Śladami Juranda, czyli chaos i amnezja

/ 7 komentarzy / 33 zdjęć


Źle się dzieje w naszym kole, oj źle. Ostatnie dwie imprezy świadczą o tym, że nasz Kochany Zarząd organizuje je dla siebie, a szeregowych członków zabiera w plener jako tło i mięso armatnie. Traktują nas jak nagankę i żer dla komarów!
Mistrzostwa w spinningu zdominował nasz skarbnik, Andrzej. AS 28 (ksywa nie do parady!) zawinął połowę pucharów i większość nagród na Zegrzu. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co zrobił Prezes Darek na Zyzdroju. Ten, to już, panie przegiął pałę po całości…
Spakowany byłem już od tygodnia. Dzięki Bogu, że w przeddzień skumałem się z Grzegorzem, którego prezes przydzielił mi do domku, bo mogłem odnieść do piwnicy część klamotów. Wyniosłem butlę gazową z palnikami i coś tam jeszcze, dzięki temu uzyskałem prześwit w swoim niemałym kombi i nie musiałem jechać na lusterka boczne.
Dobrze też, że Mieto wygiął się i został w chałupie, bo z braku miejsca znowu musiałby jechać autokarem. Niech ktoś zapyta, czego ja nabrałem na dwa dni wędkowania, nie będąc karpiarzem? Otóż, same potrzebne rzeczy i psa z jego dwiema miskami! W jednej można by spokojnie namoczyć pranie, a w drugiej … nogi.
Przejechaliśmy z Bolesławem Spychowo, zjechaliśmy z mostku i wbiliśmy się w las, a właściwie w puszczę - gęstą, jak za czasów Juranda. To tu przecież polował on na dziki, jelenie i niedźwiedzie. W tych przecież lasach nękał ze swoimi partyzantami (?!) Krzyżaków.
Otworzyłem z guziora (a jak!) okno i zaciągnąłem się głęboko piętnastowiecznym klimatem. W powietrzu czuć było wszystko: mokry, świerkowy las, jałowce, zapach wszelakiego ziela, pszczelich barci, a nawet … wilcze odchody. Oj, to Bolo przypomniał mi, że śpiesząc się w podróż, nie pozwoliłem mu na dłuższy spacer. Parującą knieję wypełniał świergot różnego kalibru ptaszków, a echo raz, po raz niosło przejmujący krzyk żurawi. Przypaliłem skręta. Jadowity dym załzawił mi oczy. Popadłem w historyczną zadumę. (…)
Z botaniczno – zoologiczno i akustyczno - węchowego osłupienia wyrwał mnie widok przygarbionej ludzkiej postaci, która nagle przebiegła przed maską samochodu. Wytężyłem wzrok. Cholera, toć to jasnowłose dziewczę z pęczkiem leśnych kwiatków w rączce i wianuszkiem na głowie. Zniknęło w zaroślach. Jak nic, musiał to być duszek Danusi albo … jakiś inny ssak leśny? Zwolniłem w obawie, aby nie rozjechać jakiegoś jeża, czy innego łosia. Wzmogłem czujność. Omijałem kałuże i wilcze doły, aż wreszcie znakomicie oznakowana droga doprowadziła nas do celu wyprawy - „Ośrodka na Cyplu” nad jeziorem Zyzdrój Mały. W samym sercu puszczy.
Zameldowałem się u przesympatycznej pani Agatki, pobrałem klucze oraz pościel i w strugach deszczu pomknąłem do domku. Na parkingu zastałem dwa znajome samochody: Astrę i Focusa.
Obecność forda mnie nie zdziwiła. Jest zawsze z wyprzedzeniem jedno-, dwudniowym przed zawodami, bo jego kierowca … trenuje. Rozpoznanie łowiska wyraźnie jemu pomaga, bo zawodnik ten odnosi duże sukcesy sportowe pośród naszej społeczności i nie tylko. Od pewnego czasu i ja przyjeżdżam wcześniej, ale mnie jakoś to nie służy. Może gubię się w mnogości sprzętu, który zabieram na wyprawy?
Jestem w domku pierwszy, więc upycham wstydliwie po kątach: silnik, akumulator, kołczan ( a w nim: cztery spinningi, dwie wędki lekkie, dwie gruntówki, cztery podpórki i sonar), torbę z kołowrotkami, torbę z jedzeniem dla mnie, torbę z jedzeniem dla Bolusia, echosondę, tuby ze spławikami, wiadro z zanętą, sadzyk na węgorze (?!), sygnalizatory, zapasową kotwicę, linkę, pokrowiec na siaty, sito do zanęty, miskę (jeszcze nie ta), prostownik, farelkę, pudło Plano, lornetkę, niebieską pelerynkę, coś tam, coś tam i dwie psie miski (już te).
Gumowców nie wziąłem. Zostałem w zwiewnych ciżemkach!
Sąsiedni domek zajmował Przemek z żoną i synem, ojcem Michałem i Ramzesem – przesympatycznym towarzyszem zabaw Bolesława. Był też w ośrodku Tomek z żoną i Daniel - Deniro z … Kosą. To ten od Forda. Przywitałem się z nimi, pogadałem chwilę i … popadłem w myślówkę. Pada, niebo zaciągnięte konkretnie, cóż robić? Deniro się suszy, Tomek z Michałem i Przemkiem już walą, dziewczyny mają swoje klimaty, a Kosa na wodzie. Autokar z towarzystwem jeszcze z Warszawy nie wystartował. Przecież nie przyjechałem tu, żeby oglądać na świetlicy telewizję i zagryzać paluszki! Mogę usiąść na werandzie, pić kawę, jarać, ubijać komary i knuć strategię na jutrzejsze zawody.
Poszedłem do recepcji po klucze od łódki, zapakowałem się i wypłynąłem na rozpoznanie.
Ledwie się wymanewrowałem z przybrzeżnych chaszczy na otwartą wodę, kiedy zadzwonił telefon. Zajechał już Grzegorz – gk1, mój sublokator i kompan na wodę. Zawróciłem. Od pasa w dół, byłem już mokry, bo niebieska pelerynka - batmanka doskonale odprowadzała wodę opadową dokładnie na mój odwłok.
Po paru minutach obcowania z gk1 zrozumiałem, jakem się mylił, o ja naiwny, żem druha pozyskał. Znam Grześka parę już lat, ale jak się okazuje, bardzo powierzchownie.
Podczas ostatnich zawodów na Zegrzu pływaliśmy z Gienadijem po jego „tajnych miejscówkach”. Zwabieni głośnym jazgotem na wodzie podpłynęliśmy w pobliże tych dźwięków. I cóż się okazało? To Grzegorz je.ał, jak wszy bociana swojego towarzysza, Romana. Wszyscy wiedzą, że Romcio do „lekkich” nie należy, więc współczułem wtedy Grześkowi szczerze. Może, gdybym zaciągnął wywiadu….To chyba nie Romcio był tym niedobrym.
Kiedy kształtował się mój charakter, to nie było jeszcze mody na asertywne zachowania, bo przyszła ona później, razem z hamburgerami, japiesami i innymi haloweenami.
Usiadłem grzecznie za sterami, podłączyłem aparaturę i ruszyliśmy.
- „A ciebie, co, po.ebało! Biegiem mi tu odwróć ekran w moją stronę.” – zarządził siedzący na dziobie Grzesio.
- „W którym kierunku? – zapytałem nieśmiało.
- „Na północ!”
- „ ??? …”
„Jestem osobą lubiącą łowić przede wsyzstkim drapieżniki na akwenach wodnych Północnej Europy.”- przed wyjazdem zerknąłem na profil Grześka.
Na Boga, wje.ałem się, jak żaba w pomidory!
Pod spodnie dołożyłem sobie wełniane kalesonki, które niczym pampers magazynowały deszczówkę. Dopadła mnie swędziawka, ale do wieczora dzielnie wytrzymałem.
Grzegorz głuszył konkretnej masy północnoeuropejskimi jerkami, a ja na gumy i woblery. Zaliczyliśmy po parę brań, ale niczego nie wyciągnęliśmy. Coś się jednak działo, więc jutrzejszy dzień zapowiadał się ciekawie.
Przyjechał „wesoły autobus” i kwiat naszego koła, niczym dżdżownice rozpełzł się po kwaterach. My dostaliśmy „na stancję” Jacka, który okazał się spokojnym, zrównoważonym facetem i wędkarzem o dużych osiągnięciach. Ma na koncie sandacze, o jakich ja marzę od wielu lat. Zostawiłem kolegów w domku, przy browarze w nadziei, że Jacek mi Grześka ździebko wyprostuje, a sam pobiegłem z gruntówką na węgorza.
Nic nie złapałem. Wróciłem i zastałem podsypiającego, ale dominującego (niestety) gk1 i zmęczonego nim Jacka. Widocznie i ten nie uczęszczał na zajęcia dla asertywnych.
Następnego dnia o piątej rano czterdziestu zawodników odebrało karty startowe i wypłynęliśmy na wodę. Padało i wiało, wiało i padało, aż się odechciewało!
Próbowaliśmy z Grzegorzem różnych technik, daliśmy szansę większości przynęt, które zabraliśmy na łódkę, ale w rezultacie niczego konkretnego nie złapaliśmy.
W siedem godzin zaliczyliśmy po dwa niewymiarowe szczupaki. Zawiedzeni, okrutnie przemoczeni i przewiani do szpiku spłynęliśmy do przystani.
Wypakowując sprzęt przyglądaliśmy się z niekłamaną zazdrością, jak szczęśliwcy/fachowcy przynoszą do miary okazałe szczupale i piękne okonie. Widać, ryby tu są, ale trzeba je umieć odnaleźć i sprowokować.

Protokół Spinningowe Zawodów Towarzyskich przeprowadzonych w dniu 02.06.2012 r. w miejscowości Spychowski Piec

Stefanek Dariusz I 2750 3 69,8
Kosiński Tomasz II 2650 2 68,5
Górka Mariusz III 2450 2 63,4

Polski Związek Wędkarski Okręg Mazowiecki Koło Nr 28 Warszawa-Ursynów
Towarzyskie zawody spinningowe Koła PZW nr 28 Warszawa-Ursynów rozegranych z łodzi na jeziorze Zyzdrój w dniu 02.06.2012 r. w miejscowości Szychowski Piec

1. Stefanek Dariusz
2. Kosiński Tomasz 
3. Górka Mariusz 
4. Michalski Piotr 
5. Chołuj Mariusz 
6. Adamski Tomasz 
7. Wasilewski Tomasz 
8. Kazimierczak Paweł 
9. Milewski Grzegorz 
10. Patrzykowski Jacek 
11. Olkowski Piotr 
12. Latoszek Piotr 
13. Basiak Grzegorz 
14. Stefański Arkadiusz 
15. Gąsienica-Samek Jan 
16. Jarosiński Wiesław 
17. Kulka Michał 
18. Milczarski Marcin 
19. Kaleta Robert 
20. Mazurek Dariusz 
21. Olbrychowski Ryszard 
22. Żaczek Sylwester
23. Kaczmarek Grzegorz 
24. Pawłow Włodzimierz 
25. Szaniawski Marek 
26. Duda Bogdan 
27. Świątkowski Eugeniusz 
28. Świeca Dariusz 
29. Tomaszewski Grzegorz 
30. Stefanek Justyna 
31. Stencel Andrzej 
32. Kotela Dariusz 
33. Adamczyk Zbigniew 
34. Kulka Przemysław 
35. Pluszczewicz Stanisław 
36. Dąbrowski Michał 
37. Kraft Paweł 
38. Dziedzic Jerzy 
39. Balik Jacek 
40. Żukowski Janusz 

Najdłuższa ryba zawodów złowiona przez Dariusza Stefanek – szczupak – 69,0cm –

Po zakończeniu tury opady ustały. Wyłączyłem telefon, opróżniłem łódkę z większości sprzętu i wypłynąłem ponownie, aby w ciszy i spokoju (Grzegorz przesiadł się na inną) przeanalizować, niczym Franz Smuda kolejną porażkę:
Brak zadaszenia!
Kije nie takie – jeden za miękki, inny za twardy. Muszę dokupić taki … akuratny.
Pogoda do dupy, ale inni mieli tak samo.
Brak odpowiedniego ubrania, co odebrało mi komfort i doprowadziło do zniechęcenia.
Kierunek rejsu – północny!
Wreszcie amnezja, bo zapomniałem kolor gumy, na który w piątek dały się ryby prowokować. Znalazłem ją po zawodach w kieszeni płaszczyka. Cała pogryziona!
„Przetrolowałem” uczciwie kilka godzin, aż wreszcie uzyskałem satysfakcję, po którą wypłynąłem. Ochrzciłem „ gienadija”! Wylądował w pudełku dla zasłużonych.
Wróciłem na kolację. „Grillarena” wypełniona była już wrzawą podekscytowanych kolegów oraz zapachami pieczystego i dobrego piwa. Rumiane gęby porozbijały się w mniejsze i większe grupki i głośno gardłowały. Za głównym bufetem stanął nasz Mistrz Kulinarny - Mario, za mniejszym (niemniej ważnym) – „za kijem” Kapitan Sportowy - Michał. Obaj mieli duże powodzenie.
Kolejny już raz nasi koledzy z Zarządu „zarządzili” pieczone prosię i był to strzał w dziesiątkę, bo pośród kilkudziesięciu biesiadników nie znalazł się nikt, komu by te frykasy nie smakowały. Poezja! Odpowiednio dzielone porcje, bo każdy z nas dostawał „po znajomości” (te wybrane) i pyszny chrzanowy sos dały nam wszystkim niezwykłą satysfakcję. Normalnie, kulinarna orgia! Czułem się, jak na planie filmu Felliniego: „Wielkie żarcie”.
(Z braku odpowiedniego, zamieściłem kadr z innego filmu. To „Wyżerka na Zegrzu”.)
Psy też pojadły.
Silnie ociężały wstałem od stołu i poszedłem pakować się na niedzielne zawody spławikowe. Po drodze dostałem od dobrych ludzi małe żywczyki, więc dałem kolejną szansę węgorzowi.
Gadzina nie skorzystała.
Boluś obtańcował torbę „ogryzków” z prosiaka, zakąsił „umięśnionym” kręgosłupem i poleciał „po kominach”, więc ja mogłem spokojnie zająć się przecieraniem i mieszaniem zanęty. Wrócił po godzinie kwadratowy! Miał farta, że w domkach nie było lodówek, bo sąsiedzi wzruszali się na widok wygłodniałego stworzenia i wydawali zieleniejące zapasy.
Następnego dnia przyszedł do nas sąsiad i pogroził żartobliwie Bolkowi palcem. Opowiedział, jak wczoraj szykował sobie pyszne kanapeczki ze smalczykiem, kiedy w wejściu pokazała się zaśliniona czarna morda.
Poczęstował gada jedną i odwrócił się na chwilę, aby zalać herbatę. Kiedy stawiał na stoliku szklankę, to mordy i pozostałych dwóch kanapeczek już nie było …
Odprawa o szóstej, wydanie kart i znowu na wodę. Większość z nas miała już wcześniej upatrzone i wstępnie zanęcone miejscówki. Ja popłynąłem w miejsce, gdzie łowiłem przed rokiem. To piękne, obiecujące miejsce na spadzie, w pobliżu zarośniętej zatoki. Przede wszystkim zaciszne. W zeszłym roku trafiliśmy tu z Emilem ciekawe ryby. Teraz byłem na łódce sam, bo Grzegorz odpuścił spławik i udał się ze swoimi jerkami w wiadomym kierunku.
Boże, jak ja się czułem szczęśliwy i … wyzwolony. Manewrowałem sobie łodzią, jak chciałem, nie musiałem z nikim gadać i nikt mnie nie instruował. Nie przeszkadzało mi nawet, że mijał czas, a ja nic nie łapałem. Dziubało coś i dziubało, a ja nie mogłem zaciąć. W półtorej godziny złapałem raptem trzy wymiarowe płoteczki. Drobnica, panie podeszła, więc nic tu po mnie. Tym bardziej, że pozbyłem się całej zanęty.
Przepakowałem rybki z siatki do wiaderka i pomknąłem do sędziego. Resztę czasu na wodzie postanowiłem poświęcić mojej ulubionej metodzie – trollingowaniu.
Po pół godzinie byłem już w swoim żywiole - siedziałem wygodnie na wymoszczonym zydelku, w prawej garści wędka, a w lewej cygaro. Przede mną na ławeczce sonda, jedno pudło z woblerami i „szczypawa” (na wszelki wypadek). Zero bałaganu, zero towarzystwa! Jak wodzu. Umoszczony jak purchawa, z uśmiechniętą gębą przemierzałem kolejne strefy klimatyczne i zaliczałem naprzemian deszcz, słońce, grad, zrywy wiatru.
Sprawiedliwie dawałem popływać łownej rapali, sprytnemu gienadijowi, wężowatemu kiełbiowi, zwariowanemu karasiowi i rapali drugiej, tej połamanej. Cichy plusk wody rozbijającej się o burty, pięknie i regularnie pulsująca szczytóweczka oraz arcyciekawe zapisy na ekranie echosondy wprowadzały mnie w prawdziwy błogostan. Zwiastowały ‘nieuchronnie” branie. Takie nagłe, znienacka!
„W tak pięknych okolicznościach przyrody” manewrowałem łódką po malowniczym Zyzdroju i żałowałem, że Jurand nie wyznaczył swojego następcy. A może i namaścił, ale nie widział (??!!) bidny, co czyni. Odszedł ci ten mąż prawy, a puszczą zawładnęli zbóje. Ich potomkowie łupią teraz biednych letników w ośrodkach (szpitalny obiadek za 25 zł, 5 zł za przechowanie paczuszki w lodówce/zamrażarce), a swołocz z podzamcza (czytaj popegeerowskich czworaków) sprzedaje w przydrożnych barach ostatnie uwędzone węgorzowe ogony po 150 zł za kilo. Weszli oni w dziwny układ z władzami naszego związku i zabronili wędkarzom połowów tej tajemniczej ryby w niezrozumiałym i nielogicznym okresie ochronnym (??!!). Po prostu w lecie. Trzeba się będzie zimą na Mazury wybrać i spod lodu próbować.
Przemierzając blaty i podwodne łąki, wspinając się na stoki i spuszczając (?!) ze spadów, spotykałem zakotwiczonych kolegów splawikowców. Stali wszędzie: w zatokach, przy brzegu, na otwartej wodzie i bezpośrednio w trzcinach. Zagadywani w locie przeważnie narzekali, ale nie ze mną te pokerowe zagrywki. Mijałem Roberta – Pegaza i Sylwka – Zakpoola, którzy w dużym skupieniu ciągali niemałe ryby naprzeciwko przystani. To tu przecież Robert wyciągnął w zeszłym roku medalowego lina. Nieopodal kotwiczył Jurek D. z wielgachnym batem i raz po raz zacinał zamaszyście.
Przepływałem koło Kosy i Mariusza, i widziałem, jak z wypiekami na twarzy upychali do siatek dorodne rybionki. Gienadij i Mario też nie stali bezczynnie. Innych widziałem z oddali, więc ciężko mi było rozpoznać zakapturzone sylwetki.
Doczekałem się wreszcie i ja brania. Przywalił na stromym spadzie nieopodal zwalonego drzewa. Nie zapiął się. Za chwilę poprawił, dociąłem, ale na pusto … Bywa i tak. Zadziało się i to jest najważniejsze.
Spłynąłem 15 minut przed zakończeniem tury i przyczaiłem się przy wadze z aparatem.
Jeżeli półtorakilowe leszcze i podobnej wagi lin jest mizerią, to czym są moje trzy płoteczki w protokole?? Kto przegiął???

P R O T O K Ó Ł zawodów Towarzyskich przeprowadzonych w dniu 03.06.2012 r. w miejscowości Spychowski Piec
na jeziorze Zyzdrój.


 Stefanek Dariusz I 9295 0 9295
Żaczek Sylwester II 5985 0 5985
Kosiński Tomasz III 3920 0 3920

Polski Związek Wędkarski Okręg Mazowiecki Koło Nr 28 Warszawa-Ursynów

1. Stefanek Dariusz 28 5 9295 9295 0 1
2. Żaczek Sylwester 28 19 5985 5985 0 2
3. Kosiński Tomasz 28 12 3920 3920 0 3
4. Dziedzic Jerzy 28 26 2780 2780 0 4
5. Górka Mariusz 28 1 2570 2570 0 5
6. Olkowski Piotr 28 22 2290 2290 0 6
7. Kotela Dariusz 28 8 2275 2275 0 7
8. Stefański Arkadiusz 28 16 2265 2265 0 8
9. Kulka Przemysław 28 27 2245 2245 0 9
10. Wasilewski Tomasz 28 4 2185 2185 0 10
11. Świątkowski Eugeniusz 28 24 2010 2010 0 11
12. Milczarski Marcin 28 20 1700 1700 0 12
13. Stefanek Justyna 28 11 1495 1495 0 13
14. Kaleta Robert 28 31 1485 1485 0 14
15. Patrzykowski Jacek 28 13 1350 1350 0 15
16. Dąbrowski Michał 28 29 1175 1175 0 16
17. Stencel Andrzej 28 7 900 900 0 17
18. Chołuj Mariusz 28 17 855 855 0 18
19. Pawłow Włodzimierz 28 3 710 710 0 19
20. Latoszek Piotr 28 15 710 710 0 19
21. Tomaszewski Grzegorz 28 30 695 695 0 21
22. Milewski Grzegorz 28 21 515 515 0 22
23. Basiak Grzegorz 28 9 470 470 0 23
24. Michalski Piotr 28 25 305 305 0 24
25. Pluszczewicz Stanisław 28 10 195 195 0 25
26. Kraft Daniel 28 23 30 30 0 N/K
27. Gąsienica-Samek Jan 28 6 0 0 0 N/K
28. Żukowski Janusz 28 28 0 0 0 N/K
29. Świeca Dariusz 28 18 0 0 0 N/K
30. Balik Jacek 28 2 0 0 0 N/K
31. Kulka Michał 28 14 0 0 0 N/K

Najcięższa ryba zawodów złowiona przez Dariusza Stefanek – leszcz – 1460g.
Ponad 9 kilo Prezesa, blisko 6 Sylwka i prawie 4 Kosy, to wyniki powalające! Reszta z dziesiątki, w przedziale od dwóch do trzech kilogramów. Pięknie!
Nie obyło się bez osobistych dramatów. Jacek B. (nasz sąsiad z domku) spływając do wagi stracił siatkę z rybami. Może nie było ich na podium, ale z pewnością na miejsce w pierwszej szóstce. Parę lat temu przeżył to Darek (nasz obecny prezes), ale jak widać odegrał się znakomicie.
Jacek, jeszcze nie umieramy!
Nie ma co mlaskać i narzekać, trzeba się w końcu wyzbyć polskiego malkontenctwa i cieszyć się, że mamy jeszcze w kraju takie miejsca. Wrócimy tu z pewnością za rok i znowu będziemy przeżywali niesamowite wędkarskie przygody.
Wyrozumiali koledzy ścieśnili się i użyczyli Darkowi cały luk bagażowy, by mógł swobodnie upakować swój i żony sprzęt oraz … liczne puchary i nagrody.
Dziękuję wszystkim kolegom uczestnikom, zarządowi, sponsorom, sędziemu, gospodarzom i … Grzesiowi za niezapomniane przeżycia. Gratulacje dla zwycięzców.
(...) Brakowało nam okrutnie Piotrusia - Marudnego Leszcza.

 


4.8
Oceń
(19 głosów)

 

Śladami Juranda, czyli chaos i amnezja - opinie i komentarze

gregoriogregorio
0
Długo nie mogłem dojść do siebie po przeczytaniu tego tekstu... Stachu, jak Ty coś napiszesz ta naprawdę... warto przeczytać... Powinieneś jakiegoś Oscara dostać za te Twoje teksty... Wielki szacun dla Ciebie i oczywiście daję ***** (2012-06-21 17:11)
pegazpegaz
0
Brawo Stachu piąteczka za opowiadanie.Można boki zrywać. Jedno małe sprostowanie do opowiadania ten rekordowy lin padł na Ubliku. Jeszcze raz piąteczka!!!! (2012-06-21 18:00)
StachuStachu
0
Dzięki chłopaki! Ublik, czy inny Zyzdrój, to chyba mniej ważne. Najważniejsze, że wyrastacie z Sylwkiem na kołowych pogromców linów. Pozdrawiam (2012-06-22 09:08)
adleradler
0
Witam . Super , pięknie opisane . Miło czytać takie wspomnienia z osobistych wypraw . No i przede wszystkim ważne że to co mamy już w pamięci tego nam nikt nie odbierze . Papier pożółknie , fotki wypłowieją , a wspomnienia pozostaną . Pozdrawiam i zasłużony piątal *****. (2012-06-22 16:48)
u?ytkownik91939u?ytkownik91939
0
Komentarz z mojej strony powinien byc zbyteczny. A jednak napisze , że super; to za mało.Urodziłem się w puszczy Kurpiowskiej, a to nie daleko do (Juranda ). Fajne opowiadanie. Pozdrawiam :) ***** (2012-06-24 20:51)
StachuStachu
0
Dziękuje za miłe słowa. Janku, jesteśmy ziomalami. Ja też jestem Kurpiem z Puszczy Białej. Pozdrawiam (2012-06-25 09:38)
mars28mars28
0
 Stachu,ja Tobie, jak zwykle 5+.Fakty i beletrystyka w Twoim wykonaniu dają mi zawsze dużo radości. I nic to,że Jurand nie z tego Spychowa,że wyniki wyglądają,jak sygnatury akt IPN-u i że startowało 39 390 390 mężczyzn/?/. Jak ja Ci zazdroszczę tego zapachu ZIOŁA w aucie,widoków dziewic z wianuszkiem, zbierających kwiaty,zapachów rycerzy/może coś pomyliłem ?/mgieł tajemniczych... No i tej szczegółowej analizy.Zwycięzcom,a przede wszystkim Darkowi,co pozamiatał wszystko-najszczersze gratulacje (2012-07-02 12:41)

skomentuj ten artykuł