażera, wywołała u mnie przypływ paniki. Takie sytuacje zdarzają się jedynie po bezmyślnym spożyciu zbyt dużej ilości gorzały. Bezmyślnie nie spożywam i raczej wolę piwo, więc co się stało? Widok rozbudzonej i rozradowanej gęby kierowcy mnie uspokoił. - Płyniemy? - spytał beztrosko Darek. Burknąłem coś niezrozumiale, otworzyłem drzwi i prawie wypadłem w wysoką, obficie pokrytą rosą trawę. Zimna, gęsta jak zsiadłe mleko mgła, prawie wlała się do środka pojazdu. Zjedliśmy spokojnie śniadanie, a ze zrzuceniem łódki też się bynajmniej nie spieszyliśmy. Zajęło nam to ponad godzinę. Zrobiło się już całkiem widno. Gdy Darek odpalał silnik mgła zaczynała powolutku ustępować. Przed nami było jeszcze dwadzieścia minut płynięcia. Mogliśmy właściwie się pospieszyć. Na nasze miejsce trafilibyśmy nawet z zamkniętymi oczami. To wszystko miało wyglądać trochę inaczej. Według planu mieliśmy przyjechać tu o czwartej rano i być gotowi o piątej. Darek jednak się przestraszył, że nie wstanie i namówił mnie, aby przyjechać dzień wcześniej i przespać się w samochodzie. Tak na wszelki wypadek, co by nie zaspać. Ten zabieg zaowocował niewyspaniem, bólem mięśni i półtoragodzinną obsuwą. Warto jednak było wieczorem powspominać dawne, dobre czasy.

Wychowaliśmy się razem na starej, warszawskiej Woli i byliśmy prawie nierozłączni. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy nad wodą. Były wagary z wędką w ręku, a nawet kilkudniowe ucieczki z domu. W Modlinie nad Narwią koczowaliśmy ze cztery dni. Miały być tylko dwa, ale baliśmy się gniewu rodziców i powrotu do domu. To były piękne czasy. Oczywiście, wszystko zepsuło się wraz z pojawieniem się w naszym życiu kobiet. Przyjaciela nie widziałem dobre kilka lat. W tym czasie zdążył odchować córę, i tak uporządkować sobie życie, aby znaleźć w nim trochę czasu na wojaże z wędką ze starym kumplem.

W oddali, z rozchodzącej się mgły, zaczęły wyłaniać się zatopione w wiślanym nurcie powalone drzewa. Jeszcze dziesięć minut i będziemy na miejscu. - A pamiętasz, jak spaliśmy w kartonach pod Poniatowskim? - Wypalił ze śmiechem, ni z tego ni z owego, Darek. Oczywiście, że pamiętałem. Mieliśmy po kilkanaście lat i systematycznie jeździliśmy w okolice mostu Poniatowskiego łowić leszcze. Wtedy wędkarstwo było jakieś prostsze. Nad wodę przychodziło się z jedną wędką w ręku i reklamówką w drugiej. W reklamówce ruska siatka na ryby z grubego drutu, małe pudełko, a w nim zapasowy spławik, kilka haczyków i trochę ołowiu. Do tego słoik z nakopanymi robalami i owinięta wilgotną szmatką pecyna kaszy mannej z dodatkiem świeżego czosnku. Kilka kanapek dopełniało całość ekwipunku. Leszcze brały jak opętane na zmianę z krąpiami, płociami i certami. Gorzej, gdy trafiała się brzana. Najczęściej kończyło się to zerwaniem zestawu, ale kilka ładnych sztuk też udało się wyholować. Kiedyś przyjechaliśmy jeszcze w nocy aby zająć sobie miejsce. Ryby brały tak pięknie, że zanim się
obejrzeliśmy minął ciepły dzień i nadszedł zmrok. Przemalowane korektorem na biało spławiki było dobrze widać w świetle lamp rozmieszczonych nad betonowym bulwarem. Brań w nocy było mniej, ale podchodzące leszcze miały grubo ponad trzy kilogramy. To nic, że dawno skończyły się kanapki. Problemem była temperatura, która nad ranem gwałtownie spadła. Ubrani tylko w krótkie spodenki i koszulki, zaczęliśmy na gwałt szukać rozwiązania problemu. Rozwiązanie znaleźliśmy pod mostem w postaci kilku wielkich, kartonowych pudeł. Przytargaliśmy znalezisko na łowisko i przespaliśmy się kilka godzin w kartonowych posłaniach. Pierwsze ogrzewające promienie słońca pozwoliły podjąć szybką decyzję. Nie pojechaliśmy do domu. Głodni, ale szczęśliwi zostaliśmy do wieczora. Co jakiś czas wysypywaliśmy z metalowych koszy połów do wody aby dać miejsce kolejnym zdobyczom. Nie miało to nic wspólnego z ideologią C&R. Po prostu ryby były dodatkiem do przyjemnie spędzanego czasu. Poza tym, kto by potem skrobał to całe ustrojstwo.



Dzisiaj nie spałem w kartonie, ale czułem się podobnie. Przyjemne podniecenie, które przyszło na widok wysokiej burty i wystającym z wody konarom, wynagrodziło niewygody i ból mięśni. Byliśmy na miejscu. Wzdłuż brzegu ciągnęła się, na kilkadziesiąt metrów długa, głęboka rynna. Przed rozerwaną przez silny nurt, usypaną z cegieł, ostrogą dno raptownie spadało na pięć metrów. Na dnie zalegały zmurszałe drzewa. Zalegały również pod samym brzegiem na wysokości spadu, co pozwalało idealnie obrać miejsce zakotwiczenia łodzi bez odpalania echosondy. Po cichutku założyłem gumę na trzydziestogramowej główce i z przerażeniem rozejrzałem się po łodzi. Ilość maneli, które tu upchnęliśmy, była przerażająca. Samych przynęt w plastikowych pudełkach miałem kilkaset sztuk. Do tego zapasowe wędki, kołowrotki, prowiant, którym moglibyśmy wykarmić pluton wojska i masa przeróżnych, nie do końca potrzebnych wędkarskich gadżetów. Jakbym się uparł, potrzebne mi graty upchnąłbym, jak za starych czasów w jedną reklamówkę i pewnie też skutecznie bym połowił. A może jednak nie? To, co my wędkarze zrobiliśmy przez szereg lat z naszymi wodami, zmusza nas obecnie do przeróżnych zabiegów mających na celu przechytrzenie tych kilku pozostałych na łowisku rybek. Bez specjalistycznego sprzętu ani rusz.



Gumy z pluskiem wpadły do wody. W milczeniu podbijamy przynęty w zanikającej na dobre mgle. Darek zacina sandacza pod samą łodzią. Krótki, siłowy hol i podebrana za kark piękna ryba jest już w łodzi. Pamiątkowa fotka i drapieżnik dostojnie oddala się od burty. Po kilku rzutach kolega ma następnego, ale ryba spada metr od łodzi. W tym czasie partolę ze trzy brania. Umieszczam gumę pod drzewem leżącym przy brzegu i zanim przynęta dociera do dna mam potworne łupnięcie. Zaciąłem z impetem ale ryba nie chce się podnieść z dna. Powoli spływa z nurtem i raptem wypina się. Szlag by to trafił!
To na pewno nie sum, więc właśnie straciłem, prawdopodobnie, życiowego sandacza. Darkowi bardziej się szczęściło i musiałem przerwać łowienie aby pstryknąć mu kolejną fotkę. Wróciłem do swojego zajęcia i wreszcie udało mi się zaciąć rybę. Mój sandacz przy zdobyczach Darka wygląda jak ogryzek. To wszystko trwało może piętnaście minut i skończyło się razem z rozwianą przez wiatr mgłą. Może żerowały tak krótko albo przegapiliśmy pozostałe brania guzdrając się podczas zrzucania łodzi. Kręcimy się po okolicy do szesnastej. Obrzuciliśmy wszystkie dziury, rynny, przykosy, blaty i nic. Dopływamy do miejsca, w którym zaczęliśmy łowienie, cumujemy łódź przy brzegu. Robimy przerwę na jedzenie i rozprostowanie kości.

Po nasyceniu głodu kumpel zalega na trawie. Biorę spinning i wykonuję kontrolny rzut w stronę naszej rybodajnej dziury. Pod samym brzegiem, przy leżącym w wodzie drzewie, gdzie rano miałem na kiju swoje wielkie rybsko, czuję nieśmiałe pstryknięcie. Powtarzam rzut i w tym samym miejscu zacinam wymiarowego sandacza. Wypuszczam go kilkanaście metrów dalej i zachęcam kompana aby ruszył dupsko i wziął się za łowienie. Zainteresował się moimi poczynaniami dopiero gdy wyciągnąłem kolejnego. - Większych tam nie ma? - Krzyknął wesoło i pomaszerował do łodzi po wędkę. Okazało się, że są. Po
agresywnym braniu zameldowało mi się na wędce coś naprawdę ładnego. Chyba znowu mam życiowego mętnookiego. Ryba do osiemdziesięciu centymetrów na plecionce 0.16 wyjeżdża z wody bez większych dyskusji. Tu się jednak nic takiego nie dzieje. Ryba krąży przy dnie wspomagana silnym nurtem. Gdy już się wyszalała, jej zarys widzimy pod powierzchnią. To nie sandacz! Mignęły nam pomarańczowe płetwy. Jaź? - Spytał niepewnie Darek. Jeszcze jeden odjazd i kolega podbiera mi pięknego sazana. Ze zdziwieniem oglądamy wystającą mu z pyska prawidłowo zapiętą gumę. Chociaż to nie sandacz i tak się
cieszę. Fotką pochwalę się kolegom karpiarzom. Proszę bardzo i na spinning da się mulak złowić, a nie tylko te kulki i kulki.



Czas się zbierać. Sandacze zwiały gdzieś wystraszone zamieszaniem, jakie zrobiła walka z karpiem. Zmrok zbliżał się coraz szybciej. Do Warszawy mamy kilkadziesiąt kilometrów, a zmęczenie i niewyspanie doskwiera coraz bardziej. Dzień można zaliczyć do udanych chociaż kilkanaście lat temu dużo lepsze wyniki mieliśmy na warszawskim odcinku Wisły. Nie mieliśmy plecionek ani porządnych wędek. Sandacze łowiło się przy barkach koło mostu Śląsko- Dąbrowskiego albo na praskich główkach. Gumę prowadziło się na wleczonego, bo o opadzie i podbiciu jeszcze wtedy nie słyszeliśmy. Sandaczy było po prostu od groma i ze złowieniem kilku, a czasem nawet kilkunastu sztuk nie było problemu. Jeszcze miesiąc i na naszej dzisiejszej miejscówce będzie stało kilka, a może nawet kilkanaście łódek. Nie będzie sensu się tu wpychać ani dyskutować z rozdrażnionymi wędkarzami. Poszukamy sobie pewnie jakiegoś innego miejsca, oddalonego jeszcze bardziej od stolicy. Nie jest to, niestety, łatwe, bo im dalej od jednego dużego miasta tym bliżej do następnego i presja wędkarska znowu się zwiększa. Pewnie znowu będziemy spać w samochodzie. Tak na wszelki wypadek, aby nie przegapić brań, aby nikt nas nie ubiegł, aby być pierwszymi nad wodą. No i powspominać zawsze przyjemnie, bo co nam za jakiś czas oprócz tych wspomnień zostanie? Nic. 

Tekst ukazał się w (01. 2013) miesięczniku Wiadomości Wędkarskie.

 


4.9
Oceń
(43 głosów)

 

Sazan, sandacze i mgła - opinie i komentarze

kamil11269kamil11269
0
Gratuluję fajnego przyłowu ***** (2013-12-04 19:00)
użytkownik168824użytkownik168824
0
Taki przyłów Sazana to ja rozumiem.Pozdrawiam i 5***** zostawiam (2013-12-04 19:29)
użytkownik102257użytkownik102257
0
Gratulacje! Dobre zdjęcie tylko śmiesznie palec wygląda jak bolec :) (2013-12-04 20:12)
marciin 2424marciin 2424
0
Gratuluję przyłowu ,a ogólnie wynik jak na polskie rzeki to powinien cię satysfakcjonować , bo te czasy ,że na tyczkę leszczynową łowiło się całą siatę ryb to już minęły. (2013-12-04 21:25)
marciin 2424marciin 2424
0
Gratuluję przyłowu ,a ogólnie wynik jak na polskie rzeki to powinien cię satysfakcjonować , bo te czasy ,że na tyczkę leszczynową łowiło się całą siatę ryb to już minęły. (2013-12-04 21:27)
marciin 2424marciin 2424
0
Gratuluję przyłowu ,a ogólnie wynik jak na polskie rzeki to powinien cię satysfakcjonować , bo te czasy ,że na tyczkę leszczynową łowiło się całą siatę ryb to już minęły. (2013-12-04 21:28)
zsuslozsuslo
0
Sazanik naprawdę śliczny. (2013-12-04 22:46)
lasvegaslasvegas
0
Niezły kozak z tego karpiaka :) ***** (2013-12-05 00:11)
korczenskiskorczenskis
0
Sazan piękny :) niestety rzadko juz spotykany :( (2013-12-05 11:02)
erykomerykom
0
W ubiegłym roku złowiłem na spinning lina 45 cm który miał prawidłowo zapiętą gumę w pysku ;) (2013-12-05 16:28)
rysiek38rysiek38
0
Znów się potwierdziła stara wędkarska zasada czyli brak zasad , ja kiedyś w ciagu nocki złowiłem na trupka dwa karpie ,kilka razy trafił mi sie też leszcz czy wzdrega na wirówkę ale karp nigdy - GRATKI ! (2013-12-05 17:03)
naruto1919naruto1919
0
Brawo gratulacje i *****. Przy okazji macie super filmiki na YouTube przyjemnie się je ogląda wiedza plus solidna dawka humoru . Pozdrawiam (2013-12-06 09:06)
SUMIX 50SUMIX 50
0
Super artykuł czytałem z zapartym tchem ***** (2013-12-06 22:33)
SUMIX 50SUMIX 50
0
Super artykuł czytałem z zapartym tchem ***** (2013-12-06 22:35)
Zibi60Zibi60
0
..."To, co my wędkarze zrobiliśmy przez szereg lat z naszymi wodami, zmusza nas obecnie do przeróżnych zabiegów mających na celu przechytrzenie tych kilku pozostałych na łowisku rybek"... Większość zwróciła uwagę na sazana, mnie fascynuje Twój wątek wspomnieniowy, kapitalnie Ci to wychodzi. 5* (2013-12-09 08:44)

skomentuj ten artykuł